Chór Katedry Lwowskiej im. Jana Pawła II w Warszawie

W dniach 27-29 czerwca 2007 roku Chór Katedry Lwowskiej im. Jana Pawła II pod dyrekcją Bronisława Pacana gościł w Warszawie.

Zostaliśmy zaproszeni przez parafię pw. św. Elżbiety w Powsinie na obchody 9. rocznicy koronacji Obrazu Matki Boskiej Tęskniącej czczonej w tutejszym Sanktuarium i 250. rocznicy urodzin biskupa i poety Jana Pawła Woronicza. Reprezentowaliśmy tę ziemię, na której od pokoleń mieszkali przodkowie późniejszego proboszcza powsińskiego i prymasa Królestwa Polskiego, na której urodził się, wychował i wzrastał on sam.

Ks. Jan Paweł Woronicz, przez współczesnych porównywany z ks. Piotrem Skargą, urodził się w 1757 roku w Brodowie niedaleko Ostroga na Wołyniu. Pochodził z senatorskiej niegdyś, ale podupadłej rodziny, która pieczętowała się herbem Herburt (herb ten widnieje w wielu kościołach naszej archidiecezji, związanych z tym możnym rodem, np. w Żółkwi i Dobromilu). Kształcił się na Wołyniu, początkowo u księży jezuitów. Wstąpił do nowicjatu, jednak wobec kasaty tego zakonu w 1773 roku został wyświęcony na księdza diecezjalnego. Wszechstronnie utalentowany, zasłynął nie tylko jako poeta – autor sielanek, wierszy i kilku poematów – ale również jako mąż stanu. Był jednym z pierwszych, którzy uciemiężonej Polsce prorokowali zmartwychwstanie. Najwybitniejsi polscy romantycy cenili go, uważali za swego prekursora i czerpali z jego dorobku. Był także znakomitym kaznodzieją i mówcą swoich czasów. Przemawiał nad trumnami księcia Adama Czartoryskiego, Tadeusza Kościuszki, księcia Józefa Poniatowskiego. Wygłaszał mowy w najważniejszych momentach dziejowych. Zapewne i w Powsinie, gdzie był proboszczem przez kilkanaście lat (1803-1815), porywał słuchaczy doskonałą retoryką swoich kazań. Zmarł w 1829 roku, pochowany został w Krakowie na Wawelu, pogrzeb jego był wielką manifestacją patriotyczną. W zakrystii kościoła w Powsinie można oglądać dziś kopię portretu ks. Woronicza, namalowanego za jego życia – oryginał znajduje się w siedzibie prymasów w Warszawie. W 1997 roku, w 240. rocznicę jego urodzin, poświęcono pamiątkowe epitafium ku jego czci, ufundowane przez parafian. Tablica upamiętniająca Jana Pawła Woronicza od 1994 roku jest również w prezbiterium kościoła parafialnego w Ostrogu na Wołyniu.

W ramach obchodów rocznicowych odbyło się wiele imprez. Ich kulminacją była uroczysta polowa Msza św. dziękczynna w czwartek, 28 czerwca. Liturgii przewodniczył i homilię wygłosił ks. bp Józef Zawitkowski z Łowicza. Oprawę muzyczną powierzono naszemu chórowi.

Mszę św. poprzedził półgodzinny program słowno-muzyczny, poświęcony twórczości poetyckiej Jana Pawła Woronicza. Jego wiersze recytował znany aktor Janusz Zakrzeński. Po Mszy św. – krótki występ chóru, który został bardzo ciepło przyjęty przez Warszawian. Wśród zaprezentowanych utworów nie zabrakło akcentów lwowskich: Powitanie pieśni Stanisława Niewiadomskiego, Chorał Z dymem pożarów K. Ujejskiego-J. Nikorowicza w opracowaniu Stefana Surzyńskiego. Wykonanie Poloneza „Pożegnanie Ojczyzny” Michała Kleofasa Ogińskiego nagrodzono szczególnie gromkimi brawami. Na zakończenie zabrzmiała Rota. A potem inicjatywę przejęła kapela „Lwowska Fala” na czele z Edwardem Sosulskim, która bawiła zebranych do zmierzchu, aż do momentu, gdy dzwony kościelne wezwały uczestników uroczystości na Apel Jasnogórski.

