„Słowiki” i policjanci

-a A+

Spacerując ulicami miast, warto zwracać uwagę na nazwy, tablice pamiątkowe i, naturalnie, pomniki. Ludziom trudno jest uwierzyć w abstrakcję i dlatego swoich bogów nauczyli się materializować w postaci posągów, ikon i innych fizycznych symboli.

Nie mniej ważne dla tworzenia patriotycznego panteonu jest przedstawianie bohaterów i oznaczanie ich podobiznami w przestrzeni publicznej. Cóż jednak robić, gdy bohaterowie nie zawsze byli bohaterscy, a nawet wprost przeciwnie – byli antybohaterami? Cóż robić, gdy w historii pewnych formacji były okresy pełne sławy, a jednocześnie – pełne hańby? W przestrzeni postsowieckiej pragnienie posiadania swoich krystalicznie czystych bohaterów jest cechą charakterystyczną. Pamiętacie – „rycerze bez skazy”? I tu wynika pytanie: jak „twórcom” nowego heroicznego kanonu udaje się chodzić po polu minowym ukraińskiej historii? Jakie ku temu wykorzystują środki?

Spacerując zaciszną lwowską uliczką zauważyłem na ścianie nową tablicę pamiątkową. Z zainteresowaniem podszedłem i… właściwie niczego nie zrozumiałem. Na tablicy pisało, że w tym budynku mieszkał jakiś dobrodziej z batalionu „Słowików”. Zastanawiałem się przez kilka chwil, aż zrozumiałem, że mowa tu o batalionie „Nachtigal”, który był jednostką niemieckiego dywersyjnego oddziału „Brandenburg-800”. Tu dopiero zaczyna się część najbardziej interesująca. Widocznie, gdzieś w Kanadzie lub USA potomkom tego „nachtigalowca” bardzo chciało się uwiecznić pamięć o swoim ojcu w rodzinnym Lwowie. Umówili się z odpowiednimi osobami we Lwowie o wmurowaniu tej tablicy. Ale ludzie stąd, ani rodzina, mieszkająca w demokratycznym społeczeństwie, ani ich partnerzy w niezależnej Ukrainie – nie chcieli „wpadki” przez upamiętnienie dywersyjnego oddziału, utworzonego przez niemiecki wywiad. Dlatego postanowili nazwę batalionu zastąpić swojsko brzmiącym po ukraińsku słowem: „słowik”.

W żaden inny sposób, jak tylko manipulacją, tych działań nazwać nie można. Większość z tych, kto przechodzi obok tej tablicy, nawet nie zastanowi się, że mowa tu właśnie o batalionie „Nachtigal”. Ci, którzy domyślą się, o co tu chodzi, po raz kolejny przekonają się o „normalności” takiego podejścia. Efektem takich manipulacji będzie przyzwyczajenie. Wprowadzenie w przestrzeń publiczną w sposób zamaskowany wątpliwych i sprzecznych wydarzeń historycznych, ukrytych pod różną treścią i pod różnymi pretekstami, jest niczym innym jak przygotowaniem gruntu pod jeszcze większe manipulacje świadomością społeczną. O co tu chodzi?

Sprawa polega na tym, że dla utworzenia na podstawie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) nowego bohaterskiego kanonu niezbędnym jest „zneutralizowanie” szeregu faktów współpracy tej organizacji ze strukturami hitlerowskich Niemiec. Większość badaczy wie, że „Nachtigal” został uformowany w lutym 1940 roku zgodnie z porozumieniem z dowódcą wywiadu wojskowego Abwehry admirałem Wilhelmem Canarisem. Wiadomo również, że ten batalion był częścią jednostki dywersyjnej „Brandenburg-800”. I tu następuje rozdwojenie.

Według badaczy zachodnich formacje te miały prowadzić działania dywersyjne na tyłach przeciwnika. Była to chyba jedyna formacja, do której powoływano Volksdeutschów i osoby innych narodowości. Bataliony „Brandenburg-800” składały się głównie z Rosjan (emigrantów z okresu rewolucji) i ukraińskich nacjonalistów. Rosjan, po szkoleniach dywersyjnych, przerzucano w głąb Białorusi. Ukraińców zaś – na tereny okupowanej w 1939 roku Zachodniej Ukrainy. Władze niemieckie wykorzystywały również batalion „Nachtigal” w celach symbolicznych, zezwalając im wejść jako pierwsi do Lwowa 30 czerwca 1941 roku.

