Budapeszt po raz trzeci

-a A+

Polski Teatr Ludowy ze Lwowa po raz trzeci gościł w Budapeszcie. Ponownie zaprosiło Teatr Stowarzyszenie Polonia Nova. Tym razem węgierskiej Polonii zaprezentowana została sztuka Sławomira Mrożka „Na pełnym morzu”.

Droga do Budapesztu zajęła 15 godzin. Początek podróży po stosunkowo dobrych drogach polskich, następnie przez okropne słowackie (czasami miało się wrażenie, że jedziemy po polnej drodze), a na koniec – po wspaniałych autostradach węgierskich. Ulokowani zostaliśmy w Domu Polskim w Budapeszcie. I tu niespodzianka – okazuje się, że powiedzenie „Polak, Węgier – dwa bratanki” dotyczy też Polaków ze Lwowa. Teren przekazany Polakom przez władze miasta pod budowę kościoła polskiego w X dzielnicy Budapesztu – Kőbányi, poświęcił w 1915 roku sufragan archidiecezji lwowskiej ks. Władysław Bandurski. To właśnie archidiecezja lwowska i jej biskupi szczególną opieką otaczali Polaków na Węgrzech. Na terenie przylegającym do kościoła w latach 90. XX wieku został wybudowany Dom Polski, jako dar polskiego rządu.

Pierwszego dnia pogoda dla nas, zmęczonych długa podróżą, nie okazała się łaskawa – lało od samego rana. Nie odbył się więc planowany „spacerek” po Budapeszcie. Wprawdzie niektórzy, bardziej wytrwali i rządni wrażeń, jednak po południu wypuścili się na miasto. Za to poranek następnego dnia był całkowicie odmienny – ciepły, pogodny, słoneczny. Nawet kurtki, wzięte przezornie, pozostały w autokarze.

Tego dnia zostaliśmy przekazani pod opiekę przewodniczki, uroczej pani Agaty, która miała nam pokazać kolejne atrakcyjne miejsca. Na ten dzień przewidziana była wycieczka do miejscowości Szentendre (czyli po prostu Święty Andrzej). Miejscowość ta leży jakiś 20 km od centrum Budapesztu, ale zajechać tu na prawdę warto. Po drodze mijaliśmy ruiny rzymskiego miasta, akweduktu i teatru – wprawdzie to nie Koloseum, ale zawsze wieki tchną z tych kamieni. A co najważniejsze nie zostało to zniszczone, a zachowane tak, że nawet akwedukt trafił pomiędzy dwa pasma autostrady.

Pierwsza wzmianka o Szentendre pochodzi z roku 1009. Mieszkały tu wcześniej też różne ludy, bo okolica nadawała wspaniale się na zasiedlenie – wyspa na zakolu Dunaju i wzgórze otoczone spływającymi z okolicznych gór strumieniami. Rzymianie w I wieku n.e. założyli tu obóz wojskowy Ulcisia Castra (wilczy zamek). Po odejściu Rzymian okolice w IX wieku zasiedlili się Madziarzy. Nazwa miejscowości pochodzi od kościoła św. Andrzeja, który jako pierwszy stanął w na szczycie wzgórza.

W średniowieczu zaczęli napływać tu Serbowie uchodząc ze swojego kraju, przed Turkami, a później Chorwaci, Niemcy, Słowacy oraz Grecy. Z tego okresu pochodzi spora część zabytkowej zabudowy – barokowe budynki z elementami charakterystycznymi dla południowej Europy i prawosławne świątynie. W XIX wieku część Serbów zaczęła wracać do ojczyzny. Obecnie jest to perełka turystyczna, ale i miasto artystów, którzy mają tu swoje pracownie. Jednak klimat miasteczka i jego architektura przyciąga głównie turystów. Dla nich są liczne sklepiki z upominkami, rękodziełem, starociami i naturalnie z rozmaitymi wersjami wspaniałego węgierskiego Tokaju – bo wiadomo, że „nie masz wina nad węgrzyna”. Zmęczony turysta może odpocząć w mnóstwie knajpek, kafejek i lokalików, serwujących dania lokalne. Niektóre są ulokowane w zupełnie niespodziewanych miejscach – idzie się uliczką tak wąską, że trudno byłoby się wyminąć dwojgu ludzi, aż tu raptem podwórko, dwa stoliki i wspaniałe pieczone placuszki według przepisu kuchni serbskiej do „konsumpcji na miejscu i na wynos”. Trzeba przyznać, że ceny tu też były niższe niż w Budapeszcie. Jedno, co zaszokowało wycieczkę, to parkomat. Cena za postój – 1600 forintów (około 4 euro) do opłacenie wyłącznie w bilonie. Wprawdzie są monety i po 200 forintów, ale ile trzeba ich tam nawrzucać! Okoliczne lokale nie prowadzą wymiany papierowych pieniędzy na bilon – radź sobie jak umiesz. Ale zawsze są dobrzy ludzie i wspomogą utrudzonych wędrowców.

