W imieniu narodu – w imię Bandery

-a A+

Obserwując ukraińsko-polskie batalie wokół kwestii historycznych, trudno pozbyć się wrażenia, jak łatwo komuś udaje się przyswoić sobie prawo mówienia w imieniu „wszystkich Ukraińców”. Zwłaszcza, że ukraińska historia jest złożona i niejednoznaczna, nieokreślona, mało zbadana i stanowczo zbyt przeideologizowana.

W takich warunkach interesująca jest nie tylko ogólna procedura generowania ukraińskiej „skonsolidowanej” pozycji, ale też kto i w jakiej roli uczestniczy w tym procesie. Na czyich wywodach opierają się ci ludzie, skąd czerpią wiadomości i informację i kto określa etapy i mechanizmy jej formowania? Doprawdy, jeżeli kwestie historyczne są tak ważnym czynnikiem w kształtowaniu nie tylko wewnętrznej, ale i zewnętrznej polityki, to dlaczego do dziś nikt nie prześledził procesu formowania pozycji „strony ukraińskiej”, przeznaczonych na różne fora międzypaństwowe? Dlaczego tak ważne mechanizmy przyjmowane są jako już określone i „na wiarę”?

Do skutecznych chwytów rosyjskiej wojny informacyjnej należy nadmierne uogólnianie pojedynczych faktów, poszczególnych myśli i wypowiedzi, by przedstawić je następnie jako ogólną zasadę czy wręcz tendencję. Wskutek tego na podstawie wywiadu z pojedynczym włoskim farmerem wyciąga się wniosek, że całe Włochy myślą jedynie o tym, kiedy w końcu zostaną zdjęte sankcje z Rosji. Albo na podstawie reportażu z wiecu partii „Alternatywa dla Niemiec”, organizowanego nie bez rosyjskich wpływów, ogłasza się, że „Niemcy są skrajnie niezadowoleni z polityki Angeli Merkel i nie chcą jej więcej widzieć u steru potężnego państwa Unii Europejskiej”. Puszcza się tu w ruch jawne manipulacje, gdy wyrywane są z kontekstu słowa tejże Merkel, w wyniku czego po ukraińskich mediach i forach społecznościowych przewala się fala tsunami oburzenia polityką „frau Ribbentrop”.

Od tej technologii nie stronią też współcześni twórcy ukraińskiej polityki historycznej. Również oni usiłują podawać pojedyncze przypadki jako ogólną zasadę, a poszczególne chaotyczne ruchy jako ogólną tendencję. Na przykład, „odżegnując” się od zarzutów antysemityzmu OUN i UPA, nowi ideologiczni żołnierze mówią o lekarzach żydowskich w szeregach zbrojnego ukraińskiego podziemia. To, że Żydzi dołączali do oddziałów UPA nie z własnej woli i nie z pozycji ideologicznych, dla tych ludzi nie ma znaczenia. Pomijają fakt, dlaczego właśnie Żydzi-lekarze mieli szansę uratować się, lecząc chorych i rannych żołnierzy UPA. Zrozumiałe jest, że to właśnie lekarze byli fachowcami, najbardziej cenionymi podczas wojny. To dzięki swemu zawodowi otrzymali szansę przeżycia. Lecz nie na długo. Wraz ze zbliżaniem się Armii Czerwonej te ideologicznie niepewne elementy zaczęto fizycznie usuwać.

Do tych manipulacji można odnieść też próby negowania antysemityzmu w OUN, operując dosłownie kilkoma przypadkami ratowania członków tej organizacji przez lekarzy żydowskich, jednocześnie ignorując setki przykładów wręcz przeciwnych.

Do tej samej kategorii należą próby „wmontowania” nacjonalistycznej linii w praktyki upamiętnienia kolejnych rocznic tragedii Babiego Jaru. Próby „rozwodnienia” przez przedstawicieli UIPN tragedii narodu żydowskiego, wstawianie planszy informacyjnych o rozstrzeliwaniu w tym miejscu ukraińskich nacjonalistów, mają jeszcze jeden ukryty cel. Ponieważ tragedia Babiego Jaru stała się symbolem Holokaustu, historycy z UIPN zapragnęli „wybielić” członków OUN akcentując, iż reżym faszystowski, mordując tu ukraińskich nacjonalistów, uważał ich za swoich wrogów. Przemilczając wcześniejszą współpracę tych ludzi z reżymem okupacyjnym można wśród niedoinformowanych Ukraińców wywołać wrażenie, że członkowie OUN zawsze walczyli z niemieckimi okupantami.

Hałas medialny po wystąpieniu prezydenta Izraela Reuwena Riwlina w Radzie Najwyższej Ukrainy miał odwrócić uwagę społeczeństwa od brutalnych manipulacji w dziedzinie praktyk upamiętnienia tragedii Babiego Jaru. Atakując Riwlina, twórcy współczesnej polityki historycznej w podstępny sposób zmobilizowali antysemicki potencjał do obrony „naszych” historycznych bohaterów. Ale kto właściwie nadał im taki status? Na jakich badaniach naukowych opierał się UIPN, podsuwając Ukraińcom ten wniosek? Pośród tych pytań, pozostających bez odpowiedzi, nasuwa się jeden wniosek: proponuje się nam uwierzenie „na słowo” ludziom, których kompetencje zawodowe wywołują wiele wątpliwości.

