W poszukiwaniu nowych pochówków

-a A+

Pisaliśmy już o pochówkach żołnierzy, poległych w walkach z bolszewikami w 1920 roku. Są to ofiary, które można uznać za poległych w Bitwie Warszawskiej, której obchody stulecia ogłoszone zostały na poziomie państwowym. Pisaliśmy o takich zapomnianych mogiłach w Żółtańcach i Jaryczowie Starym. Ostatnio Marian Baranowski, badający te dzieje, odnalazł kolejne miejsca walk i prawdopodobne pochówki ich ofiar. Zaproponował objazd tych terenów. Zgodziłem się od razu.

Tym razem chodzi o takie miejscowości jak Toporów i Mikołajów (nie ten nad Dniestrem, lecz w rejonie radziechowskim). Skręcamy z trasy kijowskiej i po przejechaniu kilkuset metrów orientujemy się, że ta droga nie nadaje się dla autokarów wycieczkowych, a jedynie dla mocnych terenówek – same dziury. Wokół wspaniałe płaskie, lekko pofałdowane tereny – wymarzone dla kawalerii, poprzecinane rzadkimi sosnowymi laskami, gdzie można zaznać odpoczynku po boju.

W analizie opisów z tego okresu natknąłem się na wspomnienia Izaaka Babela, który był uczestnikiem tych wydarzeń – wiadomo, że po stronie bolszewickiej. W książce „Armia Konna i inne utwory” w „Dzienniku 1920” tak pisze o wydarzeniach pod Toporowem:

„Trzech kombrygów – Kolesnikow, Koroczajew, Kniga. Kniga jest przebiegły, poszedł na Toporów bocznymi drogami, nigdzie nie spotkał nieprzyjaciela. Jesteśmy w chutorze Porady, porozwalane chałupy. Jestem z obserwatorem na stanowisku baterii. Nasz atak pod laskiem.

Niedobrze – bagna, kanały, konnica nie może rozwinąć szyków, piesze natarcie, niemrawe, czy to upada morale? Walka uparta, a jednak niezbyt ciężka (w porównaniu z wojną imperialistyczną), pod Toporowem nacierają z trzech stron, nie dają rady, huraganowy ogień naszych dwóch baterii. Noc. Wszystkie ataki nieudane. (…)

Czołowe natarcie na Toporów, Kolesnikow szarżuje, błota, jestem na punkcie obserwacyjnym, pod wieczór huraganowy ogień dwóch baterii. Polska piechota siedzi w okopach, nasi prą naprzód, wracają, koniuchy prowadzą rannych; Kozacy nie lubią nacierać z czoła, przeklęte okopy kurzą się dymem. To było trzynastego. (…)

W ciągu nocy 2. brygada zdobyła Toporów z naskoku. Niezapomniany ranek. Wpadamy cwałem. Straszne, okropne miasteczko, Żydzi na progach, jak trupy, myślę sobie: co też jeszcze z wami będzie, czarne brody, zgięte grzbiety, rozwalone domostwa, a obok [nieczytelne] resztki niemieckiej zasobności i jakieś niewyrażalne, tradycyjne i palące żydowskie nieszczęście. Zaraz obok klasztor.

Apanasenko promienieje. Defiluje 2. brygada. Czupryny z czubem, frencze z dywanów, czerwone mieszki, krótkie karabiny, dowódcy na pięknych koniach, budionnowskie wojsko. Parada, orkiestry, witajcie, synowie rewolucji”.

Tak to wyglądało z przeciwnej strony okopów. A z polskiej – kroniki mówią o 200 zabitych. Pochować ich mogli jedynie na cmentarzu katolickim. Szczęśliwie jednak docieramy do Toporowa. Od razu zadziwia nas ratusz z chodzącym dokładnie zegarem na niewielkiej wieżyczce. Tu najlepszym miejscem informacji jest lokalny sklepik. Obok – ładnie odnowiony kościół katolicki, niestety zamieniony na cerkiew. Spotykamy jakiegoś starszego pana, który chętnie opowiada o historii miasteczka – taki bowiem był Toporów przed II wojną światową. Po niej opuszczone domy żydowskich mieszkańców zostały rozebrane na budulec do Łopatyna, który był stolicą rejonu. Teraz jest to cicha i spokojna, coraz bardziej upadająca wioska.

Rozmówca mówi o dwóch starych cmentarzach – jak je nazywają „polskim” i „ukraińskim”. Jedziemy w ich kierunku, odwiedzając po drodze przebudowaną synagogę. Polski cmentarz poznajemy po drucianym ogrodzeniu i ładnie utrzymanej kapliczce z zachowanymi epitafiami członków rodziny Kokurewiczów. Reszta to obraz nędzy i rozpaczy: poprzewracane, zarośnięte mchem nagrobki, wszędzie zarośla, końskie łajno i ziemia rozgrzebana przez kury. W krzakach (jak dobrze, że nie ma na nich liści) w centrum cmentarza wypatrujemy trzy (czwartego brak) blisko dwumetrowe bloki kamienne z płycinami na tablice. Prawdopodobnie służyły za podstawę jakiegoś kurhanu lub za cokół pomnika na większym grobie. Sądząc po płycinach, po bokach których zachowały się haki podtrzymujące tablice, musiały być tu wypisane jakieś sentencje lub nawet nazwiska poległych. Niestety dziś już nie da się tego odtworzyć. Ale i tak dobrze, że teren jest przynajmniej ogrodzony i nie został oddany pod zabudowę. Inaczej wygląda teren cmentarza żydowskiego – piaszczyste pagórki, porosłe niskimi sosenkami. Nie wszyscy mieszkańcy wiedzą, że był tam cmentarz.