Po Szentendre wracamy do Budapesztu (raczej do Budy, bo tak nazywa się prawobrzeżna część miasta) i zwiedzamy jego najstarszą część – starówkę z zamkiem królewskim. Wita nas tu herb Arpadów – kawka z pierścieniem w dziobie, a na parapecie podmurowania siedzi sobie jej żywa odmiana z frytką – pożywniejsze to od złota. Przepych architektury na miarę królewską, ale dopiero dech zapiera jak ogląda się to wszystko podświetlone w nocy z drugiego brzegu Dunaju – z Pesztu. Po trzech dniach spędzonych w stolicy Węgier widziałem na ulicach wiele różnych aut. Jedne w lepszym stanie, inne w gorszym; luksusowe limuzyny i te „na zakupy”. Jeden jedyny raz zauważyłem tak popularne na Ukrainie „jeepy”. No cóż – inny świat, inna mentalność, inne wartości.

Niestety ten dzień był ostatnim dniem luzu – nazajutrz mieliśmy spektakl. Wyjazd o poranku, manewrowanie potężnym autokarem po wąskich i zastawionych autami uliczkach Budapesztu, wyładowywanie, montaż dekoracji i próba na scenie.

Tym razem organizatorzy wynajęli dla nas bardzo kameralną scenę w hotelu obok gmachu parlamentu węgierskiego – w samym sercu miasta. Starą XIX wieczną budowlę zmodernizowano – mieści się tu hotel, a przy okazji przeróbek wygospodarowano trzecie piętro na pomieszczenia wystawowo-galeryjno-teatralne. Idąc amfiladą można obejrzeć np. wystawę artystyczną, w barku w holu wypić lampkę wina, a na zakończenie wylądować we współczesnej sali teatralnej. Wspaniale wyposażonej i posiadającej zaplecze, pozwalające organizować tu różne imprezy. Sala rozliczona na około 100-150 miejsc, ale można tę ilość powiększyć, dostawiając krzesła. Na naszym spektaklu krzesła dostawiano.

Widzami byli Polacy, mieszkający od lat na Węgrzech – osoby w różnym wieku. Publiczność wspaniała. Żywiołowo reagowała na tekst Mrożka, który ma wiele podtekstów i ukrytego sensu. Po spektaklu były brawa, owacje, kwiaty dla aktorów. I jeszcze jedno, co rzucało się w oczy: po spektaklu nikt nie uciekał do domu. Ludzie stali w grupkach, dyskutowali, rozmawiali, tak, że demontując dekoracje musieliśmy przepraszać widzów przy wynoszeniu rekwizytów. O czym mówiono trudno dociec, bo młodzież przeważnie rozmawia po węgiersku, starsi – po polsku, ale nie wypadało podsłuchiwać. Takie odniosłem wrażenie, że radzi byli spotkać się przy okazji tej imprezy, a po niej trochę porozmawiać, podzielić się wrażeniami i po prostu poplotkować. Budapeszt jest dość rozległym miastem. Polacy zamieszkują różne jego dzielnice, a jak nadarzyła się okazja imprezy kulturalnej – wszyscy na nią zjechali się. Miło było i widzom i aktorom.

Po spektaklu krótki spacer „Budapeszt by night” i w drogę powrotną do Lwowa. Znów wspaniałe autostrady węgierskie, „bezdroża” słowackie i dobre polskie drogi. A we Lwowie deszcz, wspomnienia i pamiątkowe zdjęcia.