Dla wielu współczesnych ukraińskich historyków i propagandystów najważniejsza jest motywacja, z jaką nacjonaliści wstępowali na służbę do Wermachtu: walka o niezależne państwo ukraińskie. I tu właśnie mamy wielką pułapkę. Jeżeli dla współczesnych ukraińskich propagandystów służba w Wermachcie i później nawet w dywizji Waffen SS „Galizien” jest zwykłym etapem przejściowym w walce o zjednoczoną Ukrainę, to dla zachodniego świata jest to zwykła kolaboracja wojskowa. Próba przekonania całego świata, że Ukraińcy kierowani szlachetnym celem mieli do tego prawo, jest sprawą nadaremną. Jest wręcz przeciwnie. Konwulsyjne trzymanie się tych momentów kompromituje Ukrainę i czyni ją łatwą zdobyczą rosyjskiej propagandy. A ponadto – ta wojskowa współpraca w skali obecnej Ukrainy miała charakter wybitnie lokalny. To nie tylko nie prowadzi w kierunku Zachodu, ale wręcz prowokuje wewnętrzny ukraiński konflikt pamięci.

Powstaje pytanie: jeżeli taka polityka Ukrainy generuje jedynie szkody, czy nie należałoby jej zmienić? I tu dopiero ukazuje się cały łańcuszek, którego rozerwanie oznaczałoby odstąpienie od idei centralnej roli OUN we współczesnej polityce historycznej państwa. Rezygnacja z „Nachtigalu” i, co więcej, krytyczne spojrzenie na ten naprawdę marginalny rozdział w skali ukraińskiej historii, natychmiast rodzi pytanie: co zrobić z bohaterem Ukrainy Romanem Szuchewyczem? To właśnie Szuchewycz był oficerem politycznym w batalionie „Nachtigal”. To on wchodził do Lwowa w mundurze Wermachtu w 1941 roku. Do końca 1942 roku był kontraktowym oficerem i służył w 201 policyjnym batalionie ochrony na Białorusi. Był zastępcą dowódcy w stopniu kapitana. To on dowodził szeregiem potyczek z sowieckimi partyzantami. Tu mamy kolejną kwestię: jak po likwidacji oddziału sowieckiego postępowali „schutzmani” wobec ludności miejscowej? Czy można to jakoś rozróżnić i czy ktoś w ogóle to badał? Co mamy zrobić z tymi wątkami w pamięci Białorusinów? Jak wyjaśnić współczesnym Ukraińcom, co robił bohater Ukrainy Szuchewycz w mundurze niemieckiego kapitana na Białorusi? I najważniejsze, wyjaśnianie (bo wstydliwie przemilczeć się tego nie da), że było to szkolenie wojskowe w imię przyszłej niezależnej Ukrainy, zabrzmi zbyt cynicznie.

Takie pułapki rozstawia nam współczesna ukraińska polityka historyczna. Nie czyni tego ze złej woli, ani po to, by Ukrainie szkodzić. Świadczą o tym wstydliwe próby zatuszowania, ukrycia, lub przeinaczenia sensu poszczególnych fragmentów przeszłości. Nieraz w publicystyce, a nawet w literaturze naukowej zdarzało mi się napotykać na podmianę słowa „policaj” na bardziej neutralne i milej brzmiące „policjant”. W ten sposób patriotycznie nastawieni historycy i publicyści pragną wyprowadzić niektóre postacie historyczne poza ramy radzieckiej propagandy. Tym bardziej, że radziecka maszyna propagandowa był potężna, nie szczędziła nikogo i nie uznawała półtonów. Dlatego „policaje” z okresu okupacji niemieckiej byli „policajami”, a nie mitycznymi „policjantami”. Pozostaje tylko nazwać ich z amerykańska „kopami” i przy obecnym poziomie oświaty szkolnej nikt nawet nie pomyśli, że jest pomiędzy nimi jakaś różnica.

Po co się to czyni? Znowuż dlatego, że wielu z 201 batalionu policyjnego stało się później dowódcami Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Podobnie jak sam ich dowódca – Roman Szuchewycz. Spróbujcie powiedzieć: bohater Ukrainy policaj Roman Szuchewycz. Tak, jednoznacznie nie pasuje to do heroicznego tła. Cóż robić z setkami „policajów”, którzy pod koniec 1942 roku samowolnie opuścili służbę w niemieckiej policji i przeszli do lasu, tworząc podstawy UPA? Należałoby tu dodać coś o roli tych „policajów” w likwidacji radzieckich jeńców wojennych i w tragedii Holokaustu.

Dlatego, gdyby nie chować się za anonimowością i rzeczywiście zbadać koleje losu tych, którzy ręce po łokcie mieli we krwi, oraz tych, kto później walczył o niezależną Ukrainę przeciwko terrorowi sowieckiemu, to również historia UPA pozbyłaby się wielu propagandowych etykiet. Próby zaś usprawiedliwienia całej poprzedniej historii OUN antysowieckim oporem po 1944 roku– szczególnie w okresie 1939-1944 – zakończą się całkowitym fiaskiem. Będzie to fiasko nie tylko takiej polityki historycznej, ale niestety również zmiany podejścia świata zachodniego do Ukrainy. Innymi słowy – nie dostarczajmy po raz kolejny nabojów dla rosyjskiej propagandy.

W wersji ukraińskiej artykuł ukazał się 25 sierpnia na portalu Zaxid.net

Wasyl Rasewycz
Tekst ukazał się w nr 16 (284) 31 sierpnia – 11 września 2017

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.