Bukowina to stan umysłu

W dniach 26-28 lipca w Câmpulung Moldovenesc w Rumunii ponad 2 tysiące uczestników zgromadził XXX Międzynarodowy Festiwal Folklorystyczny „Bukowińskie Spotkania”.

– W tej chwili można śmiało powiedzieć, że jest to jeden z największych festiwali folklorystycznych w Europie – stwierdził pomysłodawca i główny organizator imprezy Zbigniew Kowalski.

Trombity i rogi muzyczne, potężne konie w bogato udekorowanej uprzęży, jeźdźcy w pięknych haftowanych koszulach i kożuszkach. A dalej zespół za zespołem w różnorodnych barwach. Cała główna ulica wiruje: dźwięki wszelkich orkiestr, śpiewy i tańce, rżenie półdzikich ogierów i radosne okrzyki tłumów na chodnikach. Rumuni, Polacy, Ukraińcy, Węgrzy stworzyli barwisty wianek w centrum miasta Kimpulung Mołdawski na południowej Bukowinie.

Fot. Konstanty Czawaga
{gallery}gallery/2019/bukownskie1{/gallery}

W uroczystym otwarciu festiwalu uczestniczył Gheorghe Flutur, przewodniczący rady okręgu administracyjnego Suczawa (Județul Suceava), który w ciągu lat aktywnie promuje swój teren m.in. podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy, w ramach spotkań międzynarodowych, organizowanych przez „Euroregion Karpaty” i województwo podkarpackie.

– Bukowina to nie tylko historyczna prowincja, Bukowina to stan umysłu – zaznaczył Gheorghe Flutur. – Bukowina jest stolicą autentycznego portu, tradycji i gastronomii. Będziemy dalej wspierać tradycje, autentyczność i zespoły amatorskie.

Burmistrz miasta Mihaita Negura podkreślił rekordowy udział uczestników w tegorocznej edycji „Bukowińskich Spotkań”. Na festiwal zaproszono kilkaset artystów spoza Rumunii oraz 1500 miejscowych. W ramach „Bukowińskich Spotkań” przebiegała też ostatnia faza festiwalu „Skarby rumuńskiej duszy” z udziałem 70 grup folklorystycznych z Bukowiny południowej. Wśród nich dwa polskie zespoły – z Solonețu Nou (Nowego Sołońca) i z Poiana Micului (Pojany Mikuli).

– Dla nas, dla Polonii Rumuńskiej jest to bardzo ważne – powiedział Gerwazy Longher, prezes Związku Polaków Rumunii. – Cały czas nasze dzieci, młodzież, starsze osoby przychodzą do zespołów. Śpiewamy, tańczymy, uczymy się tych piosenek, żeby nie zapomnieć kultury, tradycji i nasz folklor polski na Bukowinie. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych powstawały nasze zespoły miejscowe, to Zbigniew Kowalski zaprosił na ten festiwal. I tak jest do tej pory.

Zbigniew Kowalski z Regionalnego Centrum Kultury w Pile, który jest niezmiennym dyrektorem Międzynarodowego Festiwalu Folklorystycznego „Bukowińskie Spotkania”, wspomina:

