Sentyment można jednak wiązać z biznesem

-a A+

Siedzibę Stowarzyszenia Polskich Przedsiębiorców Ziemi Lwowskiej odwiedził konsul honorowy Republiki Kirgistanu w Polsce Janusz Krzywoszyński z małżonką Ewą.

Ta wizyta, nie pierwsza zresztą, była związana z działalnością zawodową, ale również była to podróż sentymentalna. O tym wszystkim w krótkim wywiadzie dla Czytelników Kuriera Galicyjskiego opowiedzieli państwo Krzywoszyńscy.

Jaki jest cel Pana przyjazdu do Lwowa?
Jesteśmy zainteresowani współpracą z lwowskimi firmami, a szczególnie z firmami prowadzonymi przez Polaków. Przyjechałem tutaj, żeby zobaczyć, jakie są możliwości współpracy zarówno z firmami polskimi, jak i z firmami w innych krajach Unii Europejskiej. Naturalnie rozmawiamy tu o współpracy dwustronnej.

Czy jest to Pana pierwsza wizyta na Ukrainie, taki rekonesans?
Mój przyjazd do Lwowa jest takim rozeznaniem sytuacji gospodarczej w tym regionie. Prawdopodobnie za miesiąc będzie kolejna, już bardziej konkretna, wizyta. Na razie poznajemy ludzi, możliwości współpracy. Jesteśmy otwarci na kontakty, ale musimy poznać konkretnych ludzi i konkretne firmy, które już mają renomę na rynku ukraińskim, mają historię, mają doświadczenie. Z takimi właśnie partnerami chcemy nawiązać współpracę.

Jakiego zakresu działalnością jest Pan zainteresowany?
Działam głównie w branży budownictwa i reprezentuję zarówno polskie jak i włoskie firmy działające w tzw. „wnętrzówce” – wszystko to, co potrzebne jest do wykończenia budynków, domów, mieszkań: oświetlenie, hydraulika, okna, drzwi i inne tego rodzaju rzeczy firm bardzo solidnych, których produkcja znana jest w całej Europie. Jednak przypatruję się i innym sferom gospodarczym i nie jest wykluczone, że np. z firmami spożywczymi też nawiążemy kontakty.

Podczas swojej prywatnej wizyty do Lwowa w zeszłym roku zwróciłem uwagę, że wiele się u was buduje, i powstał pomysł połączenia sił i zrobienia czegoś pozytywnego.

Czy planuje Pan jedynie dostarczanie elementów do wykańczania wnętrz na Ukrainę, czy również jakieś inwestycje budowlane?
Przede wszystkim chciałbym poznać jakiegoś dynamicznego partnera ukraińskiego, a później określimy jak ta współpraca będzie się rozwijała. Jak mówiłem – krok po kroku. Najlepszym sposobem, żeby się poznać, jest wspólna działalność.

Dlaczego zaczął Pan od Lwowa?
Bo oboje z żoną mamy korzenie lwowskie. Moja rodzina pochodzi ze Lwowa. Przed wojną mieszkaliśmy przy ulicy Piekarskiej, Pijarów, Łyczakowskiej – czyli w centrum miasta. Ze strony mojej babci na Cmentarzu Orląt spoczywa czterech członków naszej rodziny: trzech braci i żona jednego z nich, która była pielęgniarką. Walczyli oni o Lwów i zapłacili najwyższą cenę – oddali swoje życie. Mamy oboje z żoną olbrzymi sentyment do Lwowa i dla nas jest to miasto, które nosimy w sercu…

…i stąd Pański przyjazd do Lwowa?
Może zabrzmi to trochę nieprofesjonalnie, wiem, że nie można wiązać biznesu z sentymentem, ale prawda jest taka, że do tego miasta nas ciągnie.

Czy odwiedził już Pan te dawne miejsca zamieszkania rodziny?
Tak. Byłem tam i oglądałem te domy. A mówiąc nawiasem, mój ojciec był pierwszym właścicielem taksówek we Lwowie. Miał przed wojną dwie taksówki. Już po „wyzwoleniu” został aresztowany i zesłany na 5 lat lagrów na Syberii. Aresztowano go za działalność konspiracyjną – za przerzucanie ludzi na Zachód przez granicę.

Ewa Krzywoszyńska: A moja mama urodziła się we Lwowie. Mieszkała na Lewandówce do 14 r. życia, a potem z rodziną wyjechali na Śląsk. Bardzo kochamy to miasto, skrzętnie gromadzimy wszelkie publikacje o Lwowie. Około 80% naszej biblioteki zajmują właśnie książki dotyczące spraw lwowskich.

Czy opuszczając Lwów, pańskim rodzinom udało się wywieźć jakieś rodzinne pamiątki?
Bardzo niewiele udało się wówczas wywieźć. Taką świętą rzeczą w naszej rodzinie jest książeczka do nabożeństwa z 1887 r., jeszcze mojej babci. Książeczka była kiedyś ładnie oprawiona, ale widoczne są na niej ślady gaszenia papierosów. Gdy sowieci przyszli aresztować mego ojca i przeszukiwali mieszkanie, to ze złości o tę książeczkę gasili papierosy. Jest to największa rodzinna relikwia. Przekażę ją mojemu synowi jako tę znacząca część historii naszej rodziny.

Czy w rodzinnych domach państwa rozmawiano o Lwowie, czy był to temat tabu?
EK: Do pewnego czasu był to temat tabu, nie rozmawiano o tym, szczególnie przy dzieciach.

JK: Tabu w takim stopniu, że nie politykowało się na ten temat, ale z ogromną nostalgią o Lwowie się mówiło. Ciągle powtarzano, że wrócimy kiedyś do Lwowa. Ojciec nigdy w Polsce nie chciał robić dużych inwestycji, i zawsze wyciągnął ten argument, że „my przecież do Lwowa wrócimy”.

Teraz Pan do Lwowa wrócił, żeby inwestować…
Teraz wróciłem do Lwowa, żeby nawiązywać współpracę z firmami ukraińskimi, czy z jeszcze większą przyjemnością, z firmami prowadzonymi przez Polaków i wspólnie robić interesy na tym terenie.

Jak to stało się, że został Pan konsulem honorowym Kirgistanu?
Po prostu spotkałem kiedyś ludzi i zaufaliśmy sobie nawzajem w sprawach biznesowych, a potem okazało się, że mogę ich reprezentować w dziedzinie kultury, biznesu. Stąd ta moja funkcja.

Dziękuję bardzo Państwu za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 19 (287) 17-30 października 2017

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.