Babcia

Babcia

W czasach mego dzieciństwa drewniany dom w podzamojskiej wsi tętnił życiem, ale z czasem wszyscy się rozjechali: na studia, do pracy. Prawie opustoszał. Mama zmarła, ojciec został sam, tylko babcia – z żywotnością charakterystyczną dla pogranicznych Rusinów wciąż stała „na posterunku”.

 

Co prawda nie piekła już chleba, ani bułeczek, jak dawniej, nie miała na to siły, ale z domu na krok się nie ruszała, to był jej azyl, oaza spokoju.

Babcia. Była stara, od kiedy tylko pamiętam. Kiedy byłem maleńki, już była niemłodą kobietą, kiedy byłem młodzieńcem – wciąż była taka sama. Przez tych dwadzieścia kilka lat prawie wcale się nie zmieniła, a w każdym razie niewiele jak na tak długi okres czasu. Zawsze miała siwe włosy, zapadłe policzki, była mała i skulona.

Nie miała lekkiego życia. Wystarczy już tylko to, że urodziła się na wsi. Przeżyła dwie wojny, choć może tej pierwszej nie pamiętała. Potem śmierć pierwszego dziecka. Była prawosławną. A być prawosławną po wojnie i to na terenach, gdzie docierały echa „akcji Wisła”, wśród napływowych, skądinąd również bardzo pokrzywdzonych Polaków zza Bugu, z Wołynia, nie było łatwo. Cerkwie prawosławne w latach 40. migiem zamieniono na kościoły katolickie, nie licząc się z tym, że znaczna część ludności jest prawosławna, choć w tej chwili zastraszona. Idąc za „koniecznością dziejową”, większość prawosławnych, jak mawiano, „przechrzciła się” na katolicyzm. Niestety, niezbyt kogokolwiek obchodziło to, że trzeba zmienić ich serca, a nie świątynie i nazwy, zmienić miłością, a nie drwiącym, ciągnącym się niczym cień za człowiekiem, pogardliwym określeniem „przechrzta”. Często zastanawiałem się czy serce babci też się przechrzciło. Co czuła patrząc na świątynie, które w czasach swego dzieciństwa, pierwszym spojrzeniem oglądała jako cerkwie, zdobne cebulastymi, pozłacanymi wieżami, zwieńczone krzyżem z ukośną poprzeczką? Co czuła pamiętając liturgię prawosławną, długą, w innym języku, wonną kadzidłem i cerkiewnymi śpiewami i mając tą świadomość, że ten świat już odszedł? Nie wiem, może nic, a może bolesne ukłucie w sercu. Czy te przechowywane przez nią w kufrze przedwojenne prawosławne ikony, to tylko tak na pamiątkę, czy dla łączności choćby symbolicznej i duchowej. Nie wiem i pewnie już się nie dowiem.

Ostatnie lata swojego życia spędziła w swoim pokoju, z rzadka tylko wychodząc na podwórze. Często zastanawiałem się jak ona tak może, ja chyba bym nie wysiedział na jednym miejscu tyle czasu. Choć z biegiem lat i ja zaczynam preferować „osiadły” tryb życia. Zawsze kiedy na nią patrzyłem, czułem radość przemieszaną ze smutkiem. Z jednej strony cieszyłem się, że jest, że jest tu ze mną i że jeszcze mam babcię, z drugiej widząc tę starą kobietę, smuciłem się, bo jej czas nieuchronnie się zbliżał. Łzy stawały mi w oczach, kiedy widziałem jej łzy, gdy wracałem z dalekiego dla niej Lublina. Cieszyła się wtedy bardzo i mówiła mi „kocham Cię Krzysiu”. Takie proste, a takie, że dławiło w gardle. I te jej pytania: „kiedy przyjedziesz?”, „…ale przyjedziesz?”, z obawą, smutkiem i prośbą w głosie, jakby bała się, że kiedy przyjadę następnym razem to już się nie zobaczymy.

Pewnego czerwcowego poranka odeszła. Kiedy przyjechałem, już nie zastałem jej żywej. Leżała w trumnie ubrana na czarno. Była jakaś taka maleńka, jakby się skurczyła. Ukląkłem.

Siedziałem przy niej długo. Patrzyłem na siwe rzadkie włosy, na jej twarz. Śmierć jej prawie nie zmieniła, była tylko jakby mniejsza. Czy myślała o mnie przed śmiercią, co czuła kiedy odchodziła? Wtedy chyba tak naprawdę dotarło do mnie, ile dla mnie znaczyła ta osoba, leżąca teraz w dębowej trumnie. Znów coś zaczęło mnie dławić, chciałem płakać, ale jakoś nie mogłem, to raczej taki żal targający wnętrze człowieka, taki, którego czasem nie widać na zewnątrz, ale wewnątrz robi straszne spustoszenie… ale też i oczyszczenie. Zrozumiałem jak mało dobry byłem dla niej, przecież to ona mnie wychowała. Jakim była niewdzięcznikiem. Patrząc na nią, zrozumiałem, jak niewiele człowiek znaczy, co z niego zostanie, ale jednocześnie jak wiele może zrobić dobrego dla innych, dla siebie. I tak naprawdę warty jest tyle ile dobrego po sobie zostawi. Ilu ludziom pomoże. I poczułem się strasznie nędzny, byle jaki. Miałem wrażenie jakby babcia patrzyła na mnie szklanymi oczami spod niedomkniętych powiek.

Wieczorem przyszli ludzie. Sąsiedzi, znajomi, głównie stare, pomarszczone staruszki, przyszły do „koleżanki” potowarzyszyć jej w tych ostatnich godzinach, na tym ziemskim świecie. Młodych jest niewielu, młodzi nie myślą o śmierci, wydaje im się, że jest ona daleko. To dobre dla starych. Popłynęły słowa modlitwy różańcowej za duszę zmarłej Olgi. „Wieczne odpoczywanie…”.

Wyprowadzenie zwłok. Ksiądz, kropidło, woda święcona. Strzeżmy się rutyny. Msza święta, wyprowadzenie na cmentarz, na ten kawałek ziemi, który jest przepustką dla ciał do nieba… albo do piekła. I spoczęła obok swego męża. Chwila zadumy nad grobem. Pogrzeb odbył się.

Mam nadzieję, że będę na tyle dobry w tym życiu, żeby móc spotkać się z babcią i z innymi moimi bliskimi w niebie. Nie katolickim, ani nie prawosławnym, po prostu w Bożym niebie. Bo jeśli nie, to „daremna byłaby wiara nasza…”.

Chodzę czasem do babci. Przynoszę jej płomień znicza. Nie lubię martwych kwiatów. To jak czczenie umarłych umarłymi. Lubię pomyśleć – co też ona teraz robi, kiedy nic już ją nie boli. Jest tam szczęśliwa. Niebo musi istnieć.

Krzysztof Wojciechowski
Tekst ukazał się w nr 1 (197) za 17-30 stycznia 2014

X