Legendy starego Stanisławowa. Część XIII

-a A+

Legendy starego Stanisławowa. Część XIII

Niemoralny piec
Jednym z najstarszych hoteli naszego miasta był hotel „Europejski”, stojący u zbiegu dzisiejszych ulic Halickiej i Setnika Martyńca. W hotelu była olbrzymia sala, gdzie odbywały się najróżniejsze uroczystości, zebrania, bale maskowe, a nawet przedstawienia teatralne wędrownych trup teatralnych, bowiem teatru w Stanisławowie jeszcze wtedy nie było.

W połowie XIX wieku właścicielem hotelu był zamożny Żyd Abraham Halpern. Regularnie udostępniał salę wędrownym artystom, a czasami nawet osobiście organizował różne imprezy rozrywkowe. Krajoznawca Ołena Buczyk odnalazła zabawną historię, która miała miejsce w „Europejskim” w dalekim 1868 roku.

W sali hotelowej odbywał się bal maskowy, który rozpoczął się o godzinie 9 wieczór. Uwagę gości przykuwał nieznajomy w przebraniu holenderskiego pieca, które całkowicie skrywało jego postać, a ponad wszystkim sterczała jedynie głowa w masce.

Niebawem koło tej osoby zebrała się spora grupka gości, z ożywieniem komentująca jego strój. Jedna z kokietek zainteresowała się, czy w tym „piecu” pali się prawdziwy ogień. Nieznajomy zaproponował panience otworzyć drzwiczki i przekonać się samej. Gdy dziewczyna otworzyła drzwiczki to zobaczyła… całe jego męskie „walory”, bo pod strojem nie miał żadnego odzienia.

Wszczął się rejwach i zabrzmiały krzyki oburzenia, ale amator-ekshibicjonista nie czekał na przyjście policji i znikł chyłkiem z balu.

Wypadek ten na długo zapamiętali mieszkańcy Stanisławowa i gdy w eleganckim towarzystwie ktoś chciał dosadnie pożartować, to mówiono mu: „Zamknij swój niemoralny piec”.

Zasady przeciwpożarowe
Proszę powiedzieć, co będą Państwo robili, gdy zauważą, że pali się mieszkanie lub dom sąsiada? Co najmniej zadzwonicie pod numer 101, albo chwycicie wiadro lub gaśnicę i rzucicie się na pomoc. Zupełnie inaczej podstąpiłby XIX-wieczny mieszkaniec Stanisławowa.

W mieście istniał taki zwyczaj:

– Gdy w pobliżu wybuchł pożar – pisał historyk Sadok Barącz, – gospodarz z rodziną czytał na głos urywek z Ewangelii św. Jana „Na początku było słowo” i czytał aż do 14 wersetu, potem wszyscy klękali i wznosząc ręce do góry mówili: „A słowo stało się ciałem. Amen”. Następnie wynoszono przed próg chleb i sól, symbolizujące, że nawet wrogów należy podejmować gościnnie.

Nie dziw, że z takim filozoficznym podejściem mieszkańców miasta Stanisławów spłonął doszczętnie w 1868 roku.

Tak Stanisławów wyglądał po pożarze w 1868 roku (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego)

Wojny mięsne
Zachowały się niezwykle interesujące wspomnienia stanisławowskiego burmistrza Ignacego Kamińskiego. Duża część wspomnień poświęcona jest wydarzeniom politycznym, ale jeden z rozdziałów dotyczy życia gospodarczego miasta.

W 1869 roku w Stanisławowie monopol na handel mięsem trzymali Żydzi. Wszystkie kramy i sklepiki mięsne prowadzili kupcy żydowscy, którzy regularnie i bezpodstawnie podnosili ceny wyrobów. Oprócz tego, w sklepikach panował brud i brak warunków sanitarnych, rzeźnicy pracowali w brudnych fartuchach, a do katolickich klientów odnosili się gburowato i stale ich oszukiwali.

Przeciwko takim stosunkom zdecydowanie zaprotestował Kamiński, który wówczas był wiceburmistrzem. Wspólnie z właścicielem browaru Franciszkiem Sedlmayerem i kilkoma mieszczanami zebrali trzy tysiące złotych reńskich i postanowili przełamać żydowski monopol. W tym celu spółka wynajęła lokal na parterze straży pożarnej i umieściła tu sklep mięsny. Udekorowano sklep kwiatami. Ze Lwowa zaproszono doświadczonego rzeźnika, Czecha.

