Zniewaga – jak to działa?

-a A+

Polsko-ukraińska licytacja zniewagami trwa w najlepsze! Przed Ambasadą Ukrainy w Warszawie „przedstawiciele polskich środowisk narodowych” zorganizowali manifestację. Palono portrety Bandery i Szuchewycza, skandowano: „Bandera zbrodniarz”, „Szuchewycz morderca”, „Banderowcy – naziści” i tym podobne.

Demonstrujący (wg. PAP – około 100 osób (!)) przynieśli transparenty: „StopAntypolonism, Defend the truth” i „Banderowiec nie jest moim bratem”. Z przemową wystąpił Robert Winnicki (tym, którzy są zaangażowani w polsko-ukraińskie sprawy, przedstawiać go nie trzeba). Stojąc na czarno-czerwonej fladze, przedstawił wizję Ukrainy znajdującej się nad przepaścią z powodu „czczenia przez nią kolaborantów Hitlera, morderców i prześladowców nie tylko Polaków” (rozumiem chodziło o morderców i prześladowców, którzy prześladowali i mordowali nie tylko Polaków, a nie o morderców i prześladowców, którzy byli nie tylko Polakami – ale to już tak zupełnie na marginesie). Oczywiście, było o wiele więcej, w tym i wspomnienie o lwowskim marszu „Lwów nie dla polskich panów” sprzed dwóch tygodni. Tyle informacji o tej manifestacji – teraz refleksje.

Pierwsza – ogólna. Można ją zamknąć w słowach jakiś czas temu wypowiedzianych przez mego ukraińskiego przyjaciela, przy okazji naszej dyskusji o marszu we Lwowie – „Można się było tego spodziewać, czegoś podobnego należało oczekiwać”. Dokładnie tak! Takie samo miałem przeczucie (?). Po lwowskim marszu czekałem na coś podobnie głośnego, emocjonalnego, obraźliwego i pozbawionego sensu. Tyle że zorganizowanego w Polsce. Byłem przekonany, że to tylko kwestia czasu i miejsca. Przyznaję, że bardziej mnie zastanawiało, gdzie, a nie kiedy – tak jakoś wyszło. Rozważałem kilka miast-kandydatów: Przemyśl. Rzeszów, Wrocław, Warszawa, Lublin. „Organizatorzy” wybrali Warszawę. Dlaczego piszę „można się było tego spodziewać”? Ano dlatego, że podobne polskie i ukraińskie „imprezy” są organizowane zazwyczaj „naprzemiennie” raz przez jedną, raz przez drugą stronę. Tak, nie wszystkie one mają charakter marszu czy demonstracji, ale ich organizatorzy korzystają z podobnego usprawiedliwienia – organizują je „w odpowiedzi na…”, „w obronie” i „żeby pokazać”. Jedni pokażą, drudzy pokażą, na co ci „jedni”… I tak sobie pokazują. Zgodnie z logiką rozwoju wydarzeń należy oczekiwać, że kolejnymi „pokazującymi” będą ukraińscy uczestnicy tej „zabawy”. Oczywiście w odpowiedzi na co…

Refleksja druga – logiczna i długa. Oczywiście, rozumiem, że organizatorzy i uczestnicy takich akcji niewiele sobie logikę cenią, ale jednak zadam pytanie – jaka jest logika podobnych działań?

Pozwolę sobie odejść nieco od tematu. Od lat działam w organizacjach pozarządowych. Część tych działań polega na realizacji różnych projektów. Projekty – to zasadniczo nic innego jak opisy planów działań, gdzie opisany jest problem, cel (chcemy ten problem rozwiązać, chcemy sytuację na lepsze zmienić) i to, przy pomocy jakich działań zamierzamy cel osiągnąć. Problem powinien być rzeczywisty, cel osiągalny, a działania logicznie powiązane z realizacją celu i co szczególnie ważne – dające szanse na jego realizację. Jednym słowem, całość powinna być prawdziwa, logiczna i realna. Wróćmy teraz do Warszawy, pod Ambasadę Ukrainy i spojrzyjmy na „manifestację”.

