20/08/2018 09:46
autor Krzysztof Szymański

Czupurek w dawnym majątku Ponińskich

-a A+

Horyniec-Zdrój. Zaciszna wieś w powiecie lubaczowskim, położona tuż za granicą Polski i Ukrainy o niecałe 100 km od Lwowa. Miejscowość słynie z tutejszych źródeł siarczkowych, znanych od dawna.

Miała tu bywać w celach zdrowotnych Marysieńka Sobieska, a nawet sam król Jan. Początki uzdrowiska przypadły na koniec XIX w., kiedy to Aleksander Poniński urządził pierwszy zakład kąpielowy. Książęta Ponińscy herbu Łodzia, wystawili tu swój pałac, zlokalizowali cmentarz (1852), wybudowali teatr dworski (1843-1846) i zapoczątkowali zbiory biblioteczne. Dziś, za sprawą władz województwa podkarpackiego i przemyskich środowisk kulturalnych, Horyniec stał się centrum teatralnym Festiwalu Dziedzictwa Kresów.

Inauguracja Festiwalu odbyła się 26 lipca koncertem klasycznych operowych pieśni, arii i duetów w wykonaniu artystów Polskiej Opery Królewskiej w zabytkowej XVI-wiecznej drewnianej Cerkwi pw. św. Paraskewy w Radrużu, wpisanej na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Scena historycznego teatru dworskiego, a obecnie Gminnego Ośrodka Kultury w Horyńcu-Zdroju gościła zespoły teatralne z Wilna, Lwowa, Rzeszowa. Mieszkańcy miejscowości, kuracjusze i goście mieli możliwość obejrzenia tu monodramu „Ostatnie Tango z Herbertem” w wykonaniu aktora z Rzeszowa Przemysława Tejkowskiego. Studio Teatralne z Wilna przedstawiło „Emigrantów” Sławomira Mrożka, a Polski Teatr Ludowy ze Lwowa rozbawił publiczność komedią Benedykta Hertza „Czupurek”.

Upał tego dnia był nie do zniesienia. Ratowało jedynie to, że Horyniec leży wśród lasów i w miasteczku jest wiele zieleni, a we wspaniałym parku zdrojowym fontanny schładzają i nawilżają powietrze. Po sześciogodzinnym „przymusowym” postoju na granicy aktorzy ze Lwowa dotarli w środku nocy do sympatycznego hotelu, gdzie mogli wytchnąć przez kilka godzin. Od rana – po smakowitym śniadaniu – wyjazd do teatru, ustawianie dekoracji, próba sytuacyjna na nowej scenie, ustawianie świateł i dźwięku. Najprzyjemniejsze miejsce w teatrze to była sala w piwnicach, w której mieliśmy garderobę. Tu było chłodno i przyjemnie, ale na scenie – to już uff!

Na szczęście spektakl graliśmy późnym wieczorem, gdy już upał trochę zelżał. Sala zapełniła się widzami. Chętnych było tak wielu, że parter i niewielki balkon nie były w stanie pomieścić wszystkich. Trzeba było dostawiać krzesła, uważając, aby nie przegrodzić drogę aktorom, wychodzącym przez salę.

Publiczność zaczęła bawić się wspaniale już od pierwszych scen spektaklu, gdy na scenie pojawiły się sympatyczne kumoszki Kaczka, Gęś i Indyczka w zabawnych strojach, autorstwa scenograf Heleny Jacyno. Pojawianie się na scenie kolejnych postaci wywoływało wybuchy śmiechu, również na zabawne ich kwestie publiczność reagowała wspaniale. Atmosfera udzieliła się też aktorom, którzy choć ociekając potem, bawili się wraz z publicznością wyśmienicie. Nieskomplikowany refren piosenki Żabora (Zbigniew Chrzanowski) za drugim razem wykonywała już cała sala.

Po spektaklu były kwiaty i wiele ciepłych słów dla aktorów ze strony organizatorów spotkania i samych widzów. Kilka chwil wytchnienia i już w drogę powrotną, i kolejne wyczekiwanie na granicy.

O imprezie udało mi się porozmawiać z jednym ze współorganizatorów Festiwalu, dyrektorem Centrum Kulturalnego w Przemyślu Januszem Czarskim. Oto co powiedział naszym Czytelnikom:

- Festiwal Dziedzictwa Kresów jest imprezą cykliczną. Pomyślany został tak, aby przedstawiać nie tylko kulturę, czy specyfikę regionalną. Jest to impreza o charakterze szerszym. Chcieliśmy przedstawić tu również aspekty naukowe. Stąd również w miejscowości Cieszanów miała miejsce sesja popularno-naukowa, poświęcona małym miasteczkom pogranicza. Chodzi o to, że takie aglomeracje kresowe, jak Lwów, Tarnopol czy inne są dobrze znane po obu stronach granicy. Są odwiedzane, odnawiane są tam budynki i zabytki. Ale Kresy to również takie małe miasteczka jak Cieszanów, Horyniec, Bełz, Niemirów, Jaworów i inne. Przed wojną miały swój światek, w wielu wypadkach wielonarodowy, wzajemnie się przeplatający i specyficzny koloryt. Po wojnie wszystko to zaginęło, i obecnie te miejscowości stają się podobne jedna do drugiej. Ważne jest aby udało się utrwalić to co jeszcze pozostało z dawnej ich atmosfery, ich bytu, zabytków czy czegoś charakterystycznego. Żeby te miasteczka nie zatarły się w codzienności. Dlatego chcemy je wyeksponować podczas tego Festiwalu.

Oferta tegorocznego Festiwalu jest nadzwyczaj bogata. Mamy spotkania, prelekcje, wiele historii i ciekawostek regionalnych, kulinarnych. Mamy historię harcerstwa i piłki nożnej, mamy stare kroniki filmowe i kulturę ormiańską. Każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego – zakończył Janusz Czarski.

Sami mieszkańcy tych miejscowości nie zawsze orientują się jak bogate było dawniej życie ich miasteczek, jak narody je zamieszkujące były ze sobą połączone, przeplecione, ile wnosiły do wspólnej kultury. Warto to przypominać i taka impreza jak Festiwal Dziedzictwa Kresów najlepiej spełnia to zadanie, bo Kresy to nie tylko Lwów i Wilno, ale o wiele więcej miejscowości po obu stronach granicy.

Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 15 (307) 16-30 sierpnia 2018