Bye, bye, Europo!

Bye, bye, Europo!

Tak więc stało się to, czego obawiano, głośno o tym nie mówiąc. Partia Regionów, mająca większość w ukraińskim parlamencie, na polecenie prezydenta Wiktora Janukowycza, odrzuciła w głosowaniach wszystkie projekty ustaw stanowiące warunek do podpisania negocjowanej od 2007 roku umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską.

 

Dla przypomnienia – była to reforma prawa wyborczego, ograniczająca manipulowanie wynikami wyborów, osłabienie roli prokuratora w przewodzie sądowym oraz inne zmiany w prawie dające większą bezstronność i niezawisłość stronom postępowania. Ostatnim warunkiem było uchwalenie ustawy, pozwalającej na leczenie byłej premier Julii Tymoszenko za granicą. Z wyżej wymienionych aktów prawnych tylko prawo wyborcze jest po pierwszym czytaniu. W pewnym momencie Partia Regionów zarzuciła opozycji, że spowalnia proces legislacyjny zgłaszanymi poprawkami do wymienionych ustaw, przez co spowalnia proces ich uchwalania. Jak widać, argument ten był tylko cynicznym wybiegiem, mającym uprawdopodobnić rzekome intencje rządzących. Do ostatniej chwili trwały gorączkowe negocjacje wysłanników Parlamentu Europejskiego Pata Coxa i Aleksandra Kwaśniewskiego z prezydentem Janukowyczem, opozycją parlamentarną oraz Julią Tymoszenko. Jednak 21 listopada wyszło „szydło z worka” i dalej nie dało się siedzieć na dwóch stołkach.

W czasie podróży prezydenta Janukowycza po Europie premier Mykoła Azarow oświadczył, że Ukraina wstrzymuje przygotowania do podpisania umowy stowarzyszeniowej. Premier tłumaczył to pogorszeniem się stosunków gospodarczych i politycznych z Rosją, w przypadku jej podpisania. W tej chwili wszyscy na „wyścigi” starają się umyć ręce i pomniejszyć odpowiedzialność za zaistniałą sytuację. Padają stwierdzenia polityków ukraińskich, że to Unia Europejska zawiniła nie przedstawiając oferty, która rekompensowałaby straty handlowe wynikłe z utraty rynku rosyjskiego (do której ma dojść w przypadku podpisania umowy stowarzyszeniowej).

Należy stwierdzić, że jest to pokrętne tłumaczenie, albowiem przez kilka lat negocjacji, ten argument nie padał. Unia gotowa jest przeznaczyć pieniądze na zmiany modernizacyjne i administracyjne w Ukrainie, lecz nie przekaże ich do swobodnego dysponowania przez rządzących. Dziwne, ale premier Mykoła Azarow nie wspomniał, że kanclerz Niemiec Angela Merkel 18 listopada zobowiązała się do pokrycia wraz z UE 40% ewentualnych obrotów w przypadku odwetu ekonomicznego Rosji.

Dzisiaj można z pewnością stwierdzić, że mieli rację politycy unijni twierdzący, że Wiktor Janukowycz negocjował w złej wierze traktat stowarzyszeniowy do końca, nie mając zamiaru go podpisać. Decyzję o niepodpisaniu umowy podjął on około miesiąca wcześniej, na tajnym spotkaniu z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Tak więc, co najmniej dziwnym wydaje się zapowiedź prezydenta Janukowycza, że pojawi się w Wilnie na szczycie Partnerstwa Wschodniego.

Inną kwestią jest sprawa Julii Tymoszenko. Była premier w tej chwili to najbardziej popularny oponent prezydenta. Przebywając w więzieniu, daje swobodę działania Wiktorowi Janukowyczowi w najbliższych wyborach w 2015 roku. Ten warunek umowy stowarzyszeniowej z UE, zwolnienie jej na leczenie, też nie został dochowany. Jest jeszcze jedna kwestia, o której niewiele się mówi. Ukraińcy w chwili niepodpisania umowy, tracą w dużym stopniu możliwość rozwoju cywilizacyjnego i społecznego, wynikającego z możliwości głębszej integracji ze społeczeństwami UE. Przez co pogłębia się przepaść materialna i kulturowa. Młodzi w swoim kraju nie widzą żadnych perspektyw do racjonalnego rozwoju.

Bez względu na to, jak dalej potoczą się losy umowy, ktoś w ostatecznym rozrachunku będzie musiał wziąć na siebie niemały trud ekonomicznego przeobrażenia tego kraju. Zacytuję opinię jednego z najbardziej opiniotwórczych i szanowanych tytułów prasowych, jakim jest „The Economist”: „Największą trudnością na drodze do stowarzyszenia Ukrainy z UE nie jest Rosja, lecz sama Ukraina – kraj bez tradycji własnej państwowości, chronicznie skorumpowany, dysfunkcyjnie zarządzany i posiadający pasożytniczą elitę”.

Według „The Economist” „dryfowanie prezydenta Wiktora Janukowycza w stronę UE nie wynikało ze wspólnie wyznawanych wartości. O wiele bardziej niż na losie Ukrainy zależy mu na utrzymaniu się u władzy i osobistym wzbogaceniu. Zarówno w razie podpisania układu stowarzyszeniowego z UE, jak i w razie wstąpienia do lansowanej przez Moskwę Unii Celnej Janukowycz musiałby zapłacić polityczną cenę. W pierwszym przypadku musiałby otworzyć rynek, wprowadzić reformy i podporządkować się unijnym normom, co godziłoby w interesy rządzących elit i wystawiło gospodarkę na konkurencję, do której nie jest przygotowana. W drugim zaś przestałby być „panem Ukrainy” i „przekształciłby się w menedżera”. „Ani Rosja, ani Zachód nie są gotowe, by ratować Janukowycza tylko dlatego, że wybrał którąś ze stron kosztem drugiej” – zaznacza „Economist”. „Nie ulega wątpliwości, że ten, kto przeciągnie Ukrainę na swoją stronę, weźmie sobie też na głowę wielki kłopot. Jeśli zakłamanie Janukowycza w okresie przygotowań do wileńskiego szczytu o czymś świadczy, to o tym, że stosunki z tym krajem po szczycie będą jeszcze trudniejsze” – stwierdza tygodnik.

Ekspert ds. Ukrainy z uniwersytetu w Oksfordzie Andrew Wilson sądzi, że stosunki z Ukrainą będą stały pod znakiem „złej wiary, dwulicowości i niechętnej realizacji” ustaleń. Jest to kwintesencja oceny działań obecnych władz Ukrainy a w szczególności prezydenta Ukrainy. Wydaje się, że Unia Europejska do momentu zmiany władz w Kijowie, nie ponowi próby ponownego stowarzyszenia Ukrainy z UE.

Szkoda, że politycy ukraińscy uprawiają krótkowzroczną politykę, nastawioną tylko na doraźne korzyści.

Jan Wlobart
Tekst ukazał się w nr 22 (194) za 29 listopada–16 grudnia 2013

X