Legendy starego Stanisławowa. Część 2

-a A+

A oto ciąg dalszy legend związanych ze Stanisławowem.

Dupa (czyli tajemna broń)
Oryginalną wersję obrony stanisławowskiej fortecy przytoczył pisarz Wasyl Babij w swoim opowiadaniu „Obrona, obrona”. W 1676 roku stutysięczne wojsko pod dowództwem Ibrahima Paszy, o przezwisku Szajtan, oblegało Stanisławów. Mieszkańcy miasta i jego garnizon zaciekle bronili się przed najeźdźcami, ale sytuacja z każdym dniem stawała się coraz gorsza. Wojska koronne były daleko, rezerw nie było, a zapasy prochu i prowiant były na wyczerpaniu. Zdesperowani mieszkańcy odważyli się na niecodzienny chwyt.

W Stanisławowie mieszkała w tym czasie szynkarka Oksena, która miała olbrzymią-przeolbrzymią, nie do objęcia i niewyobrażalną, za przeproszeniem… dupę. Poproszono ją by rankiem przeszła się po bastionie i zademonstrowała wrogowi swój skarb.

Gdy po porannej modlitwie Turcy ruszyli do szturmu, zobaczyli na murach fortecy to, czego nigdy nie widzieli. W szeregach atakujących powstało zamieszanie, które z czasem przerodziło się w panikę i chaotyczną ucieczkę.

Ależ to bajka, powie Czytelnik, to niemożliwe! Coś podobnego miało miejsce w 1382 roku podczas oblężenia Moskwy. Wprawdzie hordy tatarsko-mongolskie nie pojęły wówczas dowcipu takiej demonstracji, Moskwę zdobyły i spaliły.

Pierwszy murowany i dwupiętrowy budynek
Czy nie zastanawiali się Państwo nad tym, który budynek jest w Stanisławowie najstarszy? Odpowiedź „bastion” odpada od razu, bowiem nie jest to dom mieszkalny, lecz budowla obronna. Otwierając Googla i wklepując hasło „najstarszy budynek w Stanisławowie” otrzymamy adres: ul. Halicka 14. I faktycznie, stoi tam stara dwupiętrowa kamienica, pochodząca z 1737 roku, w której mieścił się przytułek dla ubogich i kalek. Ale, cokolwiek tam pisze, palma pierwszeństwa nie do tego należy domu.

Tak naprawdę, najstarszy murowany budynek w mieście wstyd jest pokazywać turystom. Jest to pałac Potockich, który ucierpiał wiele w swej historii. Początkowo założyciele Stanisławowa mieli swoją rezydencję – naturalnie drewnianą – w miejscu, gdzie dziś stoi dawny kościół jezuitów.

W 1670 roku Jędrzej Potocki nakazuje rozpocząć wielką budowę na północno-wschodnim krańcu miasta. Tam powstaje murowany zamek, broniony przez dwa bastiony. Jak twierdzą polscy historycy, prace ukończono w 1682 roku i tę datę należy uważać za początek murowanego budownictwa w Stanisławowie. Prawdopodobnie autorem projektu był mistrz fortyfikacji François Corassini z Avignonu.

Jednak teren pałacu Potockich jest dość rozległy i stoi tu kilka budowli. Która jest najstarsza? Otóż, jest to stary pałac, położony w głębi po lewej stronie, patrząc od głównej bramy. Jest to potężna dwupiętrowa budowla, prawie pozbawiona architektonicznych dekoracji, jedynie podparta przyporą. Nie ma tu żadnych skojarzeń z bogato zdobionymi pałacami europejskimi. Ale jest ku temu kilka przyczyn. Po pierwsze – ta budowla jest jedynie pozostałością po zamku, właściwie tylko lewym skrzydłem, ponieważ całej budowli Potoccy nigdy nie ukończyli. Po drugie – na początku XIX wieku rezydencja przechodzi na własność państwa i Austriacy urządzają tu szpital wojskowy, przebudowując przy tym pałac.

Tak wygląda pałac Potockich dziś (z archiwum autora)

W kolejnych latach budynek wielokrotnie był przebudowywany i zmieniano jego przeznaczenie, aż w 2004 roku cały obiekt trafił do rąk oligarchy Olega Bachmatiuka, który doprowadził do jego całkowitej rujnacji. Pod koniec roku 2017 pałac został przywrócony na własność miastu i można spodziewać się, że rezydencja magnacka zostanie reanimowana i się odrodzi.

Święty Wincenty
W dawnych czasach każde szanujące się miasto posiadało niebieskiego patrona lub orędownika. Dla Kijowa był to Archanioł Michał, dla Wenecji – św. Marek. Stanisławów nie był gorszy i też posiadał swego patrona. Przez długie lata był nim św. Wincenty. Jego relikwie podarował w 1678 roku młodemu Stanisławowi Potockiemu papież. Wracając do domu, dzięki wstawiennictwu świętego, młodzieniec doznał wielu łask. Koło Brukseli okręt, którym podróżował, wyleciał w powietrze, wielu pasażerów zginęło, Potocki zaś został wyrzucony na brzeg bez draśnięcia (z relikwiami oczywiście).

