Legendy starego Stanisławowa. Część 6

-a A+

Legend ciąg dalszy

Wesoły pogrzeb
W 1751 roku zmarł właściciel Stanisławowa wielki hetman koronny Józef Potocki. Syn i dziedzic zmarłego – Stanisław – zaprosił na stypę olbrzymią liczbę szlachty. Samych księży było 1275 osób. Pośród gości był również daleki krewny zmarłego – 39-letni właściciel Buczacza starosta kaniowski Mikołaj Potocki. „Nawspominawszy” się hetmana, a mając już dobrze „w czubie”, zaczął strzelać do gołębi. Jednak zamiast do „ptaka pokoju” ten snajper nietrzeźwym okiem trafił w przechodzącego obok Żyda. Trafił go niestety na śmierć. Wydarzenie wywołało w mieście rezonans, zwłaszcza w gminie żydowskiej.

Nowy dziedzic podszedł do pana starosty i wyłożył mu swoje oburzenie z powodu tego zdarzenia. Jednak Mikołaj nie stracił animuszu, a nawet obraził się na Józefa: – Co, szkoda ci jakiegoś Żyda? Przyślę ci ich cały wóz – wykrzyknął nie do końca trzeźwy magnat, wskoczył na koń i opuścił miasto.

Po kilku dniach przez bramę tyśmienicką wjechał do Stanisławowa wóz z dalekiego Buczacza. Z wozu przed pałacem Potockich wysiadła gromadka 12 Żydów. Była to swego rodzaju rekompensata moralna starosty kaniowskiego. Z czasem jeden z tych „przesiedleńców”, niejaki Szmaj, wzbogacił się na tyle, że wybudował w centrum Stanisławowa okazałą kamienicę.

Salwa honorowa czy ostrzał artyleryjski
Na tym samym pogrzebie 120 armat bez przerwy strzelało na cześć zmarłego hetmana. Najbliżej bastionów leżał kościół jezuitów, którego mury wprost drżały podczas salw. Gdy wreszcie dymy wystrzałów się rozwiały, zdziwieni mieszkańcy zobaczyli, że kościół cały jest spękany i grozi zawaleniem.

Mimo iż tłumaczono potem, że spękania powstały z powodu płytkich fundamentów i błędów przy budowie, to jednak nowy właściciel miasta musiał świątynię wybudować od nowa. Istnieje nawet wersja, że Stanisław Potocki osobiście ułożył plany tej świątyni.

Przyjaźń po grób
W latach 50. XVIII wieku w stanisławowskim kolegium jezuitów studiował młody Franciszek Karpiński – późniejszy znany poeta polski. Najserdeczniejsze stosunki łączyły go z kolegą, niejakim Sosnowskim. Zaprzysięgli sobie wieczystą przyjaźń, czyli jak to mówią – po grób. Zgodnie z przysięgą ten, który umrze pierwszy, powinien opowiedzieć przyjacielowi, jak jest na tamtym świecie. Przysięgę spisali na kartce i ukryli za ołtarzem w kościele.

Nie minęło pół roku, jak Sosnowski nagle umiera. Pochowano go w kolegiacie, obok krypty rodowej Potockich. Okna pokoju, w którym mieszkał Karpiński, wychodziły akurat na zakratowane okienka podziemi kolegiaty i chłopak ze strachem oczekiwał odwiedzin swego przyjaciela z nowinami „z tamtego świata”. Ten koszmar trwał dopóty, dopóki Karpiński nie wyspowiadał się swoim profesorom z młodzieńczego występku. Od tej chwili przestał się bać. Mało tego – zaczął celowo spacerować przed okienkami krypty.

Niestety, Sosnowski go nie odwiedził i nic mu nie opowiedział.

Duch ratusza
W Anglii jest mnóstwo zamków. Najbardziej popularne wśród turystów są te z duchami. Na przykład w londyńskim Tower mieszka duch dzwoniący kajdanami, strasząc w ten sposób zwiedzających.

