Maciej Patkowski: Kołomyja – historycznie to podręcznikowy przykład uczenia się tolerancji

-a A+

Maciej Patkowski wyjechał z Kołomyi jako pięcioletni chłopiec na rękach matki i odwiedził to miasto po 70 latach, już jako polski pisarz, scenarzysta i dramaturg. Obecnie na stałe mieszka w USA, a pokuckie miasteczko nad Prutem, z którym tak ściśle są splecione losy rodu Patkowskich, występuje w jego książkach, zwłaszcza w „Z Kresów na orbitę” i „Kołomyjka”.

Jaka była wtedy Kołomyja? Jak się w niej żyło rodzinie wiceburmistrza Ignacego Patkowskiego? Co się zmieniło w tym miasteczku przez 70 lat i czego nas to nauczyło? O tym i nie tylko – w rozmowie z pisarzem. Rozmawiała Natalia Tkaczyk.

Ród Pana pochodzi z Podlasia. Jak Patkowscy pojawili się w Kołomyi?
Patkowscy pochodzą z miejscowości Patków, koło Siedlec, między Bugiem a Wisłą, a pochodzący stamtąd jeden z moich prapradziadów brał udział w insurekcji Kościuszkowskiej. Z Patkowa jest bardzo blisko do Maciejowic i pola ostatniej bitwy przegranej przez powstańców. Kościuszko został ranny, wzięty do niewoli rosyjskiej i wywieziony do Petersburga, a mój przodek zginął. Wdowa po nim, zanim zdążyli ją wywieźć na Sybir, zabrała swoich sześciu synów i uciekła z nimi do najbliższego miasta za granicą, którym była Kołomyja, leżąca już w Austro-Węgrzech, gdzie carat nie sięgał. Nie ona jedna w ten sposób się chroniła, bo np. Stanisław Moniuszko mieszkał przez prawie dwa lata w Kołomyi, dlatego że uciekł z Wilna, bo carowi nie podobała się jego „narodowa” opera. Więc Kołomyja była schronieniem dla uciekinierów z carskiego zaboru.

Jednym z burmistrzów Kołomyi był też Patkowski.
W latach tysiąc osiemsetnych jeden z Patkowskich był wiceburmistrzem miasta, a potem z początkiem XX wieku wiceburmistrzem był Ignacy Patkowski, mający za żonę Hucułkę, Paraksenę. Wówczas był znany jako przemysłowiec, miał fabrykę kafli w Kołomyi. Prywatnie był ojcem dziesięciorga dzieci. Jego dom w Kołomyi przy ul. Hetmańskiej ocalał, z wnętrzami, z tarasem, ogrodem, altaną, no i z piecami zbudowanymi z kafli pięknych jak dzieła sztuki. W domu mieszka teraz wnuk wiceburmistrza, którego miałem okazję poznać.

Czym się zajmował Pański dziadek w Kołomyi?
Opowieść jest taka, że dziadek był albo właścicielem, albo współwłaścicielem młyna. Malował, był artystą. Nic się z jego obrazów nie zachowało. Poza tym był typowym przedstawicielem szlachty, dużo pił, jeszcze więcej grał w karty i przegrał wszystko. Przypuszczano, że wszystko przepił i przegrał, a kiedy zorientował, że nie ma już pieniędzy dla rodziny, prawdopodobnie popełnił samobójstwo, mając pięćdziesiąt parę lat.

Kiedy żyją jeszcze świadkowie z poprzednich pokoleń, my jesteśmy zbyt młodzi, rwiemy do przodu, chcemy nowości, chcemy podróżować, przeszłość niewiele nas interesuje, a dopiero potem przychodzi taka nostalgia, która się zaczyna koło czterdziestki, pięćdziesiątki, a rodziców już nie ma i nie ma kogo zapytać…

Pan też urodził się w Kołomyi?
Nie. Ojciec pożegnał Kołomyję, kiedy wstąpił do oficerskiej szkoły lotniczej w Dęblinie, a mama dostała nauczycielską posadę w niedalekich Trawnikach. Ojciec po skończeniu szkoły został przydzielony do pułku lotniczego w Toruniu, tam więc mieszkali moi rodzice i ja się tam urodziłem. W 1938 roku wyjechaliśmy z Torunia do Wilna, dokąd przeniesiono dywizjon ojca.

