Przed 30 laty świat był inny

-a A+

Wiosną 1986 roku było tak pięknie – świat był zielony, na placach bawiły dzieci, ciesząc się z promieni słońca, w lasach Prypeci zwierzęta wychodziły ze swych legowisk.

Ludzie zaczynali obrabiać ogródki. Cała przyroda budziła się do życia. W jednej chwili cała ta idylla legła w gruzach i sprawdził się wieszczy sen Zofii Rzewuskiej o „wielkim pożarze, który strawi pół świata”…

Dla nikogo nie było tajemnicą, że elektrownie atomowe są obiektami wojskowymi – fabrykami materiałów radioaktywnych na potrzeby wojskowe. Przy rozszczepieniu pierwiastka uranu w reaktorach elektrowni otrzymuje się pluton, który potem jest wykorzystywany do produkcji bomb i głowic rakiet. Ponad 7 tys. głowic było wówczas na uzbrojeniu ZSRR. Fabryki wojskowe były również poligonami doświadczalnymi. Dotyczyło to też elektrowni atomowych.

26 kwietnia 1986 roku na 4 bloku elektrowni w Czarnobylu przygotowywano się do kolejnego eksperymentu. Uczeni chcieli zbadać jak zachowa się reaktor w warunkach nagłego odłączenia chłodzenia. Miały w tym przypadku zadziałać systemy awaryjne. Test miał wykazać, jak długo w sytuacji awaryjnej, po ustaniu napędzania turbin generatorów parą z reaktora, energia ich ruchu obrotowego produkuje wystarczającą ilość energii elektrycznej dla potrzeb awaryjnego sterowania reaktorem. Czas ten potrzebny jest, by uruchomić system awaryjnego zasilania elektrycznego sterowania reaktorem – mały generator elektryczny napędzany przez silnik spalinowy, a następnie włączenie zasilania podstawowego. Lecz niestety, one wymagają zasilania energią, której na miejscu nie da się wyprodukować, tym bardziej że pozostałe bloki pracowały na zasilanie Kijowa i innych miast. System energetyczny ZSRR był połączony w jedną całość. Ale pech chciał, że w najbliższej elektrowni, również atomowej, w Smoleńsku doszło do awarii i częściowo została ona wyłączona. Ale w planowej sowieckiej gospodarce plan był świętością nie do ruszenia. Miał być eksperyment – musi być bez względu na nic.

Konstrukcja bloków jądrowych wykorzystywanych w Czarnobylu nie była pozbawiona wad konstrukcyjnych i technologicznych, przy których tego rodzaju eksperymenty w ogóle były niebezpieczne.

Reaktor miał zostać odłączony od sieci 25 kwietnia 1986. Dzienna zmiana pracowników została uprzedzona o planowanych doświadczeniach i zapoznała się z odpowiednimi procedurami.

O godzinie 23:04 25 kwietnia z dyspozytorni mocy w Kijowie nadeszła zgoda na wyłączenie reaktora. To opóźnienie było właściwie przyczyną katastrofy. Dzienna zmiana w Czarnobylu, zaznajomiona z procedurami, dawno już zakończyła pracę. Zmiana popołudniowa szykowała się do odejścia, a nocna, która rozpoczynała pracę o północy, miała przejąć kontrolę reaktora już w trakcie eksperymentu. Zespół ekspertów również odczuwał zmęczenie bezczynnym oczekiwaniem od rana, a przekazane im opisy procedur pełne były ręcznych poprawek i skreśleń.

No i stało się. Poprzez nieudolne prowadzenie procedur i wady konstrukcyjne mechanizm wprowadzający pręty kontrolne do rdzenia nie zadziałał zgodnie z przywidywaniami. Jeszcze gorsze skutki miała sama wadliwa konstrukcja prętów. Ich końcówki wykonane były z grafitu i wbrew zamierzeniu przyspieszały reakcję łańcuchową. W efekcie, zamiast wygasić reaktor, spowodowały nagły wzrost mocy. Gwałtowny wzrost ciśnienia pary wodnej w reaktorze o godzinie 01:24 26 kwietnia, w 20 sekund po rozpoczęciu eksperymentu, doprowadził do pierwszej eksplozji pary, która wysadziła ważącą 2 tys. ton osłonę stalowo-ołowiano-betonową pokrywającą reaktor. Do atmosfery trafiło wszystko – kilka ton prętów uranowych, grafitowych, cyrkonowych i beton z konstrukcji reaktora. Wszystko to w temperaturze około 3000°C. Przez kolejnych 9 dni wszystko to płonęło i uwalniało do atmosfery całą gamę izotopów promieniotwórczych. Ten radioaktywny pył wiatr roznosił po całej Europie.

Przyległa okolica zmieniała się w pustynię, a zielone lasy sosnowe wokół elektrowni poczerwieniały. Władze ZSRR naturalnie starały się ukryć fakt katastrofy. Przeprowadzono natychmiastową ewakuację miasta Prypiat’ – zamieszkałego przez obsługę elektrowni. Pożar starano się gasić własnymi siłami, chociaż poziom radioaktywności terenu był tak wysoki, że nie dawał się zmierzyć istniejącymi urządzeniami. Te obliczone były na „normalne” warunki i brakowało im skali na wypadek tego rodzaju awarii. Na pierwszy ogień – dosłownie w ogień – rzucono straże pożarne z samej Prypeci, Kijowa i później ściągano je z innych miast Ukrainy.
Pierwsza zaalarmowała Szwecja. Ich urządzenia odnotowały niebywały wzrost poziomu radioaktywności. Analizując kierunek wiatrów z ostatnich dni jednoznacznie wskazały na awarię na terenie ZSRR. Później zaczął mówić o tym cały świat.

Bezpośrednio w wyniku katastrofy zmarło 31 osób, ponad 200 zachorowało na chorobę popromienną, a z otaczających elektrownię terenów w promieniu 30 km ewakuowano ponad 350 tys. ludzi, tworząc strefę ochronną. Elektrownia atomowa w Czarnobylu, pomimo prowadzonych działań uszczelniających na 4 reaktorze pracowała do 2000 r. Według naukowców z Komitetu Naukowego Narodów Zjednoczonych ds. Skutków Promieniowania Atomowego, katastrofa miała znacznie mniejsze rozmiary, niż od lat głoszą media. Wszystkie badania radiometryczne potwierdzają, że silnie skażony obszar w okolicach elektrowni ma powierzchnię zaledwie pół kilometra kwadratowego. Dawki promieniowania, jakie otrzymały matki będące w ciąży, były znacznie mniejsze od tych, jakie w ułamku sekundy otrzymały kobiety w Nagasaki i Hiroszimie, a jednak w Japonii nie odnotowano zwiększonej ilości urodzeń dzieci z poważnymi wadami genetycznymi.

A jednak po 30 latach trwa rozwój chorób genetycznych i różnorodnych anomalii – to pokolenie urodzone po katastrofie obecnie ma swoje dzieci. Lecz statystyki tego już nie wiążą z wydarzeniami 26 kwietnia 1986 roku w Czarnobylu.

Krzysztof Szymański

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.