Trzeba wydobyć ofiary sowieckich represji z niepamięci

-a A+

Z Tetianą Samsoniuk, autorką książki „Jeńcy września 1939”, rozmawiał Wojciech Jankowski.

Jak doszło do tego, że napisała Pani książkę „Jeńcy września 1939”?
Ten materiał zbierałam nie w celu napisania książki, ale do pracy doktorskiej, którą obroniłam w 2016 roku. W czasie tej pracy opracowałam ponad tysiąc spraw karnych. Poznanie losów tych ludzi powoduje, że podejście do życia ma się już inne. Ich losy każą ci pochylić się nad nimi i dalej je badać. Kiedy człowiek pracuje nad takim materiałem, zapoznaje się z biografią jakiegoś człowieka. I gdy znajduje się czyjeś osobiste rzeczy, wtedy przychodzi myśl „czy rodzina zna losy tego więźnia?” Gdyby na przykład mnie ktoś powiadomił o losie mojego dziadka, który zaginął w czasie II wojny światowej, albo przekazał mi jakieś materiały czy fotografie, to dla mnie byłby to nieoceniony skarb. Dlatego chciałam odnaleźć rodziny tych ludzi, co po części nam się udało, i podzielić się z nimi historią ich krewnych.

Co w opracowywanych przez Panią materiałach zrobiło na Pani szczególne wrażenie?
Wygląda to tak, że gdy zaczynam zajmować się jakąś sprawą, na początku czytam ankiety, protokoły przesłuchań, w efekcie wie się o tej osobie niemal wszystko, ile miała dzieci, jaką społeczną czy polityczną działalnością się zajmowała, jaki zawód wykonywała, jakieś codzienne, zwykłe sprawy. I kiedy sprawa kończy się aktem wykonania wyroku… wtedy – niech mi Pan uwierzy – jakkolwiek by się człowiek starał zachować dystans do tej sprawy, ma kolosalne psychiczne obciążenie i to tak naprawdę bardzo motywuje. Bo kiedy rano wstajemy i myślimy, jak nam się ciężko żyje, jak moja sytuacja jest trudna, to w takich sytuacjach te sprawy karne mnie motywowały. Ponieważ rozumiałam, co ci ludzie przeżyli! Z tego wynika wniosek, że powinniśmy szanować to, co mamy teraz.

Taką również sytuacją, która mnie motywowała, był przyjazd z Kanady syna represjonowanego Ukraińca. Miał 87 lat. Płakał, gdy czytał akta sprawy karnej swego ojca, którego więcej już nie zobaczył. Wówczas rozumie się, czym naprawdę dla ludzi są te akta. To tragiczne losy ludzi, które poznają ich synowie, matki, małżonkowie. I staje się oczywistym, że trzeba wydobyć tych ludzi z niepamięci.

I to nie jest koniec? Wyda Pani następne książki?
Planujemy wydać książkę o członkach polskiego podziemia ze Związku Walki Zbrojnej na Wołyniu. Materiały na tę książkę są już zebrane. Są to szkice biograficzne przełożone na język polski, zebrane dokumenty. Uznaliśmy, że tak jak „Jeńcy września 1939”, każda kolejna książka będzie składała się z trzech części. Na początku artykuł naukowy, druga część to dokumenty i trzecia część, taka trochę naznaczona emocjami, to szkice biograficzne tych ludzi. Pierwsza książka jest w miarę optymistyczna, bo wielu z opisanych ludzi udało się przetrwać. Druga książka już taka nie będzie, bo do 1941 roku jedna trzecia polskiego podziemia była wymordowana przez władze sowieckie.

Jak rozpoczęła się Pani współpraca z „Monitorem Wołyńskim”?
Kiedy przypadkiem wpadł mi w ręce „Monitor Wołyński”, myślałam o tym, żeby publikować te biografie, a to akurat pokrywa się z profilem gazety. Redaktor naczelny Walenty Wakoluk zadzwonił do mnie i tak rozpoczęła się nasza współpraca. Często pada pytanie, dlaczego Ukrainka wzięła się za polską tematykę? Kiedy działamy na polu nauki, to nie zawsze wybiera się sobie temat badań, czasem temat wybiera ciebie. Tak było w moim wypadku. Skoro pisałam doktorat o mniejszościach narodowych na rówieńszczyźnie, o kresie sowieckiej okupacji, wyszło tak, że najwięcej czytałam akt spraw Polaków. Ale w innych czasopismach publikuję też takie biografie Ukraińców, Żydów, Czechów. Nie omijam innych grup narodowych.

Rozmawiał Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 20 (312) 30 października – 15 listopada 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.