– Festiwal zrodził się w niewielkim miasteczku w Polsce, w Jastrowiu, w grupie Polaków – przesiedleńców z Bukowiny. Tam po 1945 roku trafiło 19 rodzin i prawdopodobnie nastąpiła by jakaś asymilacja w tym środowisku przesiedleńców, bo przecież to były tereny przesiedleńcze. Mi się zdarzyło kiedyś spotkać grupę folklorystyczną, która śpiewała różne pieśni popularne w Polskim Radio. A był to 1987 rok. Kiedy okazało się, że są to Bukowińczycy, zaczęliśmy rozmawiać o Bukowinie. I wtedy zrodził się pomysł, żeby powstał zespół bukowiński w Jastrowiu. I jeszcze tego samego roku pojechaliśmy na festiwal w Kazimierzu i tam spotkaliśmy drugą grupę bukowińską. W Kazimierzu nad Wisłą 28 czerwca 1987 roku zrodził się pomysł na zbudowanie festiwalu. Początkowo sądziliśmy, że będzie to festiwal, na którym zaprezentują swoje możliwości, umiejętności Bukowińczycy z Polski. Siedem zespołów folklorystycznych. Kiedy doszło do pierwszej edycji w 1990 roku, przygotowaliśmy specjalne zaproszenie, objechaliśmy też środowisko bukowińskie w Polsce. Wówczas już wiedziałem, że jeżeli chcemy robić taki festiwal, pod wielką sugestią zespołów działających w Polsce, nie możemy robić festiwalu, który będzie miał tylko taki akcent polonocentryczny, ale zgodnie z duchem tych różnych opowieści Polaków Bukowińskich musimy zapraszać ich dawnych sąsiadów. I tak powstała koncepcja Bukowińskich Spotkań, że będziemy zapraszać zespoły prezentujące wszystkie narodowości bukowińskie. Przez dziewięć lat w tej konwencji odbywał się festiwal tylko w Polsce, w Jastrowiu i w Pile. W 1999 roku powstały możliwości, ażeby festiwal zawitał do źródeł, czyli na Bukowinę. I wówczas te pierwsze prezentacje odbyły się w tym miejscu, w Kimpulungu Mołdawskim. Po edycji rumuńskiej pojechaliśmy od razu na Bukowinę północną, do Czerniowiec, i tam były prezentacje na Ukrainie. Oczywiście przez tych pierwszych dziewięć lat Bukowińskich Spotkań przyjeżdżały grupy prezentujące wszystkie nacje bukowińskie. W 2000 roku do grona organizatorów przystąpili Seklerzy Bukowińscy, czyli Festiwal zawitał na Węgry.

Seklerzy jest to osobna, pierwotnie turkijska grupa, która pod koniec IX wieku przywędrowała do Panonii z Madziarami, przyjęła ich język, lecz ma inne pochodzenie etniczne. Cieszyli się autonomią w ramach Korony Węgierskiej, jednak po konflikcie z władzami monarchii Habsburgów w drugiej połowie XVIII wieku część Seklerów przesiedliła się na Bukowinę. Po II wojnie światowej władze komunistyczne zmusiły seklerskie rodziny opuścić Wschodnie Kresy węgierskie. Przesiedlono ich do wsi poniemieckich na Węgrach, jednak pozostała nostalgia po Bukowinie.

Fot. Konstanty Czawaga
{gallery}gallery/2019/bukownskie2{/gallery}

Dalej była edycja „Bukowińskich Spotkań” w Monachium, w Niemczech, gdzie Zbigniew Kowalski też spotkał Bukowińczyków. Kolejna edycja była na Słowacji. Najpierw w Skalité, bardzo blisko Czadca, skąd pochodzą rodowody większości tych Bukowińczyków. Festiwal miał swoją edycję również w Mołdawii.

– Staramy się docierać do wszystkich tych środowisk, w których są Bukowińczycy, i odpowiadać z jednej strony na zapotrzebowanie lokalne tych środowisk bukowińskich, a jednocześnie uwzględniać możliwości organizacyjne festiwalu – zaznacza Zbigniew Kowalski.

– Nasze korzenie to Śląsk Cieszyński – powiedziała Jadwiga Puszkarz z Góralskiego Teatru Pieśni „Dunawiec”, założonego w 1986 roku w Zbylutowie na Dolnym Śląsku. – W związku z przeludnieniem Śląska nasi praojcowie wyjechali za chlebem. I dojechali aż do Bukowiny. To była kiedyś Rumuńska Bukowina. Miałam trzy lata, kiedy z rodzicami przyjechaliśmy do miejscowości koło Bolesławca, koło Lwówka Śląskiego. Tatuś był w wojsku i tam dostał mieszkanie po wojnie. I z mamusią, i z dziadkiem przyjechaliśmy. Ale urodziłam się na Dunawcu koło Baniłowa. Taka moja mała ojczyzna. Chociaż byłam dzieckiem, ale jednak wszystko ciągnie coś. U nas była cała wioska stamtąd. Jak przyjechaliśmy, to nazywali nas Rumunami, bo to było pod Rumunią. Ludzie byli tam i z Polesia, i z Podola, i z Bukowiny. Taka mieszanina. Później to już z biegiem lat dowiedzieli się o tej naszej historii i wszystko się unormowało. Teraz już młodzi mówią: jedziemy do słonecznej Rumunii. Ja doniedawna miałam jeszcze ciocię na Bukowinie, w Baniłowie. Od początku tego Festiwalu przyjeżdżam do Kimpulungu. Zawsze jestem tu. Jesteśmy zespołem, który kultywuje te tradycje, przekazane od naszych pradziadów na następne pokolenia. I ja jestem tym pokoleniem, które chce też przekazywać. Śpiewamy takie stare piękne pieśni. Zapraszają nas wszędzie. Zawsze zdobywamy najlepsze nagrody. Organizujemy sobie spotkania Wigilijne. Promujemy chleb i jedzenie bukowińskie. Gołąbki z kaszy kukurydzianej, liście muszą być zakwaszone. No i kutia oczywiście, „pszeniczka” u nas nazywali. Jak kiedyś nasi rodzice zakolędowali, to lampy gasły. Cały czas śpiewamy z myślą o naszych przodkach – wzrusza się Jadwiga Puszkarz.

