Polska wieś Święty Józef na Pokuciu

-a A+

Tak wygląda dziś wieś Święty Józef (Fot. Marcin Romer)

Najpierw zobaczyliśmy… niedźwiedzia. Smutny stał kiwając się na boki w żelaznej klatce, postawionej nie dalej niż dziesięć metrów od ruchliwej szosy Stanisławów – Kołomyja. Obok klatki, z piskiem opon zatrzymywały się kolejne stare „żiguli” i nowe lanosy. Smutny miś „reklamował” stojącą opodal smażalnię ryb. Ryb nie jedliśmy.

W Otynii, leżącej gdzieś w połowie trasy do Kołomyi, porzucamy przyzwoitą asfaltową szosę, skręcając w gruntową drogę, wiodącą do wsi Hołosków. To tu pod koniec pierwszej połowy XVIII w. przyszedł na świat poeta Franciszek Karpiński, autor „Filona i Laury” i dotąd śpiewanej kolędy „Bóg się rodzi”.

Czasy małego Karpińskiego pamięta w Hołoskowie jedynie stary dąb, stojący na skraju urwiska, w które przechodzi piękna malownicza polana. Dąb, zwany przez miejscowych „Karpińskim”, trzyma się całą siłą swych korzeni brzegu urwiska, jakie zachłannie co rok pożera polanę centymetr po centymetrze. Ile mu jeszcze siły stanie...?

My musimy dotrzeć dalej, w głąb pokuckiego interioru
Błotnista droga staje coraz trudniej przejezdna. Mijamy rozłożone wzdłuż niej wsie. Po niespełna siedmiu kilometrach, przejechanie których zajmuje nam dobrze ponad pół godziny, jesteśmy już blisko. Zostawiamy za sobą, stojący przy prawym skraju drogi budynek dawnej niemieckiej „kirchy”. Świeżo odnowiony, dawny kościół protestancki, wystawiony na rok przed I wojną światową przez żyjących tu od paru pokoleń „kołomyjskich Niemców”, po których i śladu nie zostało, przetrwał w niezmienionej architektonicznej formie wszystkie burze dziejowe. Dziś pełni rolę cerkwi greckokatolickiej. Droga wije się pod górę. Na szczycie wysokiego „horbu” stoi olbrzymi suchy dąb, jakby dekoracja do filmu grozy. To wskazany nam znak orientacyjny. Skręcamy w prawo. Jeszcze paręset metrów i jesteśmy u celu.

Historia tego miejsca jest niezwykła
Choć sięga zaledwie końca XIX stulecia, przypomina dzieje pierwszych amerykańskich osadników. Na początku lat osiemdziesiątych dziewiętnastego stulecia szumiały tu jeszcze lasy, dając zatrudnienie przy wyrębie drzew, a także w wyrastających, jak grzyby po deszczu, tartakach. Wtedy właśnie narodził się pomysł wykupu karczowanych terenów z rąk właściciela miejscowych latyfundiów.

Utworzono Komitet Wykupu i Osiedlenia, na czele którego stanął kołomyjski proboszcz – ks. Karol Przyborowski. Celem komitetu było zdobycie funduszy na zadatkowanie kupna terenu, przeznaczonego do sprzedaży i poprzez ogłoszenia w pismach zwrócenie się do ludności Pokucia o pomoc finansową. Komitet chciał wzmocnić ludność polską, porozrzucaną po wioskach ruskich, w jakich stanowiła ona mniejszość i poczynała się wynaradawiać. Wkrótce zaczęli napływać osadnicy z całej Galicji, w tym przeludnionych obszarów Rzeszowszczyzny i ziemi krakowskiej. Wśród miejscowej ludności ruskiej nazywano ich Mazurami.

Chłopi zasiedlający nowe ziemie starali się w pocie czoła przeobrazić nieużytki w urodzajne pola. Jednocześnie zawiązywały się liczne przyjaźnie. Nawzajem sobie pomagano i doradzano. Ukraińscy chłopi sprzedawali lub wymieniali swoje tkackie wyroby na owoce ziemi. Niemcy służyli rzemiosłem. Ksiądz Karol Przyborowski opracował plan sytuacyjny wsi i przedstawił geometrze w celu podziału całego wykupionego obszaru. Jego autorytet był niezaprzeczalny u przedstawicieli wszystkich mieszkających na tym terenie narodowości. Choć trudności nie brakowało, powstająca osada rozwijała się niezwykle dynamicznie.

W 1900 roku, z inicjatywy mieszkańców, wieś nazwano Święty Józef
Podobno nazwę podpowiedział sam arcybiskup lwowski Józef Bilczewski (beatyfikowany w roku 2001 podczas wizyty Jana Pawła II we Lwowie, a w 2005 roku kanonizowany przez papieża Benedykta XVI). Przez następne cztery dziesięciolecia, wysiłkiem mieszkańców, wieś bardzo się rozbudowała. To było już prawie miasteczko.

