Pobudka dla demonów

-a A+

Lew zwinął się w kłębek, oparł zmęczony pysk o przednią łapę. Odsunął na bok tarczę niepewien, czy ma jeszcze czego bronić i czego dziś staje się symbolem. Był coraz bardziej zmęczony.

Odkąd pamiętał wespół z bratem strzegł mogił tych, co oddali życie walcząc w imię sprawy, w którą wierzyli. Nie, nie pochwalał bratobójczych walk, przelewania krwi mieszkańców sąsiednich domów, ale mógł zrozumieć, że czasem cele przesłaniały ludziom miłość bliźniego. Gdy pierwszy raz wdrapał się na cokół był pewien, że będzie czuwał nie tylko nad spoczywającymi u jego łap, ale i ich ofiarami. Był wówczas przekonany, że będzie to jego wieczna misja, lecz gdy przetoczyła się wielka wojna, ucichły silniki wrogich samolotów, a na ulicach Lwowa ucichły języki, które znał, po raz pierwszy zaniepokoił się o swój własny los. Już w latach czterdziestych XX wieku patrzył, jak kruszeją schody prowadzące do Pomnika Chwały.

O tym, co działo się później z nekropolią i on, i jego brat dowiadywali się od Wiatru, opowiadającego o tym, jak na Cmentarzu Obrońców Lwowa zacierane są polskie napisy, rozbierane pomniki i kolumny, a z katakumb wynoszone są doczesne szczątki poległych. Lwy, rozdzielone, warowały przy drodze na Winniki i w okolicach kulparkowskiego szpitala, a groby na mogiłach Orląt pokrywały warstwy śmieci, robotnicy pracowali w warsztatach ustawionych ponad kośćmi poległych.

Gdy czterdzieści lat po wojnie Ukraińcy i Polacy podjęli prace porządkowe na Cmentarzu Łyczakowskim, w kamiennych oczach Lwa zalśniły łzy wzruszenia. Towarzystwo Lwa, polska Agencja Konsularna, pracownicy Energopolu wlali w jego kamienne serce nadzieję nie tylko na powrót do miejsca, dla którego został stworzony, ale też na pojednanie narodów, które nigdy już nie powinny podnieść na siebie ręki. Wyczekiwał relacji ptaków i motyli przysiadających na jego skudłaconej grzywie, powtarzających kolejne ludzkie obietnice i deklaracje, za którymi nie zawsze szły jednak czyny. Ożywiał się i kipiał radością, gdy człowiek dotrzymywał danego słowa i z nekropolii zniknął zakład kamieniarski, a powracały nagrobki. Zarazem wciąż drżał z niepokoju, gdyż Cmentarz niezmiennie był obiektem targów pomiędzy państwami, ale i wewnętrznych rozgrywek między komunistyczną władzą i opozycją ukraińską, pragnącą niezależności, lecz nie potrafiącą sobie poradzić ze spuścizną, jaką historia pozostawiła na zachodnich rubieżach Ukrainy. Niewiele lepiej bywało po stronie polskiej, gdzie politycy, chcąc zbić populistyczny kapitał, głosili hasła o odbudowie Cmentarza Orląt, nie zawsze zważając na to, że szkodzą trwającym już pracom, a swoich zamierzeń nie konsultują ani z władzami w Kijowie, ani we Lwowie. Arogancja politycznych działaczy sprawiła, że oczyszczone mogiły raz jeszcze przykryła ziemia, a Polacy mieszkający na Ziemi Lwowskiej dokonywali niemalże cudów, aby powstrzymać proces dewastacji cmentarza przy wsparciu rodaków zza zachodniej granicy i dyplomatów.

Jednocześnie w 1988 roku prowadzone przez Energopol prace zyskały podstawę prawną, powołano Komisję Ochrony, Konserwacji i Rekonstrukcji Cmentarza Łyczakowskiego, uznanego wreszcie za wspólne dziedzictwo wszystkich narodowości, których groby znalazły się na jego obszarze. W 1990 roku cmentarz ten stał się muzeum historycznym i kulturowym, zarazem zaznaczono, że stan i wygląd nagrobków oraz krajobrazu na jego terenie nie może być zmieniany bez zgody dyrekcji obiektu i Rady Naukowej, co zamykało drogę samowoli, ale też mogło komplikować proces przywracania nekropolii jej historycznego kształtu.