Jedziemy na cmentarz ukraiński. Stare nagrobki, o specyficznym kształcie i bardzo podobne jeden do drugiego, jakby wyszły spod jednego dłuta, pochodzą z końca XIX wieku i stopniowo łączą się z nowym cmentarzem. W centrum starej części cmentarza stoi typowy „sowiecki” metalowy obelisk, tzw. „tumba” – czterograniasta piramida. Jak mówił starszy pan –pochowano tu poległych żołnierzy Budionnego. W czasach sowieckich bardziej pieczołowicie dbano o to miejsce: obmurowano cokół cegłą silikonową i ustawiono tę tumbę, którą obecnie czemuś pomalowano w ukraińskich barwach narodowych (?).

Jedziemy do kolejnej miejscowości – Mikołajowa. We wspomnieniach Izaaka Babela nie ma o tym miejscu bezpośrednich wzmianek, ale są o sąsiednich, odległych o dwa kilometry Adamach:

„Czeska farma pod Adamami, śniadanie w budynku gospodarczym, kartofle z mlekiem. (…) Zapamiętać najważniejsze – ciemne lasy, tabory w lasach, świece nad siostrami, łomot, tempo przemarszu. Stoimy na skraju lasu, konie żują, bohaterem dnia jest aeroplan, naloty nasilają się coraz bardziej, atak aeroplanów, kursują bez ustanku po pięć, sześć sztuk, bomby o sto kroków”.

Tu droga jest jeszcze gorsza. Jedziemy, jak to określili miejscowi – po „brukówce”. Może przed wojną ta droga była wyłożona tzw. „kocimi łbami”, ale obecnie jest to droga polna, też pełna dziur i kałuż. Z dala widoczny jest cmentarz wiejski. Dojeżdżamy tam, chodzimy po cmentarzu i uderza nas dziwny sposób umieszczenia tablic z nazwiskami – po przeciwnej stronie grobu. Wśród napisów cyrylicą jest jeden po polsku: bracia Karol i Franciszek Parzelscy. Okazuje się, że byli to krewni ostatniego właściciela Mikołajowa, który zmarł bezpotomnie i swe ziemie przekazał siostrzeńcom. Ci za kilka lat przepuścili majątek w żydowskiej karczmie i zmarli w latach 70. XIX wieku.

Pytamy miejscowych o pochówki wojskowe – nikt nic nie wie. Jedyna podpowiedź – informację można uzyskać w bibliotece.

Poszukujemy bibliotekarki i biblioteki i okazuje się, że przed kilkoma laty ukazała się publikacja o Mikołajowie – jedna z serii książek autorstwa Wasyla Łaby o małych miasteczkach Ziemi Lwowskiej. Książka ukazała się we współautorstwie z miejscowym krajoznawcą Wołodymyrem Pryputnickim. Jedziemy do niego. On też nie wie o pochówkach, ani o bitwie z 1920 roku. Ale ma kolejnego rozmówcę – 92 letniego pana Piotra, od którego wiele dowiedział się o swojej miejscowości. Znów po dziurach wracamy na drugi koniec wsi. Na szczęście pan Piotr, chociaż niewiele, ale niektóre fakty pamięta. Wie, że pod starym drzewem na cmentarzu jest puste miejsce, gdzie nikt do dziś nie grzebie zmarłych. Tam właśnie są pochówki tych, którzy zginęli w 1920 roku. Ilu tam pochowano i kogo – nie wie. Pamięta też, jak mu opowiadano, że w wojskach bolszewickich, które kilkakrotnie wpadały do wsi, były kobiety i jeździły po dwie na jednym koniu. Ciekawe fakty potwierdza również Izaak Babel:

„O kobietach w Armii Konnej można napisać tom. Szwadrony szarżują, kurz, tętent, szable w dłoń, bluzgają przekleństwa, a one z zadartymi spódnicami mkną na samym przodzie, zakurzone, cycate, (…) bohaterki – a jednocześnie pogardzane, poją konie, znoszą siano, reperują uprząż, kradną po kościołach i po domach”.

Czy uda się odtworzyć te pochówki? Nie będzie to sprawa łatwa. Trzeba odnaleźć w archiwach wojskowych jakieś dane o tych walkach, o liczbie ofiar i miejscach pochówku. Potem na miejscu prowadzić badania i ekshumacje. A to może trwać lata. Warto jednak spróbować, aby przywrócić bezimiennych bohaterów Ojczyźnie i ludzkiej pamięci.

Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 5 (345), 17 – 30 marca 2020
Fot. Krzysztof Szymański

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.