Miejscowość liczyła 386 domów. Była siedmioklasowa szkoła, ochronka, Dom Ludowy ze sceną teatralną, piwiarnia, kręgielnia, poczta i parę sklepów. Także kuźnie i kilka warsztatów rzemieślniczych. Była też remiza strażacka i Kółko Rolnicze. Wybrukowano dwie główne ulice: Warszawską i Bródki. Wybudowano mostki nad wijącą się przez wieś rzeczką Kołomyjką. Powstał też miejscowy cmentarz.

Nad okolicą górowała 50 metrowa wieża neogotyckiego kościoła, budowę którego ukończono jeszcze w 1912 roku. Ciekawostką może być fakt, że do budowy kościoła, w kwocie sześciu tysięcy złotych reńskich, dołożył się sam Najjaśniejszy Pan – cesarz austriacki Franciszek Józef.

Uschnięty dąb (Fot. Marcin Romer)Nie ominęła mieszkańców wsi Święty Józef ni jedna zawierucha dziejowa
W czasie I wojny światowej front sześciokrotnie przechodził przez tereny wsi. Większość mężczyzn została zmobilizowana i poszła na wojnę. Część z nich trafiła na front włoski. Dwunastu wstąpiło do Legionów Polskich. We wsi pozostały prawie same kobiety, starcy i dzieci. Rosjanie, jacy okopali się we wsi, dopuszczali się gwałtów i grabieży. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, większość żołnierzy, tym razem już w Wojsku Polskim, wzięła udział w wojnie polsko-bolszewickiej.

Po podpisaniu traktatu pokojowego w Rydze, po ponad sześcioletnim okresie zawieruchy wojennej, powołani pod broń mieszkańcy wsi Święty Józef mogli wrócić do swych domów. Niestety, nie wszystkim było to dane. Na polach bitew na zawsze pozostało ich ponad dwudziestu. Znów pierwszą potrzebą było zagospodarowanie ziemi, która częściowo leżała odłogiem. Nie było narzędzi, nasion, koni i bydła. Ciężka praca dawała jednak efekty i pomału sytuacja poczęła się poprawiać. Znów można było podziwiać ciągnące się po horyzont, falujące łany zbóż.

Aż przyszło piękne i upalne lato 1939 roku
1 września Niemcy napadły na Polskę. Front wydawało się początkowo, był gdzieś daleko. Część mieszkańców wsi została zmobilizowana. Okolica zaczęła napełniać się uciekinierami z okolic Krakowa i Tarnowa, na jakie szło natarcie niemieckie. W dniach 16 i 17 września w nocy, przez wieś przejechały tabory wojskowe, kierując się ku granicy rumuńskiej i węgierskiej. Krótki odpoczynek zrobili koło kościoła. Pozostawili księdzu jednego konia z wozem i broń, jaką ukryto. Następnego dnia do wsi wkroczyły wojska sowieckie. Ludność ogarnął strach przed przyszłością.

My pryszły oswobodyty was wid paniw (Przyszliśmy wyzwolić was od panów) – głosili przybysze wyuczoną formułkę. I wid sztaniw (I od spodni) – dodawali miejscowi Ukraińcy. Nikomu jednak nie było do śmiechu. Wkrótce rozpoczęły się aresztowania, rekwizycje. Ludzie znikali bez śladu. Istniejące we wsi sklepy pozamykano. Właściciele bali się przyznawać, a towary w sklepach wyprzedano. W budynku gminnym założono „kooperatywę”. Dostarczano dwa razy w tygodniu naftę i sól. W późniejszym czasie przywieziono mydło, które dzielono po 100 gramów na rodzinę. Przywieziono też chałwę i landrynki. Tu ograniczeń nie było, ale też nigdy nie starczyło ich dla wszystkich chętnych.

Ustalono obowiązkowe dostawy zboża, ziemniaków, jarzyn, jajek, mleka. Ogłoszono dni wolne od pracy, nie zwracając uwagi na niedziele i święta. Dniem wolnym od pracy był każdy szósty dzień tygodnia. W rocznicę Rewolucji Październikowej sowieckie władze postanowiły zorganizować mityng i zabawę w Domu Ludowym – bezpłatnie. Orkiestra grała, lecz nikt z mieszkańców wsi nie przyszedł. Młodzież zawczasu pochowała się po lasach. Tak to zakończyła się rewolucyjna uroczystość we wsi Święty Józef.

