EMIGRA 2016. Festiwal, który łączy Polaków ze wschodu, zachodu, północy i południa

-a A+

W Warszawie zakończyła się 4. edycja Festiwalu Filmowego EMIGRA. Warszawska publiczność miała okazję zapoznać się z filmami o Polakach mieszkających na Ukrainie, w Libanie, Czechach, Brazylii i Nowej Zelandii. W programie znalazło się 25 tytułów i 40 filmów konkursowych.

Zebranych na uroczystym otwarciu przywitały inicjatorka festiwalu Agata Lewandowski i lwowianka mieszkająca w Warszawie Elżbieta Lewak. Filmami otwarcia były dwa dzieła związane z Ukrainą: „Ojcu” w reżyserii Liliany Komorowskiej i Diany Skay oraz „Piano” Vity Marii Drygas. W trakcie uroczystości przemawiali: Romuald Łanczkowski, wicedyrektor Biura Polonijnego Senatu RP oraz Magda Tadeusiak-Mikołajczak, dyrektor Telewizji Polonia. Tomasz Różniak odczytał list prezesa Wspólnoty Polskiej Longina Komołowskiego.

- Cały tegoroczny festiwal jest skierowany na Wschód, „Kamera na Wschód” to jego hasło – powiedziała dyrektor festiwalu Agata Lewandowski. – Wszystko po to, żeby Polacy w Polsce zdali sobie sprawę, jak żyją Polacy na Wschodzie. To z jednej strony. Z drugiej strony, żeby Polacy na Wschodzie zaczęli realizować filmy o sobie i żeby mogli nam je pokazać! Emigra to festiwal, który łączy Polaków ze wschodu, zachodu, południa i północy!

W pokazie pozakonkursowym na festiwalu zaprezentowano film „Zbrodnia Wołyńska”w reżyserii Artura Witoszka. W dyskusji po projekcji głos zabrali: Mirosław Rowicki, redaktor naczelny „Kuriera Galicyjskiego” oraz Romuald Mieczkowski, redaktor naczelny kwartalnika „Z nad Wilii”.

- Nie ma prawdy ukraińskiej i polskiej. Prawda, jeżeli rozumiemy ją jako fakty, może być tylko jedna – powiedział Mirosław Rowicki. – Jednocześnie jestem przeciwny domaganiu się przeprosin od wszystkich i oskarżaniu w imieniu wszystkich, bo przepraszać można tylko za coś, z czym się człowiek identyfikuje.

Kolejnym pokazanym filmem związanym z Ukrainą był „PL w UA” zrealizowany przez Agatę Lewandowski, Mirosława Rowickiego, Aleksandra Kuśnierza i Eugeniusza Sało. To film dokumentujący życie młodych Polaków we Lwowie, Winnicy, Berdyczowie i Kijowie.

- To miał być film o młodych robiony przez młodych. Przeglądając materiały zrozumiałam, że ten film ma inny smak, to nie jest grzeczny reportaż albo film dokumentalny – oceniła Agata Lewandowski. – To było zderzenie mojego spojrzenia na Ukrainę ze spojrzeniem młodych Polaków patrzących na Ukrainę od wewnątrz.

Agata Lewandowski (fot. Maria Basza)

O pracy nad filmem mówił również Eugeniusz Sało. Zarysował różnice pokazanych w „PL w UA” Polaków z ziem, które należały do II Rzeczpospolitej i z Ukrainy środkowej, która znajdowała się wtedy w Związku Sowieckim.

- Młodzież we Lwowie, w polskich wioskach na zachodzie Ukrainy lepiej mówi po polsku, lepiej zna historię. Młodzież z Winnicy, Kijowa mieszkała w innych warunkach. Ja w dzieciństwie słuchałem opowieści babci i dziadka, a jak powiedziała bohaterka filmu, ich dziadkom zabroniono mówić po polsku. To są ukraińscy Polacy, bo mieszkają na tych ziemiach i się z tą ziemią utożsamiają, choć często dopiero szukają swojej polskości. Jest to jeszcze bardziej widoczne po Majdanie, podczas którego ukraińscy Polacy poparli Rewolucję Godności.

Na Emigrę przyjechali również Edyta Maksymowicz i Jan Wirbel, nasi koledzy z wileńskiej redakcji Wilnoteka, którzy zaprezentowali materiał pod tytułem „Zapraszamy na bal”. Gościem specjalnym z Białorusi była Irena Waluś. Pokazano film produkcji Telewizja Bielsat „Kontrabandziści”.