Jak Pan trafił do Kołomyi?
Kiedy już było wiadomo, że będzie wojna, z końcem sierpnia 1939 roku ojciec zapakował mamę, kufry i różne rzeczy i wysłał pociągiem z Wilna do Kołomyi. I zaraz potem wybuchła wojna.

Mama spotkała się z ojcem jeszcze 16 września. Dywizjon ojca przestał funkcjonować, większość samolotów była zestrzelona, a załogi ewakuowały się do Rumunii na podstawie porozumienia rządu polskiego z rumuńskim, który przyjmował polskich uchodźców, podążających na front francuski. Przekraczali granicę w Kutach. Ojciec nocował więc w Kołomyi u mamy w ostatnią noc przed opuszczeniem kraju.

Jakie było Pana dzieciństwo w Kołomyi?
Mam w pamięci zbiór obrazków – to nie jest ciągły film z fabułą, ale osobne kadry. Pamiętam Prut. Pamiętam młyn. Myśmy mieszkali naprzeciwko młyna w domu, który został po dziadku, bo reszta poszła na spłacanie długów. Pamiętam park akademicki. Pamiętam, jak na sankach zjeżdżałem z góry Piskozuba. Piskozubowie to była bardzo bogata i rozległa rodzina, spora część Kołomyi należała do nich i jedno ze zboczy dla saneczkarzy też było ich własnością. Chyba pamiętam rynek.

Mama miała dla mnie jeszcze sprzed wojny ubranko góralskie: gunię i kapelusz. Kiedyś mnie tak ubrała i wyszliśmy na spacer; natknęli się na radzieckich żołnierzy, a jeden z tych krasnoarmiejców popatrzył na mnie i powiedział: „Ty burżuj, pajdiosz ty pod stienku”. Gunia natychmiast zniknęła i spacery się skończyły.

Jaka Kołomyja wyłania się z rodzinnych przekazów?
Kołomyja przedwojenna to podręcznikowy przykład uczenia się tolerancji. Cała Kołomyja w latach trzydziestych XX wieku liczyła 39 tysięcy mieszkańców: Polaków było 11 tys., Ukraińców ponad 5 tys., Niemców – 4 tys., a Żydów było aż 19 tys.

Zwykle było tak: burmistrz był Polakiem, wiceburmistrzem był Żyd, drugim wiceburmistrzem był Niemiec, a księgowy, od spraw bankowych był Żydem. I to miało sens. Była zgoda, nikt nie manifestował na ulicach, nikt nikomu szyb nie rozbijał. Nie było pogromów.

A później Żydów Niemcy wywieźli i likwidowali, Polaków po wojnie wysiedlono do Wrocławia i na Dolny Śląsk, co się stało z Niemcami, nie wiem, ale podejrzewam, że zostali wywiezieni na Sybir.

Został cmentarz polski. Jest tam długi sarkofag rodziny Patkowskich, wielu ich tam leży, ale nikt z mojej najbliższej rodziny.

Wam też zagrażała wywózka na Sybir? Jak się udało tego uniknąć?
Brat mojego ojca pracował jako mechanik parowozowy w Kołomyi. On wszystko wiedział: co się dzieje na stacji, kiedy np. są podstawione pociągi do wywózki na Sybir. Często przybiegał do mamy i mówił: „Lolka [bo to jest od Karoliny], uciekaj, bo jest transport”. Mama kryła się wówczas wśród rodziny i przyjaciół. Potem on informował, że transport odjechał, więc mama wracała do domu.

Mama uciekła z jednego zła w drugie zło: spod okupacji sowieckiej do okupacji niemieckiej – pod Kraków.

Mieszka Pan w Ameryce już prawie 50 lat. Co Pan odczuwał, kiedy już w XXI wieku wrócił do Kołomyi?
Bardzo mi się Kołomyja spodobała. Jest tak pięknie odnowiona, zadbana, ludzie są przyjaźni. Byłem w jednym i drugim muzeum. Pracowała tam wolontariuszka – ja nie mówię po ukraińsku, a ona nie mówiła po polsku, to było trochę śmieszne, że Ukrainka z Polakiem rozmawiają w Kołomyi po angielsku.

Wszystko z mego dzieciństwa ocalało. Mój kościół parafialny przy Rynku, gdzie byłem chrzczony..., a teraz jest to piękna cerkiew. No i byłem wzruszony, kiedy umyłem się w Prucie.