Lew wiele słyszał o dyskusjach nad napisami, które chciano przywrócić Orlętom, o Szczerbcu, nawet o tarczach, które tak dzielnie przez kolejne dziesięciolecia dzierżyli on i jego brat. Polacy i Ukraińcy ponad prochami zmarłych uczyli się trudnej sztuki kompromisu, a gdy 24 czerwca 2005 roku prezydenci Polski i Ukrainy, Aleksander Kwaśniewski i Wiktor Juszczenko uroczyście otworzyli nekropolię, posąg nareszcie odetchnął z ulgą. Był pewien, że lada chwila powróci „na Orlęta” i gdy dziesięć lat później, pewnego grudniowego dnia nadeszła ta chwila, pełen radości ryk poniósł się nad Łyczakowskim.

Zdawać się mogło, że nic więcej już obu lwom nie jest potrzebne do szczęścia. O tym, że są „zawsze wierne” i oddane „Tobie Polsko” pamiętały nieustannie, nie były im nawet potrzebne napisy na trzymanych tarczach. Teraz najważniejszym był dla nich spokój, który za wszelką cenę chciały utrzymać na Lwowskiej Ziemi. Z dumą patrzyły na przewodników wycieczek, opowiadających po polsku i ukraińsku historię sprzed stu lat, na tych, którzy przychodzili składać kwiaty na mogiłach. Wierzyły, że Cmentarz Obrońców Lwowa stanie się symbolem pojednania będącego ostatnim rozdziałem bolesnej historii.

A jednak przed kilkoma dniami Lwy znów się poruszyły, zastrzygły nerwowo uszami, wbiły pazury w cokoły. Wciąż jeszcze nie dają wiary, że wyobrażenie „ich” nekropolii ma znaleźć się na kartach polskich paszportów. Początkowo uważały, że to dziwaczny żart, lecz uczynny Wiatr poniósł ich lęki aż do Wilna, gdzie kamienie Ostrej Bramy wzywały, by nie budowano z nich muru między Polską a Litwą. Również ich podobizna miała trafić na strony tego samego dokumentu, budząc sprzeciw Litwinów, którzy oznajmili, że nie jest normalnym, aby Polacy korzystali w takiej sytuacji z wizerunków miejsc leżących na terytoriach innych państw. Także Ukraińcy uznali, że polski projekt to krok nieprzyjazny, który negatywie wpłynie na rozwój strategicznego partnerstwa pomiędzy obu państwami, a upolitycznienie historii niczemu dobremu nie będzie służyć.

Mury Ostrej Bramy drżały, a Lwy szczerzyły kły. Choć miały kamienne serca, rozumiały, że największą sztuką jest pogrzebać nienawiść, nie grzebiąc pamięci. „Skoro nie wywalczyliście nas w 1945 roku, dajcie nam spokój dziś” – warczały, akceptując przy tym decyzje Losu, który rzucił je na Ukrainę, lecz nie odarł przecież z polskości. Pomniki i zabytki nie chciały stać się kamieniem węgielnym niezgody. One rozumiały, że symboliczne zawłaszczanie terytoriów czy obiektów znajdujących się poza granicami państwa stawia taki kraj na równi z tymi, co wyciągają ręce po cudze mienie.

„Strzegę zmarłych, a dusze nie mają narodowości, choć ich ciała walczyły w imię narodu” – grzmiał Lew bojąc się, że ktoś wyciągnie ręce po Orlęta, które dziś śpią spokojnie. Lękał się, że w obliczu kolejnych sporów to nie polegli obudzą się ze snu, a demony, których nie da się na powrót zakopać pod grubą warstwą lat, rozmów i porozumień.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 15 (283) 15-28 sierpnia 2017

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.