Lwów na Ochocie

-a A+

Cisza na planie! Akcja! – takie słowa rozległy się wiele razy w starym, stylowym mieszkaniu przy ul. Asnyka na warszawskiej Ochocie, które „grało” gabinet dowódcy Okręgu Korpusu VI Władysława Langnera na placu Bernardyńskim we Lwowie, dziś Płoszczy Sobornej. Zobaczymy je w zwiastunie filmu o obronie Lwowa we wrześniu 1939 r.

Po takim okrzyku następowała cisza. Generał Langner, czyli aktor Robert Moskwa (znany m.in. z „Historii Roja” oraz „Krolla” i seriali, w tym „Tylko miłość”, „M jak miłość” i „Ojciec Mateusz”) siedzi za biurkiem, a przed nim siedzą oficerowie. Przemawia, bardzo zirytowany, jego irytacja udziela się też obecnym. Na planie filmu jest druga połowa września, ale w Warszawie upalna końcówka sierpnia – w mundurach jest gorąco i jeśli jest to mundur sukienny, można się ugotować, w wojskowym płaszczu jest jeszcze gorzej. Przedwojenne zaś mundury, choć ładne, niekoniecznie były wygodne: kołnierzyk zapięty pod szyję, pod nim halsztuk. Czy ktoś wie, co to takiego halsztuk? Pewnie poza rekonstruktorami mało kto, bo wyszły z użycia bardzo dawno temu, zastąpione przez krawaty – i jako ostatni stosowali je właśnie wojskowi. Umiejętność wiązania halsztuka jest dziś bardzo rzadka.

Zanim operator zaczął swoją pracę, nacisnął na przycisk urządzenia dymiącego, które wypuściło z siebie ogromny kłąb dymu. – Bo jak mamy lekkie zadymienie, to zdjęcia wychodzą lepiej – wyjaśnia reżyser Janusz Petelski. Ale w mieszkaniu, w którym stoi wiele antyków, jest zainstalowany system przeciwpożarowy. Gdy w powietrze lecą dwa kłęby dymu zamiast jednego, słychać alarm. – Oby nie przyjechała straż pożarna – denerwuje się operator. Gdyby strażacy chcieli prewencyjnie uruchomić sikawki, byłby zagrożony drogi sprzęt – kamery, lampy.

Kończymy pierwszą scenę. Można rozpiąć ubranie i nawet na chwilę zdjąć kurtkę mundurową. Dźwiękowiec sprawdza mikroporty: ci, którzy cokolwiek mówią, mają je przyczepione, starannie ukryte, żeby nikt ich na filmie nie zobaczył. Ale oprócz tego podczas zdjęć trzyma się „tyczkę”, czyli mikrofon podwieszony na długim wysięgniku. Trzeba bardzo uważać, by nie pojawił się w kadrze.

Jeszcze na oknie trzeba przykleić pomarańczową folię. Specjalna folia powoduje, że światło z zewnątrz wygląda naprawdę słoneczne. „Zwykłe” jest zbyt niebieskie. Poprzednia scena była „w nocy” i okno pozostawało zasłonięte. Teraz już zasłony zostały rozsunięte, ale ulicy i tak nie będzie widać. Pytanie, czy widzowie ujrzą rozlepioną na krzyż białą taśmę – w 1939 r. okna tak właśnie zalepiano, miało to przeciwdziałać tworzeniu się odłamków szkła w razie wybuchu bomby w pobliżu. W rzeczywistości, taśmy spełniały rolę raczej psychologiczną – uspokajały ludzi. W filmie gabinet Langnera musi oczywiście wyglądać inaczej – większy, może bardziej surowy, z oknami zaokrąglonymi u góry. Takie pomieszczenie zostało już do filmu wybrane, ale nie było sensu je wynajmować, by zrobić jedynie krótki zwiastun.

Tym razem jest scena z generałem, który stoi przy biurku, patrząc na mapy. Obok niego dwaj oficerowie. I podoficer, który przynosi Langnerowi taśmę z aparatu juzowego. Ściślej mówiąc, chodziło o aparat Hughesa, poprzednik dalekopisu (teleksu), który zresztą też odszedł do lamusa historii. W urządzeniu odbiorczym wydrukiem była właśnie taśma. Zazwyczaj cięto ją na kawałki i naklejano na kartce papieru; w tym przypadku sprawa jest bardzo pilna i plutonowy przyszedł z niepociętą taśmą. Widać na niej napis, zaczynający się od słów: „Tu dowódca pułku KOP Czortków ppłk. Marceli Kotarba…” Treść tego telegramu wstrząśnie generałem… I zbulwersuje stojących przed nim oficerów.

Najpierw kręcimy całość sceny, potem zbliżenie na generała, zbliżenie na plutonowego. Dubel jeden, drugi. I wreszcie – „mamy to?” – „mamy!”… Można odetchnąć, rozebrać się i zjeść pizzę, która przed kilkunastoma minutami dotarła na Asnyka. Nieco zmęczeni członkowie ekipy – obok reżysera i operatora oraz dźwiękowiec i oświetleniowiec, a także rekonstruktorzy, m.in. z grupy „Niepodległość”, z zadowoleniem posilili się pizzą.

Teraz trzeba tylko zrobić porządek: przenieść biurko, przesunąć kanapę, zdjąć portrety marszałka Śmigłego-Rydza i prezydenta Mościckiego oraz znieść na dół ogrom sprzętu filmowego. Na razie są to zdjęcia do zwiastuna. Jak tylko będzie taka możliwość, rozpoczęte zostaną ujęcia do „dużego”, godzinnego filmu. Obok wypowiedzi historyków będą w nim pokazane sceny rekonstrukcyjne – te które zobaczymy w zwiastunie, a także np. odparcie niemieckiego ataku ulicą Gródecką i starcie z sowietami na wschodzie Lwowa. Ale to już naprawdę duże przedsięwzięcie. Realizuje je Fundacja Joachima Lelewela i redakcja „Kuriera Galicyjskiego” przy wsparciu Fundacji Wolność i Demokracja.

Zainteresowanych prosimy o kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. lub poprzez stronę „Lwów 1939” na Facebooku.

Piotr Kościński
Tekst ukazał się w nr 15-16 (331-332), 30 sierpnia – 16 września 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.