Gdzie się podziali Ormianie?

-a A+

Gdy jakaś grupa etniczna znajdzie się w obcym dla niej środowisku społeczno-kulturalnym, ma przed sobą dwie możliwości: albo ta mniejszość całkowicie się zasymiluje, albo będzie usiłowała zmienić środowisko według własnych wzorców,

jak np. garstka wikingów zdobyła królestwo Neapolu, a sycylijskie klany mafijne zdominowały kryminalny świat Stanów Zjednoczonych lub też kaukascy ziomkowie, których w wojsku sowieckim nie śmieli tknąć nawet najbardziej bezczelni hazerze. Stanisławowscy Ormianie zaś doświadczyli obu tych możliwości: najpierw szybki wzlot, sukces, władza, pieniądze, a potem prawie natychmiastowe zniknięcie ze sceny historycznej.

Pierwsi przyszli z Mołdawii
Ormianie mieli kiedyś własne państwo nazywane Królestwem Ani. Lecz w 1035 roku zostało ono podbite przez Bizancjum. Wówczas Ormianie założyli królestwo Cylicji, które z kolei w 1375 roku zagarnęli Turcy seldżuccy. Od tego czasu Ormianie nie mieli już swego państwa i żyli w diasporze. Największe kolonie Ormian na terenach dawnej Rzeczypospolitej znajdowały się we Lwowie i Kamieńcu Podolskim. Nieliczne wspólnoty ormiańskie były dobrze przyjmowane w Europie. Przyjaźni, przedsiębiorczy, pracowici – byli mile widziani w miastach chrześcijańskich, natomiast muzułmanie traktowali ich wrogo.

Ul. Ormiańska, pocztówka (ze zbiorów Wołodymyra Szulepina)

Nic więc dziwnego, że gdy Jędrzej Potocki założył Stanisławów, od razu zaprosił Ormian. Przybyli tu przeważnie z Mołdawii, ale byli wśród nich również wychodźcy z Węgier. Magnat przeznaczył dla nich teren na wschód od rynku, w granicach dzisiejszych ulic Melnyczuka i Ormiańskiej, a 23 maja 1663 roku udzielił przywileju na budowę kościoła ormiańskiego. Na utrzymanie proboszcza przekazał cały folwark w Kniagininie i uhrynowski „młyn z jednym kołem”. Wtedy właśnie wybuchł pierwszy głośny skandal, który o mało nie zakończył ormiańskiej kolonizacji Stanisławowa. Ze Lwowa przybył ksiądz Józef Wschodni, ale wspólnota nie dopuściła go do wykonywania obowiązków duszpasterskich. Chodziło o to, że jeszcze w 1630 roku arcybiskup ormiański ze Lwowa przyjął unię z Rzymem. Przybyli do Stanisławowa Ormianie byli wyznawcami ormiańskiego Kościoła apostolskiego i nie życzyli sobie księdza-unity. Wśród Ormian zaczęto rozważać decyzję o opuszczeniu Stanisławowa, co zmusiło arcybiskupa lwowskiego odwołać księdza Wschodniego. Potocki był jednak wytrawnym dyplomatą i potrafił przekonać ormiańskich osadników do unii, więc już po roku życie religijne miasta ustabilizowało się.

Portret Krzysztofa Roszko-Bogdanowicza, XVIII w. (ze zbiorów Iwana Bondarewa)

Wpływowa społeczność
W 1672 roku Turcy zdobyli Kamieniec Podolski i zajęli całe Podole. Spowodowało to masową ucieczkę Ormian, których znaczna część ruszyła do Stanisława. Było ich tak wielu, że zabrakło dla nich miejsca wewnątrz murów obronnych miasta, więc część z nich osiadła na przedmieściach, pozostali zaś w Łyścu i Tyśmienicy. Wobec tak znacznego powiększenia się wspólnoty ormiańskiej właściciel Stanisławowa został zmuszony do wydania nowego przywileju, który miał regulować zasady samorządu ormiańskiego. Ormianie zostali w nim zrównani w prawach z Polakami, zwolniono ich na ziemiach Potockiego od opłat celnych i zezwolono na wybory własnego magistratu. W mieście istniały więc odtąd dwa samorządy: polsko-rusiński i ormiański. Każdy miał 12 radców i jednego wójta, którzy decydowali o sprawach cywilnych. Sprawy kryminalne rozpatrywane były wspólnie przez oba magistraty.