Ocena problemu – jednoznacznie fałszywa. Tak, istnieje na Ukrainie kult Szuchewycza i Bandery. Istnieje kult UPA. Problem polega na tym, że to zupełnie inny Bandera, Szuchewycz i UPA, niż tamci i to widziani „oczyma duszy” przez organizatorów manifestacji pod Ambasadą. Zresztą, nie tylko przez nich. Dla nas, mieszkających na Ukrainie jest oczywiste, że poprzez stawianie pomników UPA czczeni są tutaj nie mordercy Polaków, a ci, którzy walczyli za wolność Ukrainy. Co więcej, wcale nie ci, którzy walczyli z Polską i Polakami, a ci, którzy dwadzieścia lat opierali się NKWD, KGB i Związkowi Radzieckiemu. Wiem, wiem, nie każdy zrozumie, nie każdy dostrzeże różnicę. Inna sprawa – nie każdy też zechce różnicę dostrzec. Jednak, o ile to rozróżnienie w odniesieniu do przeszłości jest z wielu powodów trudne, to już analizując dzisiejszą Ukrainę, jest nie tylko jak najbardziej na miejscu, ale jest kluczowe dla zrozumienia, kogo, dlaczego i jak tutaj czczą. Także dla zrozumienia tego, że zarówno dzisiejszy kult Bandery, jak i szacunek dla UPA absolutnie nie są antypolskie (jeśli się takie staną, to będziemy to zawdzięczali właśnie podobnym „manifestacjom”), lecz stanowią ukraiński etos, dookoła którego grupują się ukraińscy patrioci. Uwaga – w takim rozumieniu spraw wcale nie chodzi o „wybielanie” części przeszłości UPA, lecz o zrozumienie teraźniejszości. Tak, tak – ponownie wiem – to znowu trudne dla kogoś, kto nie żyje pośród Ukraińców, ale właśnie tak jest. Także wiem – są fanatycy, są głupcy, są prowokatorzy, istnieje też agentura, których działania kompromitują tych, którzy w dobrej wierze odwołują się do tradycji Bandery i UPA. Najlepszym przykładem takiego działania był osławiony, lwowski marsz „Lwów nie dla polskich panów” – uważam, że miał za zadanie skompromitować ukraińskich patriotów i dać pretekst dla podobnej akcji w Polsce. Cóż – skompromitował i dał. Ostatnie już „wiem”. Wiem też, że „Rzeź Wołyńska” została „wyparta” ze świadomości ukraińskich patriotów. Jest to taki mechanizm – każdy, kto kocha swą ojczyznę, swój naród, chce pamiętać jedynie o tym, co wielkie i dobre. Fakt, takie podejście Ukraińców do polsko-ukraińskiej historii XX w. stanowi dla Polaków problem (uwaga – to działa również w drugą stronę). Jednak, pomimo jego wielkiego ciężaru, jest to problem (stwierdzam to z całym szacunkiem i pamięcią dla ofiar i ich cierpienia oraz z jednoznacznym potępieniem sprawców wszystkich polsko-ukraińskich zbrodni) związany z przeszłością, a nie dniem dzisiejszym (przypominam, że w mojej opinii, dzisiejszy „banderyzm” absolutnie antypolski nie jest). Nie jest to też problem związany z polsko-ukraińską przyszłością, no, chyba że zechcemy sobie taki problem sprokurować sami. Tak więc powtórzę – organizatorzy „marszu” błędnie wyznaczyli problem. Moim zdaniem, stało się tak wskutek albo ignorancji, albo nadmiernych emocji, albo głupoty, albo złej woli (do wyboru, można wybrać więcej określeń niż jedno). W jakimkolwiek projekcie, złe określenie problemu „zawala” cały projekt. Kropka.

Cel. Jeśli nie ma się pojęcia o tym, czy i jaki problem istnieje, albo problem jest wymyślony – jak można mówić o celu? Celem powinno być przecież rozwiązanie problemu! Dobrze, jeśli nawet nie rozwiązanie, to – poprzez realizację projektu – taki wpływ na sytuację, by problem stał się mniej bolesny, mniej ostry, mniej szkodliwy. Jeśli więc już sam problem jest wymyślony, fałszywy, źle zrozumiany, sztuczny – taki też będzie cel. I tu docieram do sedna sprawy – cel wynikający ze sztucznego problemu musi być celem sztucznym. Rodzi się pytanie – jaki więc jest cel prawdziwy? Nikt chyba nie zechce twierdzić, że ta manifestacja była działaniem bezcelowym?