Młodzi ludzie ze wsi coraz częściej opuszczali rodzinne strony, próbując przedostać się przy pomocy Hucułów, przez zieloną granicę na Węgry i dalej do odbudowującego się we Francji polskiego wojska. Tak nadszedł pamiętny luty 1940 roku. Nocą przy trzydziestostopniowym mrozie do wsi weszły oddziały NKWD. Wywieziono wówczas na Sybir prawie całą miejscową inteligencję.

Szkoła i ochronka we wsi Święty Józef (Fot. Marcin Romer)

W czerwcu 1941 roku Niemcy uderzyły na Związek Sowiecki
Władze sowieckie w panice rzuciły się do ucieczki. Po kilku dniach bezkrólewia, na Pokucie weszły wojska węgierskie, utrzymując porządek do chwili objęcia władzy przez Niemców. Po ustaleniu nowej administracji, niemieccy okupanci rozpoczęli realizację swoich planów przy pomocy policji ukraińskiej i agentów zorganizowanych z volksdeutschów.

W całej parafii Święty Józef volksdeutschów nie było. We wsi przechowało się też kilku Żydów, za co groziła kara śmierci. Znów wróciły obowiązkowe dostawy, tyle że w nieco innej formie. Szalała drożyzna. W oczy zaglądał głód.

Rozpoczęły się wywózki na przymusowe roboty do Niemiec. Ze wsi Święty Józef wywieziono prawie 70 osób. Po potyczce, jaka miała miejsce na skraju wsi pomiędzy partyzanckimi oddziałami Kowpaka a Niemcami, po której Kowpakowcy wycofali się za rzekę Prut, a Niemcy bez strat do Kołomyi – niemieckie wizyty we wsi stały się bardzo rzadkie. Zaczęły za to dochodzić przerażające wieści o mordach, dokonywanych na ludności polskich wsi na Wołyniu. We wsi rozpoczęto tworzyć oddziały samoobrony. Samoobrona, która została utworzona w prawie czysto polskiej wsi Święty Józef była na tyle silna, że do wsi zaczęli napływać uciekinierzy z innych wiosek. Zimą 1944 roku front ponownie zbliżył się do bram Pokucia.

Do wsi Święty Józef przybyło wojsko węgierskie
Po kilku dniach wojsko węgierskie wycofało się przez przełęcz Tatarską zostawiając wiele broni i amunicji. Wzmocniło to znacznie polską samoobronę. Węgrzy wrócili wiosną 1944 roku. I znów wieś znalazła się na pierwszej linii frontu. Zginęło wówczas prawie 30 osób spośród jej mieszkańców. Węgrzy stosunkowo dobrze odnosili się do miejscowej ludności. Stwierdzenie to wymaga jednak sporej dozy relatywizmu, biorąc pod uwagę warunki panujące na pierwszej linii frontu. Miejscowe dowództwo węgierskie zarządziło ewakuację ludności cywilnej. Zacięte walki trwały jeszcze jakiś czas, po czym Madziarzy odstąpili.

Uchodźcy poczęli wracać do swych siedzib
Tym razem już nie na długo. Wkrótce dowiedziano się, że nową granicą Polski ma stać się linia Curzona, zostawiając Pokucie po jej wschodniej stronie. Ludność polska miała podlegać ekspatriacji (wysiedleniu). Wyczerpana ludność wsi Święty Józef i okolic sama zdecydowała się wyjechać. Zaczęto załatwiać sprawy ekspatriacyjne w rejonie i w Kołomyi, zamówiono transport. Pakowano rzeczy, jakie im pozostały po przejściu frontu.

W terminie oznaczonym przez władze sowieckie wszyscy wyjechali na rampę kolejową do Kołomyi. Władza terminu nie dotrzymała, ludność z całym swoim dobytkiem koczowała jeszcze kilka dni na podstawienie wagonów. Jako następne do wyjazdu przygotowywały się sąsiadujące wsie Święty Stanisław, Chorosno, Bednarówka i Siedliska. Polskie wsie pozostawały puste. Żołnierze z nich pochodzący walczyli na wszystkich frontach drugiej wojny światowej. Walczyli pod Tobrukiem, Monte Cassino, zdobywali Berlin. I żaden z ich szlaków bojowych nie prowadził do ich rodzinnej wsi. Jeszcze refleksja. Któż nie nucił żołnierskiej piosenki Rozkwitały pąki białych róż? Mało kto wie, że jej kompozytor – legionista – pan Kozar-Słobódzki pochodził z Pokucia. Mieszkał opodal wsi Święty Józef.