Organizatorzy zapewnili także zamknięty pokaz filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego i spotkanie z aktorem, Zachariaszem Muszyńskim, który przyznał, że rodzina miała problemy z zaakceptowaniem tego, że grał upowca, gdyż rodzina ucierpiała z rąk UPA. Powiedział więc, że zagra enkawudzistę, co przyjęto z ulgą. Muszyński zaznaczył, że w przeciwieństwie do kolegów z Ukrainy, którzy odmówili pracy przy filmie, on nie miał żadnych wątpliwości, ponieważ to jest jego zawód i praca ze Smarzowskim była dla niego zaszczytem.

Emigra jest jedyną imprezą pokazującą tak szerokie spektrum życia emigracyjnego. Ukazuje dolę Polaków rozsianych po świecie w poszukiwaniu chleba, Polaków na Wschodzie nękanych przez totalitaryzmy XX wieku, naszych rodaków w tak odległych zakątkach świata jak Brazylia, czy Nowa Zelandia. Emigra to festiwal o coraz większym znaczeniu. Przegląd współfinansowany jest przez Senat Rzeczypospolitej.

W festiwalu Emigra wyróżniono aż osiem prac filmowych. Brązową nagrodę otrzymały „Polak brazylijski” Barbary Jendrzejczyk, „Śledztwo” Eny Kielskiej i „Dawno temu na Śląsku” Tomasza Protokowicza. Srebro otrzymał Patryk Rębisz za „Shoulder the Lion” (Na barkach lwa). Za szczerość poszukiwań swojej tożsamości złoto otrzymała Annette Olsen za „My Iranian Paradise” (Mój irański raj).

Festiwal odbył się w dniach 4–6 listopada w Warszawie. Projekcje odbywały się w kinie Kultura, Rejs i w Sali Kominkowej Domu Polonii, uroczyste zamknięcie festiwalu – w Starej Oranżerii w Wilanowie. Organizatorzy wspólnie z Klubem Galicyjskim pragną w listopadzie zaprezentować trzy filmy dotyczące Ukrainy we Lwowie i Iwano-Frankiwsku.

Pianino na barykadach

Vita Maria Drygas, reżyserką filmu „Piano”.

Powstało tyle filmów o Majdanie, ale Pani pokazała Rewolucję Godności w inny sposób, pod kątem muzyki i pianina. Czemu właśnie tak?
Na ten temat trafiłam zupełnie przypadkiem, kiedy pojechałam do Kijowa na warsztaty Młodzi o młodych, podczas których Polacy, Białorusini, Ukraińcy wspólnie tworzyli filmy. W czasie spaceru po Majdanie zobaczyłam, że stoi instrument pomalowany w barwy narodowe. Pomimo złej pogody, pomimo tego, że na pianino padał deszcz i były bardzo niesprzyjające warunki, żeby siedzieć i na nim grać, cały czas włóczyli się dookoła niego ludzie i śpiewali, najczęściej ukraińskie pieśni narodowe. Zaczęłam się przyglądać instrumentowi, ludziom i pomyślałam, że to jest bardzo ważny dla nich element. Tak zaczęła się moja podróż i początek dokumentacji tego pianina.

W filmie koncentruje się Pani nie tylko na instrumencie, ale i na ludziach, którzy na nim grali. To są fascynujące sylwetki.
Na początku obrałam taką metodę, że siedziałam nieopodal instrumentu i przyglądałam się temu, kto przychodzi, jak gra. To było ciekawe, bo łatwo można było zweryfikować, kto jest profesjonalnym artystą, kto jest amatorem, a kto w ogóle ledwo gra. Muszę powiedzieć, że kiedy zobaczyłam Panią Ludmiłę Cziczuk, która podeszła do pianina i zaczęła grać Chopina, pomyślałam, że to jest wybitny twórca. Podeszłam do niej. Powiedziała mi, że jest wykładowcą w konserwatorium, zdecydowała się chodzić jako wolontariusz, nosiła ludziom jedzenie, gotowała dla nich. Grała tylko na okazjonalnych koncertach, ale powiedziała, że jej studentka, Antuanetta Miszczenko cały czas działa i grała na Majdanie.

