Chrześcijański obowiązek

Chrześcijański obowiązek

Byłem w Awdijewce. Nie, nic nadzwyczajnego i absolutnie nic heroicznego.

Nie pojechałem walczyć, strzelać, fotografować się w kamizelce kuloodpornej i hełmie, brać broń do ręki i się prężyć przed aparatem fotograficznym. Nawet nie założyłem munduru, a na nogach miałem nie żołnierskie buty, a całkiem pokojowe sandały. Czemu to tak? Ano, prozaicznie – pojechałem z konwojem pomocy humanitarnej wiozącym żywność dla ludzi mieszkających w Awdijewce. Ot i wszystko.

Mam takie wrażenie, że cywile zamieszkujący strefy walk, chociaż też są ofiarami tej niewypowiedzianej wojny, zostali jakoś dziwnie zapomniani. Zapomniani przez władze, wolontariuszy, zapomniani przez przeróżne organizacje. Bo chociaż to słuszne i zrozumiałe, że w pierwszej kolejności wszyscy pomagają żołnierzom (to przecież oni walczą, ryzykują, to oni są bohaterami i im należy się uwaga i szacunek), to jednak mej chrześcijańskiej duszy żal tych nieszczęsnych, często starych i chorych ludzi, którzy żyją TAM i nie mają dokąd uciec.

Fot. Artur Deska

Ja wiem, ci którzy tam mieszkają, w większości nie są patriotami Ukrainy. Ja wiem, wielu z nich po cichu tęskni za „ruskim mirem”. Ja wiem, w ich duszach nadal żyje Związek Radziecki. Ja wiem, że wielu z nich kiedy mówi „nasi” to nie ukraińską armię ma na myśli. A jednak… TO PRZECIEŻ TEŻ SĄ LUDZIE! Tak, błądzą! Tak, nie błyszczą rozumem! Tak, są „zazombowani”! Tak, są problemem dla Ukrainy! Ale mimo tego wszystkiego – mają prawo żyć! I dlatego nie można o nich zapominać.

Nie czas i nie miejsce na rozważania, dlaczego ci ludzie są właśnie tacy. Przyczyn tego jest tysiące. Również to, że jeśli Związek Radziecki gdzieś się zahibernował, ukrył i czekał przebudzenia, to to było właśnie tam – na Donbasie. Również to, że propaganda „Wielkiego Brata” od lat hołubiła separatystyczne myśli, straszyła „Benderą”, malowała obrazy bezpiecznej, radzieckiej przeszłości, obiecywała rosyjską szczęśliwość. Również to, że prości ludzie przez dziesięciolecia dawali się mamić i uważali za dobroczyńców tych, którzy im rozdawali pakiety z „hreczką”, nie zauważając że ci „dobroczyńcy” jedną ręką dają „hreczkę” wartą kopiejki, a drugą ręką kradną miliony. Tak jak napisałem, przyczyn jest wiele.

Ja wiem – niektórzy twierdzą, że ci żyjący tam ludzie sami sobie są winni. Więcej, twierdzą że to właśnie oni sprowadzili nieszczęścia nie tylko na Donbas, ale i na całą Ukrainę. Dlatego, mówią, niech teraz cierpią. Niech „zbierają plony” swej niegodziwości i zdrady! I dlatego powinniśmy ich zostawić samych sobie, bez współczucia, bez pomocy. Komu pomagać? Tym „separatystom”? I to kiedy? Teraz, gdy nasi najlepsi chłopcy każdego dnia walczą i giną za Ukrainę?! Nie! W pierwszym momencie zdawać by się mogło, że takie rozumowanie jest logiczne i sprawiedliwe – tyle, że to nie do końca tak jest.

Już gdzieś w tym tekście wspomniałem o chrześcijańskiej duszy. Tak, nie żartuję – o chrześcijańskiej duszy! A jakby to w dzisiejszym świecie niepopularnym nie było, to chrześcijaństwo oznacza miłosierdzie i miłość do bliźniego. Także wroga. I już tylko to, że jesteśmy chrześcijanami, nakłada na nas obowiązek odczuwania współczucia i niesienia pomocy. Także tym, którzy błądzą. Także tym, którzy nas skrzywdzili.

Fot. Artur Deska

Oprócz tego, to pytanie dla Ukrainy strategiczne – wojna kiedyś się skończy i co wtedy? Co zrobić z kilkoma milionami obywateli Ukrainy, którzy się tej Ukrainy obywatelami nie czują? Tak, znam radykalną odpowiedź „walizka, dworzec, Rosja” – tyle że to nierealne. Przepraszam, ale niby jak to chciałby ktoś zrealizować?! Dlatego uważam, że jedynym realnym, aczkolwiek mozolnym i bardzo trudnym w realizacji rozwiązaniem jest dokonanie zmiany w mieszkających tam ludziach. Tak, znowu wiem. Nie zmienimy ich wartości, sposobu widzenia świata, nie zmienimy ich marzeń i oczekiwań. Jednak jesteśmy w stanie „wedrzeć się” w ten ich świat i poprzestawiać w nim pionki. Pozostawiając to, czego zmienić się nie da, zmienić to, co jest do zmienienia możliwe. I można to zrobić właśnie teraz i w bardzo prosty sposób – właśnie niosąc pomoc w ciężki czas, chociażby tę przysłowiową „hreczkę”.