Wzruszająca uroczystość miała miejsce w kościele św. Anny następnego dnia, 29 czerwca. Była to Msza św. w 64. rocznicę aresztowania w Warszawie Komendanta ZWZ-AK, generała Stefana Grota-Roweckiego. Liturgia była koncelebrowana przez ks. prałata Wacława Karłowicza, liczącego sobie dziś już sto lat (!) jedynego żyjącego kapelana AK i 95-letniego ks. infułata Witolda Kiedrowskiego z Paryża, pułkownika Wojska Polskiego w stanie spoczynku. Jest przewodniczącym Stowarzyszenia Polskich Kombatantów we Francji. Za zaszczyt poczytamy sobie, że mogliśmy uczestniczyć w uroczystości odznaczenia kilkudziesięciu osób przez p. Janusza Krupskiego, Ministra ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, Medalem Pro Memoria. Jest on przyznawany za wybitnie zasługi w utrwalaniu pamięci o ludziach i ich czynach w walce o niepodległość Polski podczas II wojny światowej i po jej zakończeniu. Kościół podczas Mszy św. – mimo dnia pracy – wypełniony był po brzegi: wierni, kombatanci, sztandary, szpaler mundurów, warta honorowa i szczęk wojskowych podkówek na posadzce kościelnej. W tę niezwykłą atmosferę wplatały się dźwięki śpiewanej przez nas Bogurodzicy.

Następna Msza św. tego dnia z „naszą” oprawą muzyczną miała miejsce w kościele p.w. św. Tomasza na Ursynowie. Po jej zakończeniu – koncert. Zgromadzeni na nim długo nie chcieli rozchodzić się do domów, prosząc o kolejne bisy, a więc nasz występ przerodził się niepostrzeżenie w coś na kształt „koncertu życzeń”. Na wyraźne życzenie publiczności zaintonowaliśmy po batiarsku Tylko we Lwowie, a tę znaną melodię warszawiacy skwapliwie podchwycili. Wspólne Sto lat zakończyło to miłe spotkanie.

W ciągu dwóch dni spędzonych w Warszawie przeżyliśmy wiele niezapomnianych chwil i wzruszeń. Zwłaszcza w dźwigającej się powoli wzwyż Świątyni Opatrzności Bożej. W tym miejscu, gdzie w Krypcie Zasłużonych spoczywa poeta ks. Jan Twardowski i gdzie jest wierna replika grobu Jana Pawła II ze srebrną szkatułą, zawierającą szczególną relikwię – chustę, którą ocierano Ojcu św. pot z czoła w ostatnich godzinach Jego życia na ziemi.

Na swej drodze spotykaliśmy niezwykłych kapłanów. Jednym z nich był 95-letni ks. infułat Witold Kiedrowski z Paryża, pięciokrotny więzień obozów koncentracyjnych. Wspominał, że odwiedził Lwów w lipcu 1939 roku, tuż przed wybuchem wojny jako młody katecheta gimnazjum w Wąbrzeźnie na Pomorzu. Przyjechał tu ze swoimi wychowankami na Ogólnopolski Kongres Żeńskich Gimnazjalnych Sodalicji Mariańskich. Człowiek ten – mimo tylu bolesnych doświadczeń, pełen pogody ducha, werwy, z rozpromienioną uśmiechem twarzą – wzbudzał sympatię i podziw dla swej młodzieńczej wręcz energii i doskonałej pamięci: Gdzie słyszysz śpiew, tam siądź, tam dobre serca mają/ Źli ludzie, wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają – cytował nam Goethego.