{youtube}Ne8nLWa_Nac{/youtube}

Obok placu, gdzie odbywały się występy grup folklorystycznych, w cieniu skweru były zorganizowane Targi Rzemieślników. Można było spróbować smaczną kuchnię regionalną. Jeżeli ktoś potrzebował tłumacza, to mógł znaleźć go na każdym kroku.

– Jestem Rumunem, ale mój dziadek był Ukraińcem, a mama Polką, to mogę rozmawiać z wami też po polsku i po ukraińsku – uśmiecha się do nas mieszkaniec Kimpulunga, mężczyzna w starszym wieku. Spotkałem tam też Hucułów z okolicy Mołdowicy.

– Zawsze Bukowina była taką małą Europą w miniaturze – stwierdza Gerwazy Longher, który wcześniej reprezentował Polaków tego kraju w parlamencie rumuńskim. – Tutaj na Bukowinie żyje wiele mniejszości. W zgodzie i w miłości. Nikt nie miał do siebie żadnej pretensji. I tak jest nadal.

W czasie parady wszyscy zachwycali się tańcem „Hopak” w wykonaniu dziewcząt i chłopców w ukraińskich strojach, którzy czasami łamali wszelkie prawa grawitacji.

– Przyjechaliśmy z Negostiny – powiedział Valenti Leonti, kierownik zespołu „Czerwona Kałyna”. – Wszyscy są Ukraińcami. Nasza wioska jest ukraińska. Jak będziecie wracać, to zobaczycie tablicę przy wyjeździe w dwóch językach, po rumuńsku i po ukraińsku. Mamy szkołę ukraińską, pomnik Tarasa Szewczenki. Reprezentujemy tutaj Związek Ukraińców Rumunii. Nasz zespól każdy rok przyjeżdża na ten festiwal. Niedawno wróciliśmy z występów w Portugalii.

Kimpulung dla Ukraińców, a zwłaszcza bukowińskich, jest miastem ściśle związanym z życiem i twórczością Olgi Kobylańskiej, znanej pisarki ukraińskiej. Pozostała tam cerkiew z lat jej młodości, a w centrum sąsiedniego miasteczka Gura Humurului, gdzie ona się urodziła, znajduje się jej pomnik.

Siedem zespołów przyjechało do Kimpulungu Mołdawskiego z Bukowiny północnej. Władysław Strutyński, prezes Towarzystwa Kultury Polskiej im. Adama Mickiewicza w Czerniowcach, zwrócił nam uwagę na „Dolinę Seretu”, w którym śpiewają i grają Polacy z Tereblecza.

– To są też potomkowie Górali Czadeckich – powiedział Strutyński. – Nasze zespoły polskie stale uczestniczą w „Spotkaniach Bukowińskich”. W tym roku w Jastrowiu występował nasz zespół Górali Czadeckich „Wianeczek” z Piotrowiec Dolnych i „Echo Prutu” z Domu Polskiego w Czerniowcach, a dziecięcy góralski zespół „Dolinianka” ze Starej Huty 1 sierpnia będzie na festiwalu w Bonyhád na Węgrach. To jest przykład łączenia wszystkich narodowości w śpiewającej rodzinie. I pracujących, bo po śpiewach idzie praca. To taka jest nasza Bukowina.