A co się Panu nie podobało w nowej Kołomyi?
Moje wrażenia były jak najlepsze, ale zrobiło mi się bardzo przykro, kiedy poszedłem na polski cmentarz. Teraz już zaczęto o niego dbać, ale ciągle jest w stanie wymagającym inwestycji i opieki... Ratusz postawił warunki: jeśli wy, Polacy, zadbacie o swój cmentarz, my go nie tkniemy, jeśli nie – będzie zajęty przez miasto i „zaorany”. (Myśmy niemieckim cmentarzom we Wrocławiu nie dali takiej szansy, wszystko zostało „zaorane”). Warto wspomnieć inicjatywę redaktorki wrocławskiej telewizji: latem w czasie wakacji zgarnia tuzin czy dwa uczniów gimnazjum, jedzie z nimi do Kołomyi, gdzie przez dwa tygodnie czyszczą, sprzątają i upiększają cmentarz, mieszkając w bardzo surowych warunkach sobotniej szkoły języka polskiego.

Mieszka Pan w Nowym Jorku, co roku przyjeżdża Pan do Warszawy, zwiedzał Pan Kołomyję – w którym miejscu czuje się Pan w domu?
Jestem bezdomny. Jestem w domu tam, gdzie mnie posadzisz. Kiedyś z mamą liczyliśmy, że w ciągu pięciu wojennych lat przeprowadzaliśmy się 25 razy, więc trudno mi powiedzieć, że miałem jakiś dom, bo myśmy się ciągle pakowali i gdzieś przeprowadzali. Jedyny dom, jaki miałem, był we Wrocławiu, gdzie spędziłem 15 lat i gdzie skończyłem studia.

Czuję się dobrze w Polsce, bo jestem Polakiem – łączy mnie kultura i język, tym bardziej że pracuję w tym języku, pisząc książki. Na Ukrainie też czuję się dobrze. Historycznie patrząc, okupowaliśmy tereny dzisiejszej Ukrainy i wiele zła nagromadziło się między polskim dworem a ukraińską ludnością, bo wtedy chłop był pańszczyźniany, przypisany do ziemi. Zamiast szukać pomostów do porozumienia choćby dlatego, że Polska potrzebuje stabilnej Ukrainy, a Ukraińcy zaprzyjaźnionej Polski, obie strony, włącznie z przywódcami partyjnymi, spierają się o czasy przeszłe, nie bacząc, że najważniejsza jest przyszłość obu naszych krajów. Geografia i historia „skazała nas” na bycie sąsiadami. Czy nie można żyć w zgodzie? Po co te płoty, po co mury, po co prowokacje i kłamstwa? Napisałem książkę w przekonaniu, że jest jakaś alternatywa i można to inaczej załatwić.

Jest Pan autorem wielu książek. Z Kresów na orbitę to patrzenie w przeszłość Pana rodziny i Polaków w ogóle. Natomiast najnowsza powieść Kołomyjka raczej metaforycznie przedstawia wizję polsko-ukraińskiej przyszłości. Jak Pan widzi tę przyszłość?
Kołomyjka jest o miłości Polaka i Ukrainki z Kołomyi. Dawniej ich rodziny odbierały sobie wzajemnie życie, a teraz jest małżeństwo, dziecko – pół Polak, pół Ukrainiec, wyrośnie z niego patriota obu krajów... I o to chodzi.

Wielu nie chce zrozumieć, że Polska była już tysiąc lat temu, a Ukraina ma dopiero 27 lat i to jest nowe zjawisko na mapie Europy. Mamy jej pomóc – tak jak się pomaga młodym ludziom. Polacy nie chcą przebaczyć Ukraińcom, a Ukraińcy nie są w stanie zapomnieć krzywd, których doznali od Polaków. Widocznie tutaj dla porozumienia jest potrzebne młode pokolenie, jak ci moi bohaterowie Kołomyjki, jak ich dziecko...

Info:
Maciej Patkowski – (ur. 1936), autor ponad 20 książek, m.in. biograficznych o prymasie Stefanie Wyszyńskim, Ignacym Janie Paderewskim. Członek Związku Literatów Polskich (w przeszłości), Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (obecnie) oraz Polskiego PEN Clubu. Laureat Nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie za najlepszą książkę roku 2013 pt. Kryptonim „Paderewski”. Mieszka w Nowym Jorku. Najnowsza książka Kołomyjka (2016) to opowieść o zakochanych w sobie Ukraince i Polaku, którzy swoją miłość muszą zmierzyć z trudną historią ich przodków.

Rozmawiała Natalia Tkaczyk
Tekst ukazał się w nr 15 (307) 16-30 sierpnia 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.