Awantura czy dialog

-a A+

Dzisiaj niewielki przyczynek do polsko-ukraińskiej dyskusji. Nie, o filmie „Wołyń” pisał nie będę. Ja wiem, pisanie o nim jest dzisiaj modne, to „strzał w dziesiątkę” i gwarancja, że artykuł zostanie przeczytany „od deski do deski”(!). Ale jednak nie! Nie napiszę!

Przyczyn kilka. Pierwsza i podstawowa – ja tego filmu jeszcze nie widziałem. A jeśli tak, to niby o czym to ja miałbym pisać? Druga przyczyna to to, że ilość recenzji przeróżnych, napisanych przez tych co film obejrzeli i (znacznie liczniejszych) tych, co jeszcze go obejrzeć nie zdążyli, jest tak przerażająco wielka, że nawet gdyby coś jeszcze napisać – to chyba nie byłoby to nic nowego. Dlatego o „Wołyniu”, póki co, milczę i już.

Za to już po raz kolejny zamierzam napisać o tym, czego tak recepcja, jak i ocena tegoż filmu jest tłem – o historycznej (a może powinienem raczej napisać „histerycznej”?) polsko-ukraińskiej awanturze. I też – wcale nie chcę tejże awantury opisywać. Czyniłem to już kilkakrotnie ja, czynili to razy wiele więksi i mądrzejsi ode mnie. Utytułowani, zasłużeni, „medialni”. Pisali już prawie o wszystkim. Patrzyłem, słuchałem, czytałem i obserwowałem cicho i pokornie, jak później nawet najrozsądniejsze, najbardziej pokojowe i najżyczliwsze słowa są w awanturze rzeczonej wykorzystywane, wypaczane, rozrywane, przeinaczane i... w końcowym efekcie stają się paliwem używanym przez entuzjastów i uczestników tej awantury do wzniecania jeszcze większego jej płomienia. Tak, wielokrotnie byłem świadkiem, gdy szlachetne, w ich założeniach, intencje, szczere słowa, przyjazne gesty interpretowane były przewrotnie, manipulowane i wyszydzane.

Dlatego ja tym razem nie o tym. Nie o „nadzieniu” naszych rozmów, a o ich konstrukcyjnym „szkielecie” chcę wspomnieć.

Uważam bowiem, że to właśnie sposób, w jaki prowadzone są te polsko-ukraińskie rozmowy, pozwala na zamienianie ich w awanturę. Uważam, że gdyby jeszcze przed wypowiedzeniem pierwszego w tej rozmowie słowa ustalić twarde zasady, zgodnie z którymi będzie się rozmawiać, tej awantury by nie było. Tak, byłaby rzeczowa, twarda dyskusja, w której rozmówcy często się nie zgadzają, ale nie prostacka, chamska i żenująca awantura, której świadkami jesteśmy. Dlatego o kilku elementach tego „szkieletu” napiszę, nadzieję żywiąc, że może będzie to pomocne.

Pierwsza sprawa – cel. Niby oczywisty, ale tak nie do końca. My, Ukraińcy i Polacy, tak sobie tylko gadamy, czy ten nasz dialog ma do czegoś doprowadzić? Proste i śmieszne pytanie – o co w tym wszystkim chodzi? Po co rozmawiamy? O! I tu ciekawa sytuacja! Rozmawiamy? A nie, to złudzenie tylko! Tak, wielcy, politycy, prezydenci, posłowie prezesi spotykają się na seminariach, konferencjach, bankietach. Wypowiadają oficjalne słowa, po czym zgodnie udają się pić gorzałkę i o pogodzie bzdurzyć. To jednak imitacja dialogu jedynie. Politura, warstwa powierzchniowa, pod którą prawdziwe życie się kryje. Bowiem ten właściwy dialog między Polakami i Ukraińcami o wiele poziomów niżej się toczy. Jest on o wiele bardziej wszechogarniający. Pociągi, przejścia graniczne, firmy, gazety... Tak, dialog – tylko czy na pewno? Właśnie warto zauważyć, że to nie dialog najczęściej, a dwa wzajemnie wykluczające się i do tego często obraźliwe monologi. Jedni mówią, że rzecz cała w prawdzie, wyznaniu grzechów, przeprosinach, budowie mostów, wyzwoleniu itd. Drudzy twierdzą, że to wszystko jest fałszem, odwróceniem, nożem w plecy, brakiem szacunku i jeszcze licho wie czym. Kontakty pomiędzy jednymi i drugimi podobne są do rozmów dwóch (jednocześnie) ślepych i głuchoniemych ludzi, do tego jeszcze pochodzących z różnych, bardzo od siebie odległych świata zakątków. Jedni swoje, drudzy swoje. Jeszcze więcej! Rozmówcy nie tylko nie mogą się usłyszeć, ale oni usłyszeć się nie chcą! Efekt? Złość narasta, pretensje się mnożą, jedni drugich upokarzają, po czym (co ciekawe) sami czują się upokorzeni.

