Bogdan Borusewicz, wicemarszałek Senatu RP, dla Kuriera Galicyjskiego

-a A+

W czasie swego pobytu we Lwowie z okazji odsłonięcia tablicy pamiątkowej Jacka Kuronia 17 czerwca br. Bogdan Borusewicz, wicemarszałek Senatu RP, udzielił wywiadu dla Kuriera Galicyjskiego. Rozmowę prowadzili: Anna Gordijewska, Mirosław Rowicki i Eugeniusz Sało.

Anna Gordijewska: Pana wizyta we Lwowie jest związana z odsłonięciem tablicy pamiątkowej, poświęconej Jackowi Kuroniowi. Znaliście się przecież osobiście.
Tak, Jacek Kuroń był moim kolegą, przyjacielem, poznaliśmy się czterdzieści lat temu. To jest szmat czasu, od tej pory dużo się zmieniło. Przyjechałem na otwarcie skweru w tym pięknym miejscu. To jest bardzo symboliczne, że w obecnym Lwowie czci się pamięć Polaka, który urodził się w tym mieście. Wyjechał stąd jako dziecko, ale pamiętał o Lwowie, chociaż tego specjalnie nie eksponował. Dowiedziałem się o tym przypadkowo od jego ojca. Kiedyś przy mojej kolejnej wizycie u Jacka w Warszawie z dalekiego zaplecza mieszkania wyszedł mężczyzna – nazywany był „pan inżynier” – i rzucił parę anegdot lwowskich, a był to człowiek dowcipny. Wówczas zorientowałem się, że rodzina pochodzi ze Lwowa. Jacek Kuroń był liderem grupy ówczesnej, „przedsierpniowej” opozycji demokratycznej. Zajmowało nas wówczas działanie bieżące, a nie historia. Oczywiście o historii pamiętaliśmy.

A.G.: Jak Pan postrzega dzisiejszy Lwów?
We Lwowie byłem poprzednio dawno, około 10 lat temu. Miasto bardzo się zmieniło na plus. Te domy są trwałe i nie zmieniły się, na szczęście. Nie widzę jakichś wyburzeń na starym mieście i to jest dobrze. Ulice z charakterystycznym brukiem nadal istnieją i dobrze, że nie zostały zaasfaltowane. Takiego ruchu, który widziałem na ulicach wieczorem w centrum Lwowa, nie spodziewałem się i byłem zaskoczony. Wydawało mi się, że tutaj wyroili się ludzie z całej Ukrainy. Można to porównać z Krakowem. Ogromna ilość kawiarni i piwiarni. Widać, że to miasto żyje. Kiedy byłem poprzednim razem, tak nie było.

A.G.: Czy spotykał się Pan z przedstawicielami władz miasta i obwodu?
Odbyłem spotkania zarówno z merem Lwowa Andrijem Sadowym i z szefami państwowej administracji regionalnej. One były w dużej mierze kurtuazyjne.

A.G.: Podczas tej wizyty obejrzał Pan budowę Domu Polskiego we Lwowie. Jak Pan odebrał to przedsięwzięcie?
Jest to gigantyczna inwestycja. W tej chwili trzeba myśleć o tym, w jaki sposób Dom Polski ma funkcjonować. Wiem, że będzie problem z jego utrzymaniem. Trzeba stworzyć radę programową. To bardzo ważne miejsce dla miejscowych Polaków, ale nie sądzę, żeby organizacje polskie były w stanie zagospodarować 7,5 tys. metrów. Olbrzymia sala teatralna, to wszystko trzeba wypełnić życiem, przedstawieniami. Ten dom musi się sam utrzymywać. Nie może być tak, że najpierw jest wniosek o budowę Domu Polskiego we Lwowie, potem poszerza się plany, a potem co roku będzie się żądało pieniędzy na utrzymanie. Ten dom został już wybudowany mniej więcej w jednej trzeciej. Pieniądze na to są i będą, ale budowa nie może być odciągana, ponieważ każdy rok zwiększa koszty, które nie są małe, według tego co wiem 45 mln złotych. Ten przyszły dom powinien być otwarty na miasto, Ukraińców, na spektakle teatralne.

Mirosław Rowicki: Dobrym przykładem do naśladowania, tyle, że w skali mikro, jest Centrum Kultury Polskiej i Dialogu Europejskiego w Iwano-Frankiwsku, d. Stanisławowie. Działalność tej placówki jest otwarta zarówno na miasto, jak i na wszystkich jego mieszkańców. Ta koncepcja została zrealizowana i pokazała jak to może działać.
Słyszałem o Stanisławowie i osobie, która prowadzi ten dom. To w dużej mierze zależy od menagera. Do mnie docierają pozytywne informacje z tego miasta. Tylko we Lwowie jest inna skala. Tam 400 metrów kwadratowych, a tu 7,5 tysiąca metrów kwadratowych. Już w tej chwili trzeba myśleć o koncepcji, bo jeśli będzie się czekało, aż zostanie wybudowany, to potem ta koncepcja będzie powstawać przez dwa lata. Trzeba stworzyć radę programową, znaleźć ludzi. Takiej inwestycji Senat za granicą nie robił. Powinna być rada merytoryczna, nie ta, która będzie nadzorowała, a ta, która będzie tworzyła program pracy i ściągała teatry i przedstawienia. Moim zdaniem, największy problem będzie z olbrzymią salą teatralną. Natomiast sale konferencyjne i inne będą łatwiej funkcjonowały i łatwiej będzie je zapełnić. Ta koncepcja musi służyć naszym rodakom tutaj, a także współpracy polsko-ukraińskiej. Dobrze, że także perspektywa europejska będzie uwzględniona i to jest istotne. Warto byłoby ściągnąć do tej rady kogoś np. z Czech, Austrii. Jeśli ten Dom Polski ma być otwarty w 2020 roku, to w tym roku powinna być gotowa koncepcja obudowana personalnie. Chociaż ja mam obawy, że ten obiekt zostanie otwarty znacznie później.