Nie żartuję! Oczywiście wcale na jakąś osobliwą wdzięczność nie liczę, ale w tym „ich świecie” pełnym „radzieckości”, tym kimś dobrym, przyjacielem jest właśnie ten kto daje. Dlatego tam tak kochają Achmetowa. On dawał. Tego, że o wiele więcej zabierał – nie zauważali. Pamiętają, że dawał – i to jest dla nich najważniejsze. No, a jeśli tak, to czemu my nie mielibyśmy zamienić Achmetowa? Stać się dla mieszkających tam ludzi „twarzą” Ukrainy? Raz, drugi, trzeci, dziesiąty? Powoli, mozolnie kształtować w głowach mieszkańców Donbasu obraz Ukrainy, która jest gotowa im „dawać”. Tak, „dawać”! W ich bowiem pojęciu państwo istnieje właśnie dlatego, by im „dawało”. Radzieckie? Tak, radzieckie, ale tam właśnie tak jest!

Ja wiem, że to handel. Kupowanie przychylności za „hreczkę”. Wielu ideowym ludziom, patriotom Ukrainy może się to wydać obrzydliwym. Jednak jak inaczej? Jak „przywiązać” do Ukrainy np. takich mieszkańców Awdiejewki? Ja innej metody niż ta, by ich „kupić”, nie widzę! Tylko taki język i takie działania rozumieją, cenią i pamiętają. Smutne? Smutne! Ale niestety tak jest.

Fot. Artur Deska

Oprócz powyższego jest jeszcze inny powód, dlaczego pomagać trzeba. Tam mieszkają nie tylko ludzie wrodzy bądź obojętni. Może ich i nie widać, może i są w mniejszości, ale tam mieszkają także ukraińscy patrioci. Tak, wiem co piszę! Ludzie, którzy w najgorszy czas wychodzili w Słowiańsku z niebiesko-żółtą flagą na ulice i zostali za to bestialsko pobici. Rodziny rozstrzelanych przez separatystów mieszkańców Słowiańska. Ludzie, którzy za wierność Ukrainie zapłacili niewolą, katowaniem, cierpieniem. Tam tacy są także – osobiście ich spotkałem.

Jednym słowem – pojechaliśmy, zawieźliśmy 15 ton żywności i szczęśliwy jestem. Wierzę, że ta pomoc będzie miała znaczenie także w sferze duchowej. Może coś w niektórych głowach zacznie kiełkować? Skąd takie przypuszczenie? Ano, zawieźliśmy kilka pakietów z żywnością, każdy po 30 kg, do „starej” Awdiejewki. Tam, gdzie jeszcze dzień wcześniej padały pociski artyleryjskie. Dachy rozbite, leje w drodze, bramy i płoty podziurawione, okna wybite. Wychodzą do nas starsi ludzie, odbierają pomoc i mówią: „Nam nikt nie pomaga. Raz, kiedyś, bardzo dawno temu Czerwony Krzyż malutkie paczki przywiózł. Prawda, przyjeżdżają z OBWE. Pytają, zapisują, fotografują ślady obstrzału i… jadą sobie dalej. Tak, żeby pomóc, to Wy pierwsi tutaj…”. Nie wiem, czy może być lepszy komentarz.

Tak więc pozwolę sobie na apel. Pomagajmy żołnierzom! Ze wszystkich sił i jak tylko to jest możliwe! Oni bronią nas, bronią Ukrainy i – ja przynajmniej tak uważam – oni bronią Europy! Pomagajmy ich rodzinom! Pomagajmy rannym, chorym demobilizowanym! To nasz oczywisty obowiązek! Jednakże proszę, nie zapominajmy o pomocy dla ludzi, którzy mieszkają tam, w strefie walk, przy linii frontu, na których domy lecą pociski, którzy często nie mają co jeść, którzy czują się przez wszystkich opuszczeni. Nie pozwólmy by narracja Rosji i separatystów była bardziej wiarygodna od tej ukraińskiej. Nie pozwólmy by mieszkańcy Donbasu poczuli się wyrzuceni poza Ukrainę, poczuli się „obywatelami drugiej kategorii”. Pomóc im to nasz chrześcijański obowiązek. To także część długofalowego planu jednoczenia Ukrainy i budowy Jej przyszłości. Już tej pokojowej, bez wojny.

Artur Deska
Tekst ukazał się w nr 12 (256) 30 czerwca – 14 lipca 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X