Ja tam pojawiłam się pierwszy raz dopiero w marcu, kiedy ten protest był jeszcze aktywny, ale te główne starcia miały miejsce wcześniej. Moja praca polegała na tym, że rekonstruowałam wiele wydarzeń, których nie widziałam. Poszukiwałam materiałów archiwalnych. Zrobiłam dużą kwerendę. Zaczęłam się interesować też głównymi postaciami, które podczas rewolucji grały na tym pianinie. Zaczęłam je szukać. Później zgłębiać, dlaczego zwrócili swoje kroki ku temu instrumentowi. Tak jak Bohdan, zwany Pianistą Ekstremistą, który na Majdanie występował w kominiarce. Jego wizytówką było to, że zawsze miał kominiarkę i kamizelkę kuloodporną. Podchwyciły to niebawem międzynarodowe media i on zaczął się pojawiać w różnych gazetach, wiadomościach. W następstwie to pianino stało się symbolem rewolucji, ponieważ Bohdan walczył też aktywnie na Majdanie i grał na pianinie brudnymi rękoma – po tym jak rzucał koktajle Mołotowa, jak Berkut oblewał go zimną wodą przy minus 20 stopniach. I po tych bojowych wydarzeniach gra przynosiła mu ukojenie. On opowiadał, że nienawidził w dzieciństwie pianino, ponieważ chodził do szkoły muzycznej, to mu się kojarzyło z egzaminami, ze stresem i nie odnajdował w tej muzyce przyjemności. A w sytuacji na Majdanie to pianino podnosiło na duchu innych ludzi, dla których grał, to dla niego samego stało się jakąś formą terapii, kanalizacji stresu, nerwów. To była dodatkowa funkcja, bo jako jedyny i grał, i na barykadach walczył.

Dla Czechów Polak to głupek

Izabela Wałaska, reżyser wyróżnionego filmu „Pocztówka z Zaolzia”, opowiada o tym, co Czesi myślą o Polakach i polskiej żywności, o Zaolziu i o „szkopyrtokach”.

Czy Pani jest… „tustela”?
[śmiech] Tustela! Dobrze Pan zrozumiał. Jestem tustela, czyli „tu stąd”. Jestem z Zaolzia, jestem Zaolzianką stuprocentową, no i Polką oczywiście.

Ale losy rzuciły Panią do Pragi?
Tak, ale to konieczność finansowa, bo tam jest praca. Na Zaolziu pracy dla tłumaczy, dla nauczycieli języków obcych nie ma zbyt dużo.

Nie jest Pani filmowcem? Jest Pani filologiem z wykształcenia?
Tak, uczę polskiego, czeskiego i angielskiego.

Czemu zatem postanowiła Pani zrealizować taki film?
To jest mój debiut i to jest film, który powstał z potrzeby serca, bo tak się złożyło, że mając czterdziestkę, zaczęłam podsumowywać swoje życie i stwierdziłam, że warto byłoby coś po sobie zostawić, chociaż nie zamierzam jeszcze umierać. Bardzo mocno w Pradze zaczęłam odczuwać korzenie zaolziańskie. Zaczęłam się z tym utożsamiać. Film „Pocztówka z Zaolzia” i następne dwa, których jeszcze nie skończyłam, są efektem uświadomienia sobie swego własnego pochodzenia.

Jak Zaolziance mieszka się w Pradze?
Samo miasto ma taką namacalną, wyczuwalną dla mnie, bardzo fajną atmosferę, aczkolwiek do mentalności czeskiej tak do końca jeszcze się nie przyzwyczaiłam. Jak scharakteryzować mentalność czeską? To jest takie „powoli, zaczekajmy, samo się rozwiąże, ktoś to rozwiąże, ale nie będę tego rozwiązywał ja, broń Boże!”.

Czy to prawda, że Czesi patrzą na Polskę z góry i widzą nasz kraj jako znajdujący się na niższym poziomie rozwoju?
Dobrze, że Pan zadał to pytanie! Niestety tak jest i ja z tym walczę. Trzeci film, który teraz będę kończyć, jest o Polakach i Czechach, już z pominięciem mniejszości polskiej na Zaolziu, ma pokazać ten problem. Czesi, nie wiadomo skąd, wzięli przekonanie, że Polak to głupek. Tak można by w skrócie podsumować wypowiedzi Czechów na temat Polaków. Ja po czterdziestu latach nie odkryłam, skąd to się wzięło. A skoro już powiedziałam o tym „głupku”, to powiem więcej. Gdy Czecha po wypowiedzeniu tej opinii zapytasz, czy zna jakiegoś Polaka, odpowie że nie. Czy był w Polsce? Nie. A na jakiej podstawie Pan czy Pani sądzi, że Polak to głupek? „Bo tak jest!”. Koniec! Tu się dyskusja urywa. Czesi, którzy lubią Polaków albo mają neutralny stosunek do nich, twierdzą, że jest dużo Czechów, którzy nie mają poczucia własnej wartości, honoru. Może ci, którzy sądzą, że Polacy to „głupki”, podświadomie zazdroszczą Polakom, że zawsze w historii potrafili walczyć o swoją wolność, godność, honor? Nie wiem na pewno, ale tak chyba jest.