A.G.: Od wielu lat Polacy ze Lwowa walczą o przekazanie kościoła św. Marii Magdaleny wiernym. Czy ten temat jest Panu znany?
Władze polskie rozmawiają na ten temat i interweniują, ale wiem o tym, że zgody miejscowych władz ukraińskich nie ma. Zresztą podobnie jest w Kijowie, gdzie sala koncertowa jest w kościele. Nie od razu Kraków zbudowano. Władze powinny zapewnić przeniesienie sali koncertowej w inne miejsce. Ale w tym przypadku sprawa trwa zbyt długo. Tak to jest, że sprawy niezałatwione od ręki potem przedłużają się i przedłużają, szczególnie na Ukrainie.

M.R.: Mamy takie przypadki również w wielu innych miejscach. Potem dla decydentów już nie jest ważna sama sprawa, a bardziej kto komu ustąpił i dlaczego. Względy merytoryczne nie są już tak ważne.
Tak. Najlepiej rozmawia się na Ukrainie Centralnej, gorzej w Kijowie, a we Lwowie bardzo trudno. Wolny rynek spowodował, że wszystkie miejsca czy to we Lwowie, czy w Kijowie stały się teraz znacznie droższe niż na początku lat 90. Teraz znalezienie nowego miejsca na salę koncertową jest znacznie trudniejsze. Rozmawiamy na ten temat, będziemy naciskali. Myślę, że krok po kroku. Pamiętajmy, jakie były problemy w Domem Polskim – z miejscem, nawet działką. Długo to trwało, a w końcu się udało. Pamiętam kwestię remontu Cmentarza Orląt. Trwało to 15 lat. Na różnym poziomie – prezydenckim, parlamentarnym – każde spotkanie ze stroną ukraińską zaczynało się od tego tematu. W końcu była zgoda na odnowienie tego cmentarza. Wiem o tym, że drobne problemy, które są dla Polaków istotne, pozostały. Dla przykładu lwy, które są zasłonięte, ale w pewnym momencie zostaną odsłonięte i ten problem zniknie, one nie stoją poza cmentarzem. Krok po kroku. Przeszkadzają nam w tym siły skrajne zarówno w Polsce, jak i te, które się ujawniają tutaj, na Ukrainie. Problem polega nie na tym, że te siły skrajne są, bo zawsze były, ale one wyszły na ulice i są bardzo widoczne. Natomiast ludzie rozsądni zarówno w Polsce, jak na Ukrainie nie konfrontują się z tymi siłami.

A.G.: Panie marszałku, jak Pan postrzega działalność Polaków na Ukrainie?
Na Ukrainie – co jest zaskakujące dla wielu osób w Polsce – najwięcej Polaków jest w centralnej Ukrainie. Na Żytomierszczyźnie w dużej mierze oni stracili język polski, ale świadomość polską mają i określają się jako Polacy i to jest istotne. We Lwowie jest znacznie mniej Polaków, a nie każdy o tym wie. Wspieramy Polaków mieszkających na Ukrainie i dlatego też podjęto tę olbrzymią inwestycję – Dom Polski. Wspieramy programy kulturalne. Chcemy, żeby Polacy byli pomostem współpracy i przyjaźni polsko-ukraińskiej. Zdaję sobie sprawę z tego, że nasi rodacy są tutaj mniejszością. Znacznie więcej zależy od władz Ukrainy i miasta w sprawach tego, jak się Polacy tutaj czują: czy mają możliwość swobodnego uprawiania swojej kultury, czy nauki języka polskiego. Wspieramy i będziemy wspierać Polaków z Ukrainy i to należy do obowiązków państwa polskiego. Polska jest dzisiaj państwem znacznie bogatszym niż Ukraina. To niesie też pewne problemy, mam na uwadze problem migracyjny. Lwów jest bardzo blisko granicy polskiej.

A.G. Co trzeba zrobić, żeby młodzież polska pozostawała na miejscu, na Ukrainie?
Wspierać kształcenie tej młodzieży tutaj, na miejscu i w Polsce. To daje możliwość wybijania się i możliwość otrzymania pracy. Wykształceni ludzie lepiej zarabiają, a jak lepiej zarabiają – to nie myślą o emigracji. Znaczna część młodych ludzi, którzy studiują w Polsce, potem zostają u nas. I to jest ten problem. Młody chłopak czy dziewczyna kończy studia, znajduje partnera i zostaje. To pozbawia nasze mniejszości najbardziej aktywnych i wykształconych ludzi. Dla pocieszenia powiem, że 1.5 mln Polaków też wyjechało, a na to miejsce przyjechało tyle samo Ukraińców. Ukraińcy są bardzo dobrze oceniani jako osoby uczciwe i pracowite. W ubiegłym roku przekazali na Ukrainę za swoją ciężką pracę 15 miliardów złotych. I to jest normalne, gdzie jest wyższa pensja, lepsza płaca tam ludzie dążą.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmowę prowadzili: Anna Gordijewska, Mirosław Rowicki i Eugeniusz Sało
Tekst ukazał się w nr 12 (304) 30 czerwca – 16 lipca 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.