– Wszyscy jesteśmy Bukowińczykami – dodaje Elena Nandrysz, wójt Magały w obwodzie czerniowieckim. – Jestem pół Rumunką i pół Polką. Wcześniej śpiewałam w polskim zespole „Echo Prutu” w Czerniowcach i nawet byłam solistką. Teraz przyjechałam tutaj na zaproszenie burmistrza Câmpulung Moldovenesc. Jesteśmy bardzo wdzięczni Zbigniewowi Kowalskiemu za trzydzieści lat pracy nad organizacją „Bukowińskich Spotkań”, bo to nas jednoczy i pokazuje na cały świat, że jesteśmy prawdziwymi Bukowińczykami. Z naszymi tradycjami, z naszymi obrządkami, z tym wszystkim, co jest nam tak drogie. Jeżeli ktoś jest pozbawiony tego wszystkiego, to skazany na zniszczenie. Również „Bukowińskie Spotkania” jednoczą nasze kraje w tej części Europy na zasadach kultury.

– W tym roku festiwal odbywa się na sześciu arenach, z których poza Jastrowiem i Piłą w Polsce jest jeszcze Lubań i Dzierżoniów – powiedział Zbigniew Kowalski. – Dzisiaj gościmy w rumuńskim Kimpulungu. W przyszłym tygodniu spotkamy się na Węgrzech w Bonyhád. Potem przenosimy się na koniec sierpnia do Lubania i Dzierżoniowa i zamyka to wszystko prezentacja w Czerniowcach, w ostatni weekend września. To jest festiwal, który jest zbudowany na zasadach pewnego partnerstwa. Kiedy otwierają się pewne możliwości na organizowanie czy rozbudowywanie formy festiwalu, to nie mamy z tym problemów. My postępujemy z organizacją festiwalu chyba trochę inaczej, niż inne tego typu festiwale w Polsce, a myślę że i nie tylko w Polsce. Każdego roku w styczniu spotykamy się z naszymi partnerami. Tymi, którzy mają wpływ na kształt Bukowińskich Spotkań w poszczególnych krajach. Nasze spotkanie kończy się podpisaniem protokołu porozumienia organizacji w danym roku, w którym sobie określamy wszystkie zasady przygotowań, wszystkie obowiązki, które na poszczególnych partnerów spadają. Tak czynimy od 1999 roku, kiedy festiwal po raz pierwszy odbył się poza Polską. I to bardzo procentuje. Nawet jeżeli zmienia się administracja lokalna czy wojewódzka, czy miejska, gdzie odbywa się festiwal, to nie mamy z tych najmniejszych problemów. Jakby w sposób naturalny kolejna zmiana administracyjna przejmuje nasze obowiązki organizacji festiwalu. I to jest chyba też rzeczą, która Bukowińskie Spotkania wyróżnia spośród innych festiwali folklorystycznych. Najważniejszym jest odtworzenie pewnego klimatu tej historycznej Bukowiny. Takiego zrozumienia współpracy poszczególnych narodowości. Festiwal buduje taką sytuację, że raz gościmy i my jesteśmy gospodarzami, to zespół, który jest u nas na arenie czy to w Jastrowie, czy w Pile, za chwilę jest goszczony przez naszych partnerów w innych krajach, gdzie jest ten festiwal. To buduje relacje nie tylko pomiędzy organizatorami, a także pomiędzy zespołami. Przez te 30 lat udało się nawiązać bardzo dużo kontaktów między zespołami. Dzisiaj zespoły z ukraińskiej części Bukowiny czy z rumuńskiej przyjeżdżają nawet na lokalne święta. Nie koniecznie dotyczące samego festiwalu. Zespoły goszczą się podczas poszczególnych edycji. To są przyjaźnie takie. Małżeństwa powstawały na bazie tych spotkań. To jest bardzo szeroki spektrum wzajemnych spotkań i chęci bycia razem. Tutaj po prostu jest jedna wielka grupa bukowińska i to chyba jest największy efekt tego festiwalu.

Władysław Strutyński w swoją kolej przypomniał, że 20-22 września kolejna edycja „Bukowińskich Spotkań” odbędzie się w stolicy Bukowiny, w Czerniowcach: „Przy pięknej pogodzie. Zawsze jesień bukowińska jest złota. Zapraszamy!”.

Konstanty Czawaga
Fot. Konstanty Czawaga
{gallery}gallery/2019/bukownskie3{/gallery}

X