Bitwa pod Wiedniem (z archiwum autora)

W Stanisławowie św. Wincentego natychmiast ogłoszono patronem miasta, przygotowano kosztowny relikwiarz i umieszczono go uroczyście w kościele farnym. Ale najważniejsze miało dopiero nastąpić. W 1683 roku Stanisław Potocki bierze udział w bitwie pod Wiedniem. Podczas ataku kawalerii zostaje otoczony przez Turków i ścięty. Jego głowę zaniesiono do namiotu wielkiego wezyra. Po zwycięstwie wojsk sprzymierzonych wierni słudzy odnaleźli ciało swego pana, ale bez głowy. Jak go wieźć w takim stanie do domu? Ktoś podpowiedział, że stosy uciętych głów są w namiocie wezyra. Na próżno słudzy starali się odnaleźć głowę swego pana w tym stosie: twarze były umazane krwią, z grymasem śmierci. Stary sługa wiedział, co go czeka, jeżeli wróci do Stanisławowa z takim ciałem. W odruchu rozpaczy pomodlił się do św. Wincentego i w tym momencie promień słońca wpadł do namiotu i oświetlił jedną z głów. W niej sługa rozpoznał swego pana.

Niebawem ciało Stanisława Potockiego spoczęło w kryptach kościoła, a sława patrona rozeszła się daleko po okolicy.

Pierwszy kantor
Dziś nikogo nie dziwią kantory, przy których co dnia wywiesza się nowy kurs walut. Ale mało kto wie, że pierwszy kantor w Stanisławowie pojawił się przed ponad 300 laty.

Stary ratusz od 1695 roku zdobiła olbrzymia blaszana figura Żyda, który w ręku trzymał wielki bochenek chleba z napisem: „1 grosz”. Taką właśnie cenę ustalił właściciel miasta i miejscowym kupcom zabronione było tę cenę zmieniać. Ale inflacja istniała od zawsze, ceny rosły i stąd pojawiła się historyczna anegdota: każdego dnia rano urzędnik magistratu wypisywał kredą na tablicy obok figury Żyda np.: „Dziś 1 grosz = 2,5 groszom”. Według tego kursu układano wszystkie ceny i podpisywano kontrakty handlowe.

Dyniowa miłość
Kiedyś w Stanisławowie smażono pyszną marmoladę, czyli powidła owocowe. Nawet największy pożar w mieście wszedł do historii jako „marmoladowy”, ponieważ spowodowała go nieostrożność obchodzenia się z ogniem przy przygotowaniu tego smakołyku. Obecnie tradycja smażenia konfitur powoli się odradza. Np. w sklepach firmowych „Delikates” można spotkać powidła z… dyni. Proszę zwrócić uwagę: nie z jagód czy owoców, ale z dyni. Cukiernicy stanisławowscy twierdzą, że ten smakołyk związany jest z kolejną legendą.

Pod koniec XVII wieku mieszkali w Stanisławowie chłopak Iwan i czarująca dziewczyna Agnieszka. Sierota Iwan był pomocnikiem piekarza i był romantykiem i marzycielem.

Agnieszka pochodziła z zamożnego rodu i o jej piękności chodziły legendy. Portretowali ją najlepsi malarze, poeci wyśpiewywali jej piękno, a wielu mężczyzn marzyło o ożenku z nią. Ojciec pięknotki słynął jako osoba ostra i pełna pychy. Zapowiedział, że wyda córkę jedynie za szlachcica, ale nie za byle jakiego, lecz co najmniej za magnata. Agnieszka jednak pokochała prostego pomocnika piekarza, który nie miał nawet grosza za duszą.

Gdy chłopak przyszedł oświadczyć się wybrance, pyszny ojciec nie wpuścił go nawet na próg, a według starej tradycji nakazał dać mu dynię – symbol tego, że wesela nigdy nie będzie. Agnieszce zakazano spotkań z chłopakiem i od tej chwili można jej było wychodzić z domu jedynie w asyście służącej.

W rękach umiejętnego kucharza zwykła dynia staje się delikatesem (z archiwum autora)

Chłopiec jednak nie poddawał się i swoją miłość przekształcił w słodki deser, przygotowując z otrzymanej dyni wspaniałą konfiturę. Czegoś tak delikatnego nikt dotąd nie próbował i sława o tym smakołyku szybko rozeszła się po mieście. W kilka dni później w Stanisławowie odbywał się jarmark, na który zjechała się cała okoliczna szlachta. Ojciec Agnieszki postanowił urządzić przyjęcie dla przyjaciół i zadziwić ich czymś oryginalnym. Podczas obiadu podano smakowity deser, który kolorem przypominał bursztyn i dosłownie rozpuszczał się w ustach.

- Co to za dziwy? – pytali goście jeden drugiego. – Na pewno z jakiegoś zamorskiego owocu przygotowany.

Nikt nie mógł uwierzyć, że podstawą tej konfitury była zwykła dynia. Podchmielony ojciec wypalił, że za kucharza, który przygotował te pyszności, oddałby nawet córkę. Agnieszka wstrzymała oddech i spytała ojca czy mówi poważnie? Ten odpowiedział, że słowo szlachcica jest prawem. Gdy dowiedział się, że deser przygotował Iwan, zazgrzytał zębami, ale słowo się rzekło…

Z czasem wyprawiono wesele. Iwan został osobistym kucharzem Józefa Potockiego, a Agnieszka urodziła trójkę dzieci. Jej ojciec jednak do końca życia nie wziął do ust nic słodkiego.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 2 (294) 30 stycznia – 12 lutego 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.