Zbigniew Chrzanowski, reżyser Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie:

Dlaczego właśnie do Budapesztu?
Budapeszt już po raz trzeci… Decyzja o naszym zaproszeniu do Budapesztu zapadła w maju w szczególnym miejscu. Spotkaliśmy się z Marią Felföldi 2 maja na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego w Warszawie przy okazji odebrania nagród państwowych. Nie widzieliśmy się gdzieś od roku i pani Maria zaproponowała przyjazd do Budapesztu. Określiła, że jesień byłaby najlepszym terminem. Wspomniałem te wspaniałe warunki, które stwarzano teatrowi podczas poprzednich pobytów, wspaniałą publiczność i atmosferę na spektaklach i chętnie przystałem na tę propozycję. Pobyt w Budapeszcie ma i tę dobrą stronę, że organizatorzy mają tu nie duży, ale niezwykle przytulny i gościnny Dom Polski, gdzie można się zatrzymać na te kilka dni. Jest to ogromny plus organizacyjny. Wybór padł na kolejny raz na sztukę Mrożka – na jedną z naszych ostatnich premier: „Na pełnym morzu”. Stało się tak z wielu względów. Po pierwsze – jest to przedstawienie bardzo udane, aktualne, jak wszystkie dzieła Mrożka i dowcipne. Po drugie – mam możliwość zaprezentowania całego zespołu. Jest to ważne, żeby przybyła publiczność zobaczyła jak największą ilość wykonawców. „Na pełnym morzu” jest spektaklem bardzo prostym w transporcie i instalacji praktycznie na każdej scenie. Więc taka decyzja zapadła i poparli ją organizatorzy. Bardzo przypadła im do gustu nasza poprzednia propozycja – „Serenada” i „Polowanie” tegoż autora.

Tym razem graliśmy na innej scenie, bo ta poprzednia, w teatrze „Merlin”, zmieniała właścicieli i nie działa. Jest to scena w centrum miasta. Jest teatr zawodowy i mam nadzieję, że daliśmy z siebie wszystko, żeby wypaść jak najlepiej i nie zawieść publiczności i organizatorów.

Droga do Budapesztu nie jest łatwa, z tego względu, że mamy do pokonania daleką drogę i trzy granice. Jednak poszło nam bardzo sprawnie i dotarliśmy szczęśliwie.

Dwa razy były spektakle Mrożka, a jaki był pierwszy wyjazd do Budapesztu?
Pierwszy wyjazd był wyjazdem szczególnym, bo otrzymaliśmy zaproszenie aby uświetnić naszym występem obchody jubileuszu bodajże 25-lecie Polskiego Towarzystwa Kulturalnego na Węgrzech. Było wtedy wiele zespołów artystycznych, a my w tym programie prezentowaliśmy program o Lwowie – Lwów w piosence, wierszach i skeczach. Był to taki program w rodzaju „Pod Wysokim Zamkiem”.

Ten nasz wyjazd był bardzo pamiętny i dla nas ważny, wzruszający. Obecny był na tych uroczystościach prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” prof. Andrzej Stelmachowski. Po naszym występie określił nasz teatr jako „zawodowych wyciskaczy łez”, bo potrafiliśmy wzruszyć publiczność i jego.

Przy każdej okazji naszego tu pobytu nadarza się okazja zwiedzenie tego wspaniałego miasta. Wybrzeże Dunaju, wzgórze zamkowe, mosty, budynek Opery, Pomnik Bohaterów, katedra św. Stefana – wszystko to są wspaniałe zabytki godne uwagi, wspaniałe miejsca na spacery. Wiele z tego już zwiedziliśmy podczas poprzednich wizyt. Szkoda, że tego czasu na zwiedzanie jest niewiele, ale zawsze korzystamy ile się da. Poprzednim razem udało nam się zwiedzić starówkę w Koszycach na Słowacji. W tym roku odwiedziliśmy malownicze miasteczko Szentendre.

