Bezgraniczny cynizm władzy

Bezgraniczny cynizm władzy

Fot. www.shimerli.livejournal.com„…Kategorycznie zakazywano nie tylko kogoś tam prowadzić, ale nawet pokazywać drogę. Za to można było zostać wyrzuconym z pracy i być wzywanym przez KGB. Ale jednak ktoś tam się prześlizgiwał i chodził tam. Rozumie się, że pojedynczo lub w grupach po 3–4 osoby.

 

Trzeba było widzieć twarze tych ludzi i ich szok od tego, co zobaczyli. Szczególnie strasznie było spotkać kobiety, które straciły mężów na wojnie, szczególnie gdy nie dostały „pogrzebowego”, a wiadomość, że „przepadł bez wieści”. Niektóre urządzały prawdziwe pielgrzymki do takich miejsc w poszukiwaniu swoich mężów, synów, braci” – pisał Jewgienij Kuzniecow w „Wałaamskim zeszycie”.


Bezrękich i beznogich wynosili czasem na dwór i podwieszali na drzewach – to był spacer

Zdarzało się, że zapominano zabrać ich na noc i oni zamarzali. „Nie zważając, że pierwsze transporty przyjechały tu jeszcze w 1950, prąd podciągnięto dopiero w 1952. Nie było światła, nie opalano pomieszczeń i większość z nich zmarła właśnie w ciągu dwóch pierwszych lat.

W lecie „samowary” i „walizy” (tak nazywano inwalidów bez rąk i bez nóg) na dzień zawieszano, nieraz po dwoje, w koszach na drzewach. Bywały przypadki, że na noc zapominani ich zdejmować…, a noce w Karelii nawet w lecie są bardzo zimne”. („Zapomniani powieszeni”, Arkadij Bejnenson). Co odczuwali w duszy ci młodzi chłopcy, zwycięzcy nad faszyzmem, którym ojczyzna odwdzięczyła się w taki sposób? Czy nie żałował każdy z nich wiele razy, że nie zginął w walce?

A gdy umierali – od ran wojennych, czy tęsknoty, nawet ich grzebano bez mogił. Nie ma mogiły i nie ma imienia. Po prostu szli w ziemię. O Wałaamie chociaż jeszcze coś wiadomo, są portrety, wspomnienia, ale były i inne internaty, po których nie pozostało śladu.

Czy wspominają ich, przewiązani taśmami św. Grzegorza, „patrioci” w czasie krzykliwego świętowania Dnia Zwycięstwa?
Niedawno słyszałem (nie wiem na ile jest to prawdą), że panuje zdanie, że wszystkich starszych ludzi, emerytów należy wywieść „na przyrodę”. Do specjalnych pensjonatów, bo w miastach jest im trudno żyć, głośno i duszno, a „na przyrodzie” będzie im dobrze. A ile mieszkań się zwolni!

Nietrudno zrozumieć, że ta światła idea jest tak samo ludobójcza, jak wywiezienie weteranów na Wałaam do obozu. Nikt nie będzie pytał o ich zdanie. A jak już będą się tam nimi opiekować – to wiadomo. Wystarczy wspomnieć kilka skandali w domach starców w Jammie i w drugich zagubionych miejscowościach, gdzie staruszków dosłownie sprowadzano ze świata. Trzeba jednak mieć nadzieję, że ta idea nie zostanie urzeczywistniona.

Ale… jeżeli się zastanowić, to ci dzisiejsi staruszkowie, których „ojcowie miast” chcieliby „sprzątnąć” z deficytowej powierzchni mieszkalnej – oni pod koniec lat 40. i początku 50. byli w rozkwicie młodości. To oni wywozili weteranów-„samowary” na Wałaam. A kto nie wywoził – ten milczał i nie pytał: gdzie się podzieli? Nie interesowali się, nie protestowali, zwolniono miasto od natrętnych i nieprzyjemnych inwalidów – i dobrze. Ale przyszła i na nich kolej. A na co czekali?

„Czytelniku! Drogi mój czytelniku! Czy jesteśmy w stanie zrozumieć bezmiar rozpaczy i nieutulonego żalu w momencie, gdy zstąpili na tę ziemię. W więzieniu, w najgorszym lagrze gułagu zawsze więzień ma cząstkę nadziei, że stąd wyjdzie, zdobędzie wolność i inne, nie tak gorzkie życie. Stąd nie było wyjścia. Stąd było wyjście tylko w mogiłę, jak skazańca na śmierć. Proszę sobie wyobrazić, jakie życie toczyło się w tych ścianach.

Widziałem to z bliska przez wiele lat. Ale opisać trudno. Szczególnie, gdy przed oczyma przepływają ich twarze, oczy ręce, trudne do opisu uśmiechy, uśmiechy istot jakby na wieki winnych i proszących o przebaczenie. Nie, tego nie można opisać. Niemożliwe, chyba jeszcze dlatego, że na samo wspomnienie staje serce, zapiera dech, a myśli plączą się w kłębek bólu! Przebaczcie…” („Wałaamski zeszyt”, Jewgienij Kuzniecow).

Wolyn Vlad (Ukraina, Lwów)

Wasyl Rasewycz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X