Widzę to, czuję, słyszę... Myślę, że każdy, w którego sercu jest dobro i życzliwość, każdy który w oparach nienawiści rozsądku nie utracił, przyznać musi, że to niczemu dobremu nie służy, żadnych problemów nie rozwiązuje, nienawiści nie gasi, żalu nie usypia, rozpaczy nie utula. Szczerze? Jeśli, jak wielu z rozmówców deklaruje, celem tych rozmów, aktów, filmów, deklaracji, uchwał, listów jest pojednanie, wybaczenie, zrozumienie – to jakaś pomyłka. Najuprzejmiej proszę spojrzeć na efekt wszystkiego powyższego i odpowiedzieć na pytanie, czy o to nam chodzi właśnie. Może inaczej trzeba? Najpierw cel rozmowy określić i jemu podporządkować sposób jej prowadzenia? Nie, nie o wypaczaniu prawdy, „chowaniu pod dywan” czy o zapominaniu niewygodnego piszę (to dla manipulatorów wyjaśnienie). Piszę o tym, by służyć dobru i pamiętając o tym wszystkim co było, patrzeć na rozmówcę nie z nienawiścią i chęcią poniżenia, nie z chęcią zemsty, ale z poczuciem misji wyjaśnienia, dlaczego akurat tak, a nie inaczej myślimy i oceniamy. Dlaczego w coś wierzymy i jakie mamy dowody, że to, w co wierzymy, jest prawdą. Piszę o tym, by pojednanie wreszcie stało się celem realnym do osiągnięcia. Jeśli taki będzie cel i będzie się o tym pamiętać – awantura ucichnie. Tak, bo nawet twarde i ostre dyskusje prowadzone w imię pojednania zaczną być rzeczowe, konkretne i kulturalne. Bo pojawi się chęć wysłuchania rozmówcy (wszak cel!) i nawet jak nie zgodzenia się z jego wywodami, to przynajmniej ich zrozumienia.

Jeśli celem będzie coś innego, a nie zmuszanie rozmówcy do przyjęcia naszego punktu widzenia, to z rozmowy zniknie przemoc, agresja, szantaż i niekiedy obecne kłamstwo i manipulacja. Jeśli celem nie będzie chęć zemsty, upokorzenia, wyśmiania, zohydzenia – to z rozmowy znikną złe słowa, nienawiść i podejrzliwość. A to zrodzi nadzieję na WSPÓLNE celu osiągnięcie. Może nawet nie przebaczenie i pojednanie, ale wzajemne zrozumienie i koniec awantury rodzącej kolejne nienawiści, rodzącej zło.

Innym strukturalnym problemem polsko-ukraińskich rozmów jest wspomniane już wcześniej to, kogo widzimy w rozmówcy. Wroga? Kogoś, kogo trzeba pokonać? Kogoś, kogo trzeba zmusić by myślał i oceniał tak jak my? A może kogoś, kto w naszym odczuciu jest uosobieniem naszych wszystkich pretensji, lęków, złości, roszczeń? Kogoś, kogo „zło” może być świetnym kontrastem dla naszego „dobra”? Niestety tak jest przeważnie. Nieważne kto, „prawdziwy” Polak, czy „prawdziwy” Ukrainiec, zanim jeszcze za rozmowę się wezmą – mają gotową „wizję” rozmówcy. Ukrainiec to „rezun”, „bandyta”, „banderowiec” (cokolwiek to by nie miało znaczyć), czciciel faszyzmu, kolaborant, a w ogóle kto to jest „Ukrainiec”? Polak to „lach”, „polski pan”, „okupant” i tak dalej. Czy ktoś uważa, że gdy spotkają się osoby mające takie w głowie obrazy, to kulturalna i uczciwa rozmowa jest między nimi możliwa? A cóż dopiero rozmowa o sprawach niebywale skomplikowanych i trudnych, sprawach, o których rozmówca nie tylko nie słyszał, ale i słyszeć nie chce, sprawach nieprzyjemnych, burzących mity, zmieniających oceny?

Ci, którzy w Ukraińcach i Polakach widzą wrogów, powinni zostać odrzuceni – jeśli nawet nie całkowicie, to przynajmniej na marginesy ukraińsko-polskich dyskusji. Wiem co piszę, bo na dzień dzisiejszy to właśnie oni awanturę rozpalają! Kłamstwa, obelgi, poniżanie, wyszydzanie, manipulacja – są dla nich narzędziami możliwymi do zaakceptowania. Tak! Bo w nienawistników rozumieniu każda metoda, każdy sposób, by znienawidzonego zniszczyć, jest dobry! Więc zaślepieni nienawiścią (w mniejszym lub większym stopniu) tym co piszą, tym co robią dają do rąk argumenty nienawistnikom z drugiej strony. I chociaż to straszne i śmieszne – obie strony zgodnie się nienawidzą, nie ustając w wysiłkach by się obrazić, zohydzić wzajemnie. Ot tak! Nie muszę nikogo przekonywać chyba, że podobne będzie niemożliwym, gdy rozmówcy na siebie z życzliwością patrzeć będą. Tak, będą siedzieli naprzeciwko siebie ludzie różni, mający różne wizje historii swych ojczyzn, różne wspomnienia i różne marzenia. Często to wszystko będzie niemożliwe do pogodzenia. Będą dyskutowali, sprzeczali się, najprawdopodobniej rozejdą się nie osiągnąwszy porozumienia, nie doszedłszy do kompromisu. Ale za to będą lepiej się rozumieli i nienawiści między nimi nie będzie. Ot i to jest druga „cegiełka” konstrukcji rozmów naszych.