Z tego co wiem, istnieje przekonanie, że Polska to jest kraj, gdzie są kiepskie drogi i fatalne jedzenie i od czasu do czasu rusza kampania w mediach atakująca polską żywność…
Śledzę te kampanie skierowane przeciw polskiej żywności. One wyglądają tak, że wyciągnie się jedną spleśniałą pieczarkę z dziesięciu ton, które przyjechały z Polski, i pokaże się tę wiadomość w dziesięciu programach telewizyjnych. Pokaże się spleśniałą pieczarkę i nie powie, że to był jeden popsuty grzyb, tylko że Polacy przysyłają nam zgniłe i spleśniałe owoce i warzywa. Uogólni się dramatycznie. To jest nie fair. Rozmawiałam z importerami żywności z innych krajów. Oni mają porównanie, jaką jakość ma polska żywność i holenderska, niemiecka i tak dalej. To oni powiedzieli mi, że polska żywność jest jedną z najlepszych.

Spotkałem się z opinią, że to jest metoda obrony czeskiego rynku przed polskim jedzeniem.
Tak! Nawet w czeskim rządzie są osoby, które są magnatami spożywczo-handlowymi, mają wpływ na media, i im polska żywność na rynku bardzo przeszkadza.

Dziś powiedziała Pani przy odbieraniu wyróżnienia, że sto lat temu na Zaolziu było 120 tysięcy Polaków a dziś jest jedynie 27 tysięcy. Dlaczego tak jest?
Staram się to zrozumieć, dlaczego Zaolziacy posyłają swoje dzieci do czeskich szkół. Rozumiem sytuację, kiedy Zaolziak wyjeżdża gdzieś za granicę, do Szwecji na przykład, ma małżonka Czecha i tam jest tylko szwedzka szkoła. Dlaczego nie posyłają do polskiej szkoły, która jest dwujęzyczna nota bene i dziecko uzyskuje szersze wykształcenie? Co jest powodem, że posyłają dzieci do czeskich szkół? Nie wiem, może pójście na łatwiznę, bo łatwiej jest posługiwać się jednym językiem, aniżeli komplikować sobie życie następnymi obowiązkami.

Kto to jest „szkopyrtok”?
[śmiech] To jest określenie osoby, która zmieniła narodowość z polskiej na czeską na Zaolziu. Tylko na Zaolziu takie pojęcie funkcjonuje.

Moi zaolziańscy znajomi mówili, że najbardziej antypolscy są właśnie „szkopyrtoki”.
To tak właśnie jest. Jeżeli jest się stuprocentowym katolikiem i później po jakimś rozczarowaniu przechodzi się na protestantyzm, to jest się wtedy zajadłym antykatolikiem. To często spotykane zjawisko…

W społeczności polskiej na Zaolziu są zarówno katolicy i protestanci…
To nas nie dzieli obecnie. Według moich szacunków, na Zaolziu jest około 60% katolików i 40% protestantów. Polska jest prawie cała katolicka, a na Zaolziu jest bardziej zróżnicowana sytuacja.

Społeczeństwo czeskie jest bardziej zateizowane, niż polskie, więc może ten czynnik religijny jest bez większego znaczenia w Czechach?
Wśród Polaków na Zaolziu religia odgrywa znaczną rolę. Jeśli chodzi o Czechy właściwe, to religia jest zastępowana czymś innym – tarotem, astrologią i takimi różnymi rzeczami, bo człowiek w coś musi wierzyć.

Popularne są takie zjawiska parareligijne?
Tak, bardziej niż w innych krajach, ale na Zaolziu religia odgrywa dużą rolę. Zresztą, jakby spojrzeć na polskie liceum na Zaolziu, to 50-60% dzieci przyznaje się do wiary katolickiej, bądź protestanckiej tak na poważnie. Oprócz tego, że chodzą do kościoła, uczęszczają na spotkania biblijne. Wiara na Zaolziu jest traktowana poważnie.