Radców magistratu obierała rada karsunachparów (starszych), która wyłaniała następnie wójta. Nie zawsze wybory odbywały się pokojowo. Na przykład w 1770 roku z powodu wrogości między klanami Wartanowiczów i Bogdanowiczów wybory zostały zerwane, zaś obie strony obwiniały się nawzajem w fałszerstwie.

Pieczątka ormiańskiego magistratu (ze zbiorów Iwana Bondarewa)

Jest więc rzeczą oczywistą, że Potocki nie bez powodu nadawał niegdysiejszym mieszkańcom doliny Araratu takie przywileje. Ormianie mieli pieniądze – i to duże. Do nich należały dwa cechy rzemieślnicze: szewski i kuśniersko-safianowy. Ten ostatni sławił się swoimi pasami i obuwiem. Powiadają, że Ormianie wykradli u Turków tajemnicę wyprawiania skóry, a ich produkcja przewyższała jakością wyroby tureckie.

Jednak głównym źródłem dochodów Ormian był handel końmi, wołami i owcami. Jeździli do Mołdawii, Rumunii i Bułgarii, gdzie dzierżawili olbrzymie pastwiska, na których wypasali konie, woły, owce karakułowe. Gdy zwierzęta nabrały odpowiedniej wagi, pędzono je do Stanisławowa. Część sprzedawano podczas jarmarków w mieście, resztę wieziono do Gdańska, na Śląsk, a nawet do dalekiej Bawarii. W ten proceder włączeni byli prawie wszyscy członkowie społeczności ormiańskiej. Najbogatsi finansowali zakup zwierząt; najsilniejsi chronili zwierzęta (byli to swego rodzaju karpaccy kowboje), najubożsi doglądali i wypasali stada, najwprawniejsi wyprawiali skóry na safian, zaś najbardziej doświadczeni wyrabiali z niej pasy, buty, siodła. Handlowano również wieprzowiną, zbożem i jesiotrami. Istniały też ormiańskie szynki, zajazdy, całe sieci sklepików i magazynów. Wszystko to przynosiło dochody, więc najmniejsza wspólnota słusznie uchodziła za najbogatszy naród. W 1735 roku 300 Ormian zapłaciło tyle podatków, co 1,5 tys. Żydów.

Właściciele Stanisławowa mieli zysk również z przedsiębiorczych mieszczan. Ciekawe są wielkości podatków, które płacili ówcześni mieszkańcy: właściciele kamienic przy rynku płacili 1 złoty podatku rocznie, pozostali – dwa razy mniej. Oprócz tego każdy cech kupował wosk na potrzeby swojej świątyni.

Ślady na mapie
Czytając prace polskiego historyka ze Stanisławowa Czesława Chowańca, ma się przed oczyma prawie dotykalny obraz miasta: – Ciekawe było życie mieszkańców ulicy Ormiańskiej w Stanisławowie sprzed półtora wieku. Koncentrowało się wokół drewnianego kościółka, szkoły i parafii, ukołysanych ciszą cmentarza ormiańskiego, głośnym hałasem ulicznego ruchu, wrzawą zajazdów i warsztatów rzemieślniczych, wypełnionych zapachem kozich skór.