W Stanisławowie mamy też własnego ducha, jednak na odmianę od swego londyńskiego kolegi niezwykle uzdolnionego muzycznie. Jest to duch ratusza.

Niegdyś w podziemiach tej instytucji mieściło się więzienie, gdzie katowano i torturami wydobywano ze skazańców przyznanie się do winy. Na Rynku przed ratuszem od czasu do czasu wykonywano wyroki śmierci. Tak w 1754 roku ścięto tu watażkę tzw. opryszków Wasyla Bajuraka. Od tej chwili ratuszowi fatalnie nie dopisuje szczęście. Niebawem Austriacy wypędzili stąd magistrat, potem wicher zerwał ze szpili figurę św. Michała Archanioła. W końcu ratusz spłonął w „marmoladowym pożarze”, ostrzeliwali go Austriacy i chcieli wysadzić w powietrze hitlerowcy.

Na domiar wszystkiego w ratuszu zamieszkał duch. Już niejeden ochroniarz muzeum, które tu obecnie się mieści, rezygnował z pracy, bo ktoś po nocach chodzi po salach. Gdybyż to spokojnie chodził – to byłoby pół biedy. Ale ten „ktoś” gra na starym fortepianie i nie daje ochroniarzom w nocy spać!

Pewnego razu zjawa ta pokazała się w pełnej krasie. W 1999 roku kopułę wieży ratuszowej pokrywano złotem. Oto na wysokości 47 metrów pracownicy zauważyli figurę hucuła, która zmaterializowała się z powietrza. Był to klasyczny hucuł, w stroju ludowym, trzymający w ręku… nie, nie ciupagę, lecz – własną głowę. Spojrzał na kopułę, westchnął ciężko i znikł. Czyżby to był Bajurak? Ciekawe, kto nauczył go grać na fortepianie?

Powiadają, że duch ratusza upodobał sobie granie na tym fortepianie z kolekcji muzealnej (archiwum autora)

Kradzież aparatu
W serii „Moje miasto” pod nr 41 ukazała się interesująca książka Marii Wujanko „Dawne ukraińskie świątynie Iwano-Frankiwska XVII-XVIII wieków”. Autorka wyszukała oryginalne „wizytacje”, czyli spisy inwentaryzacyjne tutejszych cerkwi. W dokumencie z roku 1755 wspomniano o kradzieży, która z czasem stała się najbardziej znanym przestępstwem Stanisławowa.

W XVIII wieku na tyśmienickim przedmieściu Stanisławowa (okolice dzisiejszej szkoły muzycznej przy ul. Konowalca) stała niewielka drewniana cerkiewka Wniebowzięcia NMP, którą wierni nazywali cerkwią św. Barbary.

Opisując wyposażenie liturgiczne wizytator zaznaczył, że „sławny mieszczanin Aleksander Wiszniowski podarował cerkwi aparat”. Proszę się nie uśmiechać – nie miał on nic wspólnego z pędzeniem bimbru. Tak w dawnych czasach nazywano komplet szat liturgicznych kapłana. Jednak w 1754 roku aparat z cerkwi został wykradziony. Stróże prawa w dawnym Stanisławowie działali sprawnie i już wkrótce odnaleziono sprawcę przestępstwa. Zwrócił on panu Aleksandrowi fragmenty aparatu i wypłacił karę w sumie 5 bitych talarów.

Wydawać by się mogło, że historia zakończy się happy endem, a jednak…

„Sławny mieszczanin” nie zwrócił tych pieniędzy cerkwi, jak też odzyskanych fragmentów szat. Zatrzymał je sobie. Może obudziła się w nim chciwość, a może znalazł lepszy sposób na wykorzystanie gotówki. Wizytator nawet zaleca proboszczowi cerkwi, aby ten wpłynął na pana Wiszniowskiego, by ten talary „na nowy aparat lub na inne potrzeby cerkwi dał”.

Czy ofiarodawca wykonał zalecenia wizytatora – nie wiadomo.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 9 (301) 15-28 maja 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.