Po studiach w Polsce nie chciała Pani pozostać w Krakowie?
Czułam potrzebę zmiany środowiska. Jest taka teoria, że człowiek zmienia się co siedem lat. Kraków kochałam, ale po siedmiu latach poczułam potrzebę zmiany… Ale w Pradze też już siedzę za długo…

Zapraszamy do Lwowa!
A może by tak do Lwowa?! Już kiedyś byłam… I bardzo mi się podobało!

Kocham Polskę i Armenię

Diana Skay, współreżyserką filmu „Ojcu” opowiadającego historię rodziny polskiej z Winnicy dotkniętej zbrodniczą Operacją Polską dokonaną przez NKWD. Film zaprezentowany został podczas otwarcia festiwalu Emigra.

Ma Pani korzenie polsko-ormiańskie, mieszka Pani w Kanadzie. Losy Pani rodziny są złożone…
Urodziłam się w Armenii. Moja babcia mieszkała w Winnicy. Moja rodzina zawsze mówiła po polsku. Wyjechaliśmy do Kanady. Tak w skrócie to się przedstawia. W filmie „Ojcu” Adam, mąż babci, został rozstrzelany w 1938 roku. Później moja babcia Jadwiga wyszła za mąż po raz drugi i drugi mąż został zesłany na Syberię. Trzymano go tam przez 17 lat, do czasu, gdy umarł Stalin. Wtedy mógł wyjechać z Syberii i pojechał do Armenii, do swojego brata. Moja mama pojechała do męża i tak moja rodzina znalazła się w Kanadzie. Mieszkam tam już ponad 20 lat.

Jak to się stało, że Pani zna polski? Mama mówiła w domu po polsku?
Moja mama mówi po ormiańsku, po rosyjsku, po polsku. Babcia ze mną rozmawiała tylko po polsku. W Kanadzie w domu rozmawiano ze mną i po ormiańsku, i po polsku.

Nie wspomniała Pani jeszcze o Winnicy…
Mieszkałam tam jak byłam malutka. Co roku jeździliśmy tam do rodziny. Moi przodkowie są z Winnicy.

Domyślam się, że film „Ojcu” powstał z potrzeby serca?
To jest nasza rodzinna historia, o której zawsze opowiadali mi w domu i po polsku, i po rosyjsku. Miałam taką wizję, że należy to jakoś uwiecznić, najlepiej na dużym ekranie.

Zawodowo jest Pani związana z filmem?
Tak. Pracowałam w castingu, w studio, przy produkcji filmów dokumentalnych w Armenii i w Kanadzie. Również przy tłumaczeniach i robieniu napisów dolnych do filmów. Jednym słowem – wszystko, poza pracą reżyserską. Film „Ojcu” to mój debiut.

Finansowo jak Pani sobie poradziła, czy to są duże koszty?
Zdecydowałam się pokazać scenariusz w konsulacie polskim w Montrealu. Chciałam ich tym zainteresować, bo jest to historia Polaków w czasach terroru, która była nieznana. Nikt o tym nie mówił i nie pisał. Udało się. Dostałam fundusze z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Potem Telewizja Polska to koprodukowała, postprodukcję robiliśmy u nich. Poza tym byli jeszcze inni sponsorzy w Kanadzie.

Gdzie film był pokazywany poza Warszawą?
W maju mieliśmy pokaz w Cannes. Ponadto pokazywaliśmy w Armenii, w Stanach. Niedawno pokazywaliśmy ten film we Lwowie, w Winnicy, w Kijowie.

Chce Pani kontynuować pracę nad tematami rodzinnymi?
Bardzo bym chciała, bo nawet Polacy za granicą nie wszyscy się tym interesują, albo żyją w małżeństwach mieszanych, zapominają język polski. Z czasem ta pamięć zginie. Dlatego jest dla mnie ważne, żeby pokazać ludziom tę historię, która jest prawie nieznana. Wczoraj był pokaz filmu „Wołyń” i ktoś na sali zapytał, czy jest jakaś łączność tych wydarzeń ze współczesnością. Oczywiście, że jest. Na przykład ja jestem wnuczką Polki z Kresów, która to wszystko przeżyła. Jestem wnuczką Polki, która tego nie zapomni. I trzeba odkrywać to i pokazywać światu. Film „Wołyń” był o czymś innym. Losy mojej rodziny były związane z inną zbrodnią, z Operacją Polską dokonaną przez NKWD. Niemniej to jest historia, która musi być opowiedziana.