Na czas pobytu w Warszawie zamieszkaliśmy u rodzin parafian i członków chóru parafialnego w Powsinie. Otoczyli nas troskliwą opieką i serdecznością. Zadbali też o to, aby w tak krótkim czasie pokazać nam jak najwięcej z tego, czym chlubi się Warszawa. Poznawaliśmy zabytki stolicy, jej historię z p. Andrzejem i p. Stefanem Melakami, braćmi, zasługi których w kultywowaniu miejsc pamięci narodowej i męczeństwa są nie do przecenienia. Zwiedziliśmy Zamek Królewski, w którym stwierdziliśmy z dumą i satysfakcją obecność tylu leopolitanów. W salach Poselskiej i Senatorskiej – pieczołowicie odtworzone po zniszczeniach wojennych herby województw I Rzeczpospolitej, w tym Województwa Ruskiego ze stolicą we Lwowie. Więc na chwilę tylko usiedliśmy pod groźnym lwem, pod którym to zasiadali niegdyś posłowie i senatorowie – reprezentanci Ziemi Lwowskiej. Podziwialiśmy Konstytucję 3 Maja Jana Matejki, która przed 1918 rokiem zdobiła wnętrza gmachu Uniwersytetu, czyli ówcześnie Sejmu Galicyjskiego we Lwowie. I jeszcze gabinet i pamiątki po Prezydencie Rzeczpospolitej Ignacym Mościckim, który był przecież profesorem Politechniki Lwowskiej. Na koniec wspaniała kolekcja dzieł sztuki, ofiarowana Zamkowi przez zmarłą kilka lat temu prof. Karolinę Lanckorońską, związaną niegdyś z Uniwersytetem Jana Kazimierza we Lwowie. Podczas spaceru po Starówce zatrzymaliśmy się przy wzruszającym pomniku Małego Powstańca. Nieopodal – pamiątkowy głaz w miejscu domu, gdzie mieszkała spoczywająca teraz w cieniu drzew Łyczakowskiej nekropolii Maria Konopnicka. I szewc Jan Kiliński, prawie tak samo jak na pomniku w Parku Stryjskim, z szablą w ręku porywający do boju. Z wielką swadą opowiadał o wybitnych Polakach, pochowanych w podziemiach Katedry św. Jana, nasz przewodnik pan Stefan Melak: Sienkiewicz, Paderewski, gen. Sosnkowski, św. abp Feliński, król Stanisław August Poniatowski. I znów nasuwały się strofy bpa J.P.Woronicza:„W nieszczęściu człowiek swojej wielkości dowodzi/ A wielkość się narodów z wielkich ludzi rodzi”. Dwa dni upłynęły szybko. Czas wypełniony do końca, tak intensywny, że na uporządkowanie myśli, wrażeń, przeżyć zabrakło nawet tych długich nocnych godzin drogi powrotnej, gdy zmęczenie nakazywało oddać się w objęcia Morfeusza, a świeże jeszcze emocje nie pozwalały usnąć. Zapamiętamy z wdzięcznością te miejsca, i ten czas, gdzie hojnie obdarowano nas sercem i życzliwością. Mogliśmy się za to przynajmniej w części odwdzięczyć pieśnią i modlitwą. Dziękujemy więc z serca inicjatorom i organizatorom naszego wyjazdu, przede wszystkim ks. dr Janowi Świstakowi, proboszczowi parafii św. Elżbiety w Powsinie. To na jego barkach spoczywał trud zorganizowania uroczystości. Wyrazy wdzięczności kierujemy również do ks. prałata Tomasza J. Króla za serdeczne przyjęcie nas na Ursynowie. Bóg zapłać p. Andrzejowi Melakowi za zaangażowanie, cierpliwość i poświęcony nam czas. Dziękujemy również tym, którzy przyjęli nas w swych domach, warszawskim Krawcom, którzy przygotowali dla nas poczęstunek w swojej siedzibie przy Krakowskim Przedmieściu oraz wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że mogliśmy uczestniczyć w tylu wyjątkowych wydarzeniach.

Joanna Pacan
Tekst ukazał się w nr 1 (43) 15 sierpnia 2007

X