Cegiełka trzecia – to wiedza i uczciwość. Dwie razem, bo mimo że niby dalekie, to razem „chodzić” powinny. Sprawa pierwsza – ani przeciętny polski, ani przeciętny ukraiński dyskutant polsko-ukraińskiej historii nie znają. Dlatego, nawet gdyby ich wspólnym celem zjednoczyć, nawet gdyby ich we wzajemną życzliwość uzbroić – to w swych rozmowach będą oni poruszali się w sferze nie wiedzy, a mniemań. Smutne to, ale właśnie tak jest. Setki razy byłem świadkiem, gdy zdawałoby się wykształceni i rozsądni ludzie opowiadali głupoty. Polacy i Ukraińcy. I to nie o interpretację czy ocenę zdarzeń chodzi (bo tutaj jest przecież dowolność znaczna dopuszczona), ale o same zdarzenia. Jest nawet gorzej! Nie tylko o historii wzajemnie nic nie wiemy, ale i dzień dzisiejszy sąsiedniego przecież tak dla Polaków, jak i Ukraińców kraju jest, powiedzmy eufemistycznie, nie najlepiej znany. Polska i Ukraińska polityka historyczna oraz polityka w ogóle nie pomagają zmienić tego stanu rzeczy. Rozpisywał się, udowadniał, przekonywał, że tak jest właśnie – nie będę. Każdy może sam i to bez trudu większego znaleźć na każdym kroku dowody, że tak jest właśnie. I w awanturze o historię ta niewiedza jest wykorzystywana. Nie sposób przecież sprawdzić, prawda to czy fałsz, gdy się mniema, a nie wie. Nie sposób odrzucić ułomną argumentację, nie sposób manipulacji się przeciwstawić.

Tyle o wiedzy. Po co wiedzy za towarzyszkę uczciwość? To związane jest też z pewnym strukturalnym elementem napędzającym awanturę. Ktoś, kto dysponuje wiedzą, spotyka tekst, informację, komentarz (te media społecznościowe!) jawnie nieprawdziwą, tendencyjną, fałszywą, nienawistną i... każe ją jak najświętszą prawdę traktować. Całą teorię na niej buduje, jako kamienia węgielnego używa. Tysiące takich wypadków. Może i setki tysięcy. Szczególnie w internecie. Najbardziej oczywiste to te, gdy pełne chamstwa i nienawiści wpisy oszołomów z jakiś marginalnych polskich lub ukraińskich grup znieważają i poniżają nasze kraje. Autorami wielu takich wpisów jest rosyjska agentura – wszyscy rozsądni i znający polsko-ukraińskie problemy o tym doskonale wiedzą. Wiedzą i nic! Wychwytują taki wpis, bardziej lub mniej fałszywy, bardziej lub mniej obraźliwy, bardziej lub mniej jątrzący i go rozpowszechniają, opisują, analizują, biorąc za podstawę i dowód nieuczciwości, chamstwa, złej woli drugiej strony. Wytwór jednostki, niezbyt inteligentnej, ogłupionej, często pracującej za rosyjskie pieniądze, przedstawiany jest jako opinia miarodajna i właściwa wszystkim. To elementarna manipulacja i brak uczciwości. Dlatego o tym piszę, że coraz częściej spotykam się z wpisami – „Polacy... Ukraińcy...”. Tymczasem to KONKRETNY Polak i KONKRETNY Ukrainiec, z którego wypocinami zazwyczaj nie zgadza się większość, a już ludzie dysponujący wiedzą, mądrzy, inteligentni i kulturalni – to w 90%. Przy ocenie tego co się w przestrzeni medialnej pojawia, nawet niezbyt błyskotliwy i inteligentny umysł powinien to uwzględniać i nie formułować ocen narodu na podstawie odosobnionych, zaczadziałych bądź kupionych słów.

No i sprawa na ten raz ostatnia. Miłość i nienawiść. Dlaczego o tym? Ano, z dwóch przyczyn. Po pierwsze, znamienita większość uczestników tych polsko-ukraińskich dyskusji deklaruje się jako chrześcijanie. Fakt – różni. Rzymscy katolicy, prawosławni (patriarchatów i autokefalii różnych), grekokatolicy. Tymczasem ukraińsko-polskie rozmowy pełne są nienawiści, chęci pomsty, dążeń do poniżenia tak człowieka, jak i narodu całego. Może warto się zastanowić, czy to właśnie miłość bliźniego (nawet wroga), bezwarunkowe wybaczenie (bez żądania przeprosin i wzajemności jakiejkolwiek) mogło by stać się podstawą dla naszego dalszego współistnienia? Dla naszych rozmów także.

Artur Deska

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.