Neogotycki kościół we wsi Święty Józef (Fot. Marcin Romer)

Taki był koniec polskich wsi na Pokuciu
Na opuszczone przez Polaków tereny przywieziono wysiedlonych z Polski Łemków. Oni też płakali. Dla nich była to cudza, obca ziemia. Swoją zostawili hen na zachodzie. I nikt ich o zdanie nie pytał. Do dziś w starych ukraińskich wsiach mówi się o nich – Polaki. Przeżyli ciężkie chwile. Kolektywizację, czasy sowieckie, rozpad imperium, co jednocześnie oznaczało rozpad miejscowych radgospów (odpowiednik PGR) i brak pracy. Zostali ze swoimi małymi kawałkami ziemi, bez maszyn – praktycznie z gołymi rękami.

Żeby dotrzeć do centrum terytorium dawnej wsi Święty Józef musimy skręcić na porośnięte trawą pole. Dawna droga główna (tak! tak! – ta niegdyś brukowana) jest miejscami trudno przejezdna. Celowo piszę terytorium, a nie wieś. Dawnej wsi już nie ma. Zostało około 20 chat. Nie ma Domu Ludowego, piętrowego budynku szkoły. Do najbliższego sklepu trzeba iść ponad trzy kilometry. 

Ułamek muru z portalu nad wejściem do kościoła (Fot. Marcin Romer)

Została pamięć
Na pytanie: De żywesz? (Gdzie mieszkasz?), miejscowi odpowiadają: Na Józefie. O dawnej świetności tego miejsca krążą już legendy, jak chociażby ta, że inicjatorem budowy miejscowego kościoła był Józef Piłsudski. Ba, opowiadano mi nawet, że był tu osobiście na uroczystości jego poświęcenia. W rzeczywistości pewnie o nim nawet nie słyszał.

Po neogotyckim kościele i śladu nie zostało
Jeśli nie liczyć ogromnego ułamku muru z portalu nad wejściem. W 1962 roku pod kościół zajechał oddział saperów. Założono ładunki wybuchowe i odpalono. Odgłos wybuchu słychać było aż w Kołomyi. Bryła kościoła, która przez pięćdziesiąt lat górowała nad okolicą zamieniła się w kupę gruzów. Na gruzach w stanie nienaruszonym, mimo upadku z kilkunastu metrów, leżał kamienny krzyż, wieńczący niegdyś wejście do kościoła. Jeden z miejscowych gospodarzy nocą przewiózł go na swoje podwórze i zakopał. Kiedy już było można, wykopał i ustawił w swoim ogrodzie. Stoi tam do dziś.

Ocalona kapliczka (Fot. Marcin Romer)Nie mniej interesująca jest historia ocalenia starej, przedwojennej kapliczki, stojącej na skrzyżowaniu dróg, wiodących ze wsi Święty Józef do wsi Chorosno i Bednarówka. Swoje przetrwanie zawdzięcza mieszkającemu w pobliżu panu Jurkowi, który usłyszawszy o zamiarze jej zburzenia (było to w latach siedemdziesiątych ub. wieku), przez kilka tygodni nocował pod nią z... siekierą. Pewnego dnia o świcie, pod kapliczkę zajechał traktor wraz z ekipą „burzymurków”, wyposażonych w stalowe liny. Naprzeciw nich stanął z siekierą pan Jurko, zapowiadając, że odrąbie ręce każdemu, kto by się odważył tknąć kapliczkę. Odważnych nie było. Traktor odjechał…

Przetrwał też stary polski cmentarz, zlokalizowany niedaleko zburzonego kościoła. Bardzo już zaniedbany, choć tu i tam widać ślady tego, że ktoś z miejscowych próbuje w wolnych chwilach coś porządkować. Co roku, w okolicach 1 listopada, pod cmentarzem pojawiają się samochody z polskimi rejestracjami. Byli mieszkańcy wsi i ich potomkowie wciąż pamiętają o ziemi swoich przodków.

Z płaskowzgórza (horbu), na którym stoją resztki zabudowań wsi Święty Józef, rozciąga się przepiękny widok na całą okolicę. Od południa, w pogodne dni można zobaczyć pasmo Czarnohory. Od strony północnej teren powoli opada w dół, otwierając przepiękny widok na dziczejące pola, które pomału zaczynają porastać lasem. Stojąc i podziwiając ten widok razem z jednym z miejscowych gospodarzy usłyszałem od niego słowa: Znajete, Poliaki, jaki tut żyły, kazały (Wie pan, Polacy, którzy tu mieszkali, mówili): „Nie było nas – był las, nie będzie nas – będzie las”. I oś baczyte – lis roste! (I oto spójrzcie – rośnie las!).

PS Mój rozmówca z całą pewnością nie wiedział, że to znane polskie przysłowie. Potraktował je jak spełnioną przepowiednię.

Marcin Romer
Tekst ukazał się w nr 23-24 (123-124), 17 grudnia 2010 – 13 stycznia 2011

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.