Maria Felföldi – prezes Stowarzyszenia „Polonia Nova” w Budapeszcie:

Jak zrodził się pomysł sprowadzenia naszego teatru po raz kolejny do Budapesztu?
Spotkaliśmy się z panem Chrzanowskim w Warszawie, gdzie oboje obieraliśmy odznaczenia z rąk prezydenta Komorowskiego i tam zgadaliśmy się, że mogli by do nas przyjechać z nowym przedstawieniem. W czasie poprzedniej wizyty teatr odniósł ogromny sukces. Zależało nam na tej wizycie. Pan Zbyszek zaproponował sztukę Mrożka „Na pełnym morzu”, premiera której dopiero się dobyła. Zaanonsował on tę sztukę, jako niezwykle ciekawą, aktualną i w interesującej reżyserii. Przystałam na to i obecnie jesteśmy ciekawi tego przedstawienia.

Jakie zmiany zaszły w ostatnim okresie w Stowarzyszeniu?
Nadal kontynuujemy swoją działalność. Mamy coraz lepszy kontakt z młodymi ludźmi, z Polakami, którzy urodzili się tu lub niedawno osiedlili się na Węgrzech. To właśnie dla nich głównie organizujemy ten spektakl.

Jak wygląda życie Polonii na Węgrzech?
W chwili obecnej jesteśmy po wyborach samorządowych. Polacy na Węgrzech mają prawo wybierania lokalnych samorządów. W obecnym okresie myślimy jak zrealizować nasze przedwyborcze postulaty.

Czy Polacy mieszkają tu w zwartych grupach czy dzielnicach?
W Budapeszcie mieszka nas większość. Są takie dzielnice, jak np. X, gdzie już tradycyjnie osiedlali się Polacy jeszcze po powstaniach. Nasi deputowani są w poszczególnych samorządach, a jednocześnie tworzą samorząd krajowy mniejszości polskiej.

Z jakich okresów emigracji są tu Polacy?
Większość z nas to jest emigracja małżeńska z lat 60–70. XX wieku. Większość tej emigracji stanowią kobiety.

Czy są jeszcze osoby, które emigrowały w 1939 roku?
Jest jeszcze nieduża ich grupa. Są to tzn. „Boglarczycy”. Są to już przeważnie ludzie wiekowi i są dla nas bardzo ważni, cieszą się ogromnym szacunkiem zarówno z naszej strony, jak i z węgierskiej.

Czy życie Polaków tu skupia się wokół kościoła czy stowarzyszeń kulturalnych?
Jak w każdej Polonii kościół jest tym najbardziej integrującym elementem. Tam bywa większość z nas. Trzeba tu dodać, że mamy duże szczęście do proboszczów: w wielu przypadkach są oni działaczami kultury. Mamy na Węgrzech trzy duże stowarzyszenia – Stowarzyszenie św. Wojciecha, Stowarzyszenie im. Bema i Polonia Nova.

Nasza organizacja ma świetne relacje ze Stowarzyszeniem św. Wojciecha i z nimi organizujemy wspólnie wiele imprez.

Czy w innych miastach na Węgrzech są filie pani organizacji?
Na Węgrzech jeszcze nie ma oddziałów, ale planujemy otwarcie naszej filii w Polsce.

W Polsce?
Tak. W ten sposób będziemy mieli lepszy kontakt z krajem ojczystym i Polonia Nova stanie się organizacją międzynarodową.

A we Lwowie?
Jeżeli nas zaprosicie. Dla nas to jest idealne rozwiązanie, bo wtedy łatwiej się pracuje, organizuje wspólne akcje i imprezy i nie ma tak wiele biurokracji i papierków do podpisania.

Czy Polonia Nova ma też projekty z funduszy europejskich?
Mamy takie projekty. W tym roku wspólnie z polską i czeską organizacjami piszemy wspólny projekt.

Czego będzie dotyczył?
Głównie edukacji młodych ludzi.

Jakie są media polskie na Węgrzech?
Mamy dwie gazety i radio polskie.

Radio w eterze czy internetowe?
Radio w eterze.

A gazety?
Są to wydania ogólnokrajowe: kwartalnik wydawany przez Stowarzyszenie im. Bema i miesięcznik „Polonia Węgierska” wydawany przez samorząd ogólnokrajowy.

Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 20 (216) za 31 października – 13 listopada 2014

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.