– W sklepie panowała wzorowa czystość i porządek – wspomina Kamiński. – Na ladach i półkach umieszczono kawałki fachowo podzielonego mięsa, a rzeźnik i jego ekspedienci ubrani byli w czystą i elegancką odzież.

Ceny w sklepie ustalono na poziomie znacznie niższym niż w kramach żydowskich i natychmiast główną klientelą sklepu stali się wszyscy chrześcijanie Stanisławowa.

Katolicki sklep mięsny mieścił się na parterze straży pożarnej – na zdjęciu jest on po prawej (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego)

Jednak ortodoksi tak lekko nie dali się pokonać. Szybko na nowy sklep zaczęły narzekać gospodynie – służące zaczęły przynosić stamtąd zepsute mięso. Kamiński z przyjaciółmi przeprowadzili śledztwo. Okazało się, że Żydzi przekupywali służące i zamieniali im świeży towar na zepsuty. Ledwo wykryto ten podstęp, a już Żydzi wymyślili następny. Zaczęli metodycznie spijać rzeźnika. A gdy ten spił się do nieprzytomności – wyłudzali od niego sklepowy utarg.

Wkrótce uzależniony od alkoholu Czech przepuścił wszystkie pieniądze spółki i sklep zbankrutował. Już nikt więcej nie przeszkadzał Żydom prowadzić ten ich, nie zawsze „czysty”, interes.

Szachrajstwa przy wymianie
W burzliwych latach 90. XX wieku nastąpił niebywały wzrost przestępczości. Wówczas pojawiły się nowe określenia i nawet cały slang. Wówczas w użyciu było określenie „rzucić na kasę” (naciągnąć, okantować – red.). Robiono to na wiele sposobów. Najbardziej rozpowszechnione były machinacje przy wymianie waluty.

Uliczni „wymieniacze” sprytnie ukrywali jeden czy kilka banknotów i klient odchodził oszukany, nawet się tego nie spodziewając. Okazuje się, że była to rzecz nie nowa i takie wypadki zdarzały się w starym Stanisławowie. Przy czym na „babki” (forsę – red.) oszukiwały właśnie babki.

Były gimnazjalista Jan Wierzbowski pozostawił interesujące wspomnienia z lat 1870. Wówczas czarny rynek waluty mieścił się naprzeciwko kamienicy Gartenbergów. Siedziały tam stare żydówki i wymieniały pieniądze. Jak pisze Wierzbowski: „Te Pesie i Cipy tak doskonale władały swym procederem, że zamiast jednego centa, jako swoją należność, zawsze przy wymianie reńskiego złotego brakowało od pięciu do dziesięciu centów. Miały taką sprawność w rękach, że student dziesięć razy przeliczał guldena i zawsze brakowało mu kilku centów”.

Pracownicy kawiarni zapewniają, że są to oryginalne łyżeczki księżniczki Gryzeldy (ze zbiorów autora)

Łyżeczki księżniczki Gryzeldy
W wielu miastach Europy szanujące się zakłady miały zawsze swoje legendy. Stopniowo ta moda doszła do Stanisławowa. Dziś swoją legendę prezentuje kawiarnia „Złoty dukat”.

W 1873 roku córka cesarza austriackiego księżniczka Gryzelda założyła w Stanisławowie fundację dobroczynną dla ubogich dziewcząt. Według statutu raz do roku pośród ubogich dziewcząt odbywała się loteria o posag. A było tego niemało – całych 200 koron. Do tej gotówki dodawano serwis kawowy, bowiem Niemcy byli przekonani, że największymi wartościami w życiu rodzinnym są „Kinder, Küche und Kirche”, czyli dzieci, kuchnia i kościół. Dziwne, ale małżeństwa, które zawiązywano z błogosławieństwa księżniczki były trwałe, szczęśliwe i z zasady wielodzietne.

Podczas prac restauracyjnych w starej piwnicy przy ul. Baczyńskiego 2 znaleziono dwie srebrne łyżeczki z takiego cesarskiego serwisu. Teraz chętnie są demonstrowane w kawiarni „Złoty dukat”. Legenda twierdzi, że jeżeli młoda para poczęstuje się nawzajem z tych łyżeczek, to ich serca wypełnią się miłością. Jeżeli nie od razu – to z czasem na pewno.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 23-24 (315-316) 18 grudnia 2018 – 17 stycznia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.