Ormianie pozostawili ślady również na mapie topograficznej Stanisławowa. Oprócz ulicy Ormiańskiej, istniała jeszcze Furta Ormiańska na tyłach kościoła, zaś ul. Łysiecka (ob. Mazepy) początkowo nosiła nazwę Ormiańska Brukowana. To wzdłuż niej ustawiały się rywalizujące ze sobą wspaniałością okazałe wille bogatych kupców ormiańskich.

W 1742 roku wydarzył się prawdziwy cud. W kościele ormiańskim „zapłakał” obraz Matki Boskiej. Wsławił się potem różnymi cudami i łaskami, i po 200 latach został nawet ukoronowany. Jego sława rozniosła się daleko poza granice Pokucia i pielgrzymek było co niemiara.

Zapytajmy, jak wyglądali ówcześni Ormianie? Naturalnie, różnili się nieco od tych nieogolonych mężczyzn w kaszkietach, którzy sprzedają mandarynki na targu w Iwano-Frankowsku. Zachował się portret radcy Krzysztofa Roszko-Bogdanowicza (1686-1767), o którym historyk Barącz pisze, że „odznaczał się zdrowym rozsądkiem i umiarkowaniem w działaniu, pomagał biednym”. Z portretu spogląda na nas starszy mężczyzna z olbrzymim nosem, w tradycyjnym polskim kontuszu. Wówczas w Stanisławowie było kilka rodzin, które składały się na oligarchiczny szczyt społeczności ormiańskiej: Amirowicze, Wartanowicze, Bogdanowicze, Teodorowicze, Torosiewicze i inni. Długo szukałem wśród tych nazwisk Abramowiczów, ale jakoś nie znalazłem.

Ormianom, rzecz jasna, zazdroszczono i „skubano” ich z pieniędzy. Podczas wojny północnej w 1707 roku Moskale, Saksończycy i Polacy hetmana Sieniawskiego nałożyli na miasto olbrzymią kontrybucję. To właśnie społeczność ormiańska udźwignęła prawie cały ciężar daniny – każdy kupiec zapłacił 150 złotych i tym samym uchronił miasto przed całkowitym rabunkiem. W 1739 roku wojska rosyjskie uprowadziły olbrzymie stada zwierząt, należące do łysieckich i stanisławowskich kupców. Szkody szacowano na miliony złotych. Ale o prawdziwy „ból głowy” przyprawiali Ormian w Stanisławowie Żydzi. Zalali rynek tanimi towarami o niskiej jakości (czymś w rodzaju chińskich „adidasow”), masowo wykupywali sklepiki i szynki, zaczęli monopolizować handel skórą. I chociaż Potocki stanął w obronie chrześcijan, a nawet zmusił Żydów do budowy świątyni swych konkurentów, wojnę gospodarczą Ormianie przegrali. Początek lat 70. XVIII wieku okazał się dla Ormian w Stanisławowie czasem krytycznym. Wojna domowa, inwazja rosyjska, epidemia dżumy ostatecznie nadwyrężyły dobrobyt Ormian. Większość z nich, bez wahania, przyjęła zaproszenie austriackiego cesarza i przeniosła się do spokojnych Węgier.

Ci, którzy pozostali w Stanisławowie, znaleźli się niebawem na marginesie. W 1786 roku Austriacy zlikwidowali magistrat ormiański i od tej chwili dawni gospodarze miasta stali się zwykłymi poddanymi cesarza. Z powodu braku wiernych i funduszy kościół ormiański długie 15 lat pozostawał zamknięty. Gdy został odrestaurowany, liczba parafian wynosiła zaledwie 50 osób.

Resztki Ormian zatrważająco szybko polonizowały się. I chociaż w parku mieszkał baron Romaszkan, a w książce telefonicznej z 1920 roku można było jeszcze natrafić na nazwiska ormiańskie, w piersiach tych ludzi biło już jednak polskie serce.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 9-10 (277-278) 23 maja – 15 czerwca 2017

01/01/1970 01:00

01/01/1970 01:00

01/01/1970 01:00

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.