Teraz ostatni, ale w tym przypadku najbardziej „soczysty” element „układanki” – działania. Przy planowaniu i realizacji każdego projektu, działania powinny być logiczne i dawać gwarancję realizacji celu. Właściwie – na tym powinienem skończyć. Nikt bowiem, przynajmniej nikt z myślących logicznie, nie zechce mnie chyba przekonywać, że działania podjęte przez „manifestantów” w jakikolwiek sposób mogą służyć poszukiwaniu historycznej prawdy. Tu pozwalam sobie zauważyć – poszukiwanie takiej historycznej prawdy to dopiero początek - a gdzie zaakceptowanie rezultatów, a gdzie rozpowszechnienie? Jak manifestacja i jej hasła oraz działania temu wszystkiemu sprzyjają? Ciekawe też, na ile efektywne są działania, które teoretycznie mają służyć zastopowaniu „antypolonizmu” w Ukrainie, a polegające na paleniu portretów Bandery i Szuchewycza oraz wieszczeniu Ukrainie upadku w przepaść – wieszczeniu tego przez młodzieńca, posła RP, depczącego czarno-czerwoną flagę. Flagę będącą dla wielu Ukraińców symbolem patriotyzmu i antyrosyjskiego oporu, a nie „banderyzmu” – przynajmniej nie takiego, jakim jest on potocznie rozumiany w Polsce. Na koniec – czy działania podjęte przez tych „manifestantów” mogą przekonać Ukraińców do czegokolwiek? Proponuję pewien eksperyment. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś nas próbuje zawrócić z błędnej (jego zdaniem) drogi. Do przemiany, pokajania, zawrócenia. W tym celu najpierw deklaruje, że nas nie lubi („Ukrainiec nie jest moim bratem”), następnie pokazuje, że pogardza tym, co my szanujemy (czerwono-czarna flaga „pod butami), po czym – zamiast z nami rozmawiać – straszy i poniża wykrzykując obraźliwe hasła i wieści nam nędzny koniec. Ponadto demonstruje, że jest gotowy do podjęcia bardziej radykalnych działań (palenie portretów). Jak wam się wydaje – przekona nas? Jeszcze jedno, bardzo ważne pytanie, czy w takiej „przyjaznej” atmosferze odniesiecie się do niego przyjaźnie, czy „równie przyjaźnie”? Ot i sedno sprawy!

Wywołanie kolejnych negatywnych emocji, wywołanie kolejnej polsko-ukraińskiej awantury, która da pretekst do awantury ukraińsko-polskiej, która posłuży „paliwem” dla kolejnej erupcji niechęci, złości i nienawiści, co z kolei… Pisałem już o tym czas jakiś temu. Bezsensowne zapętlenie, które żadnego z istniejących polsko-ukraińskich problemów nie rozwiązuje, niczemu pozytywnemu (przynajmniej w Polsce i Ukrainie) nie służy. Tak samo jak każdy, kogo stan polsko-ukraińskich spraw martwi, zadaje sobie pytanie: kto na tych bezsensownych awanturach korzysta? A jeśli tak, jeśli korzysta, to może…

Na zakończenie. Tak, to prawda, my Polacy i nasi bracia (śmiem twierdzić) Ukraińcy, różnie pamiętamy przeszłość. Różnie ją oceniamy. Uważam, że naszym największym problemem jest to, że bardzo często nie wiemy, nie rozumiemy, dlaczego tak jest. Dlatego naszym zadaniem nie jest wykrzykiwanie naszych pretensji i dawanie upustu negatywnym emocjom, a spokojne zgłębianie, dlaczego w naszych sądach się różnimy. Między innymi, powinniśmy opowiedzieć sobie o tym, które słowa nas bolą, co szanujemy, co nas martwi, jakie śnimy marzenia. Zapewne, nawet i wtedy, gdy nam się to uda osiągnąć, nadal różnych będziemy mieli bohaterów i będziemy słuchali różnych opowieści. Jednak nie będzie w nas nienawiści, agresji, zła. One bowiem, święcie przekonany jestem, pozostawiają po sobie zgliszcza. Dokładnie tak samo jak krzyk, deptanie flag i palenie portretów. Jakichkolwiek.

Artur Deska

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.