To mało oryginalne pytanie, ale muszę je zadać: kim się Pani czuje? Polką? Ormianką? Kanadyjką?
Zawsze dostaję to pytanie. Bardzo trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo ja bardzo kocham te dwie kultury. Od dzieciństwa byłam wychowywana i w ormiańskiej kulturze, i w polskiej. Skończyłam ormiańską szkołę, do polskiej nie chodziłam, ale w polskiej kulturze cały czas przebywałam. Polska krew jest we mnie bardzo silna i bardzo ważna. Uwielbiam Polskę i uwielbiam Armenię… Jestem i Ormianką, i Polką! Ja pochodzę z polskich Kresów i Górnego Karabachu od strony ojca, z takich ormiańskich Kresów. Dlatego chcę pracować i nad tematami polskimi, i ormiańskimi.

W brazylijskim Cruz Machado 80% mieszkańców posługuje się jezykiem polskim

Barbara Jendrzejczyk, reżyserka filmu „Polak brazylijski”, który uzyskał brązową nagrodę.

Dlaczego zdecydowała się Pani na temat Polaków mieszkających tak daleko, w Brazylii?
To była inicjatywa Mikołaja Rykowskiego, społecznika, który organizuje spotkania wigilijne dla samotnych oraz wielkanocne dla Polonii. To był jego pomysł, żeby zrobić obiad wielkanocny dla Polaków z Brazylii. Ja się tam pojawiłam, bo wcześniej jako wolontariuszka uczestniczyłam w różnych wydarzeniach. Postanowiłam zrobić relację fotograficzną. Skończyło się tym, że pojechałam tam z Krystianem Żuchowskim, który wziął aparat, ja wzięłam dyktafon. Postanowiliśmy spędzić tam jeszcze kilka dni, jeżdżąc wokół Cruz Machado. Tam rozmawialiśmy z Polakami, z osobami o polskich korzeniach.

To była wyprawa, jak na polskie warunki, odległa…
Odległa. I przyznam, że był to szalony pomysł. Bilet do Brazylii jest drogi. Ja miałam wsparcie. Miałam wsparcie Mikołaja Rykowskiego z fundacji Wolne Miejsce, jako że uczestniczyłam w ich projektach. I udało się pokryć koszty mojej podróży. Ja nie dałabym rady zrobić wszystkiego sama – dźwięk, obraz, rozmawiać z tymi ludźmi. To jest duże przedsięwzięcie. Zaangażowaliśmy również nasze środki by tam być przez jakiś czas.

Jakie miała Pani wyobrażenia o Polakach w Brazylii, gdy tam jechała?
Nie miałam wielkich oczekiwań, kogo tam zobaczę. To była tak egzotyczna podróż w tak daleki zakątek świata, że nie zastanawiałam się długo, co tam zobaczę. Ale to robiło wrażenie, bo zbiegło się z zamachem w Brukseli. Nasza podróż wiodła przez Brukselę. I byliśmy w Brazylii na ostatnią chwilę, na ten obiad wielkanocny. Ponad 500 osób i wielu z nich mówiło po polsku. To było coś takiego, co się nie da opisać, ponieważ człowiek leci tyle godzin. Nasza podróż trwała 22 godziny w jedną stronę. Jak dolecieliśmy w końcu i usłyszeliśmy brazylijskich Polaków, to było coś niesamowitego. Byłam w Brazylii i rozmawiałam po polsku!

Zazwyczaj w obcym środowisku w trzecim, czwartym pokoleniu następuje asymilacja językowa. Czy tam nadal mówi się po polsku?
Jest to podzielone. W tej miejscowości, do której trafiliśmy, Cruz Machado są mocne korzenie polskie i tam 80 proc. mieszkańców ten język zachowało i nim mówi. Oczywiście nie na co dzień, trochę od święta, bo jednak portugalski jest tam głównym językiem.

Na zdjęciach pokazanych w filmie było widać, że niektórzy z Polaków tamtejszych są już wymieszani. Mieli ciemną skórę, inne rysy twarzy.
To już jest któreś pokolenie, więc wymieszali się Polacy z Brazylijczykami, ale niesamowite jest to, że w wielu rodzinach ten język pozostaje i kolejne, młode pokolenia chcą się go uczyć. Mimo, że tej Polski dawno nikt nie widział, język jest przekazywany.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 21 (265) 15-28 listopada 2016

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.