Słowem, twórcy współczesnej pamięci historycznej, bez badań i konsultacji, przypisują całej Ukrainie odpowiedzialność za działalność radykalnych nacjonalistów podczas II wojny światowej. Ponadto czynią to bez konsultacji ze specjalistami i bez przyzwolenia społecznego. Jak lunatycy, nie chcą zobaczyć, że bezmyślna gloryfikacja wszystkich bez wyjątku uczestników ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego, wśród których byli i kolaboranci nazistowscy, i biorący udział w Holokauście, i uczestnicy czystek etnicznych wśród Polaków na Wołyniu, że takie myślenie wypycha nas z kręgu cywilizowanych narodów europejskich. Taka polityka może doprowadzić do izolacji Ukrainy. Trudno wobec tego wyobrazić sobie, by wiodące państwo UE – Niemcy, zgodziło się na rewizję historii jedynie po to, by Ukraina miała „swoich” bohaterów, którzy mieli by jej pomóc w dzisiejszej walce przeciwko agresji rosyjskiej.

I tu powstaje sakramentalne pytanie: po co i w imię czego musi Ukraina ponosić takie wizerunkowe ofiary? Czyżby ukraińska elita rządząca nie widziała, że taka polityka historyczna prowadzi do wewnętrznej polaryzacji społeczeństwa, czyniąc je bardziej podatnym na manipulacje? Że wywołuje, mówiąc oględnie, ochłodzenie stosunków z Izraelem, a z jeszcze zupełnie niedawnym sojusznikiem – Polską – doprowadza do realnej wojny historycznej? Nikt nie twierdzi, że Ukraina powinna „uginać” się przed swymi sojusznikami, zdradzać interesy narodowe lub milczeć z zaciśniętymi zębami widząc na wskroś niesprawiedliwe działania któregoś z nich. Ukraina powinna precyzyjnie określić swe podstawowe priorytety. Tu właśnie należy postawić sobie pytanie: czy nie będzie nas zbyt drogo kosztować gloryfikacja wątpliwych bohaterów? Należy odpowiedzieć sobie jednoznacznie: co jest dla współczesnej Ukrainy ważniejsze: utrwalenie w świadomości zbiorowej kanonu z wątpliwymi historycznymi bohaterami, czy dalsze istnienie niezależnego państwa ukraińskiego? Czyli mówiąc brutalnie: zmusić świat i Ukraińców czcić Stepana Banderę czy raczej zachować państwo ukraińskie?

Aby odpowiedzieć na postawione pytania, należy zastanowić się, po co w ogóle potrzebny jest nam ten kanon historyczny. Po co ogłaszać bohaterami wątpliwych działaczy z przeszłości? Tym bardziej, że przepychanie takiego kanonu nawet w samej Ukrainie odbywa się z niemałym zgrzytem. Prezes Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz uważa, że historia walki OUN i UPA zawiera w sobie wielki potencjał mobilizacyjny. Rozumując logicznie, tak mogłoby być. Bo spoglądając wstecz, by szukać tych, którzy z bronią w ręku walczyli o niepodległe państwo ukraińskie, zobaczymy, że wszystkie ścieżki prowadzą do UPA. Rzeczywiście, radzieccy Ukraińcy w szeregach Armii Czerwonej walcząc przeciwko niemieckiej agresji, walczyli, w najlepszym razie, o radziecką Ukrainę. Zaś Ukraińcy w armii amerykańskiej czy kanadyjskiej w koalicji antyhitlerowskiej walczyli hipotetycznie (i nie tylko) przeciwko batalionom Roland, Nachtigal, dywizji SS Galizien i 1 Ukraińskiej dywizji UNA.

Policjanci, którzy prawie dwa lata wiernie służyli Niemcom i na początku 1943 roku z bronią w ręku poszli do lasu, tworząc bazę do powstania UPA, nie mogli nie uczestniczyć w masowych egzekucjach Żydów. Przyszły dowódca UPA Roman Szuchewycz, przyszedł do Lwowa pod koniec czerwca 1941 roku w mundurze oficera Wermachtu. Mundur ten zdjął dopiero pod koniec 1942 roku, ochraniając w tym czasie (według wersji oficjalnej) obiekty wojskowe na Białorusi. Potem był rok 1943 i masowe czystki etniczne Polaków. Jak postrzegał te krwawe wydarzenia? Dlaczego ich nie powstrzymał? Jako niemiecki oficer zawodowy, a ponadto przedwojenny polityk, nie mógł nie pojmować fatalnych skutków i, proszę wybaczyć, braku perspektyw tego przelewu krwi. Zrozumiałe jest, że dalsza walka Romana Szuchewycza, szczególnie po 1944 roku, nie mogła nie być owiana aureolą poświęcenia i oddanej, bezalternatywnej walki z radzieckim reżymem. Można go szanować, chociażby za to, że nie uciekł, nie zostawił swych towarzyszy broni i podzielił z nimi ich tragiczny los. Uczynił to świadomie, w odróżnieniu od wielu liderów ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Walka jednak z reżymem sowieckim nie może być usprawiedliwieniem dla działacza z niejasną przeszłością na początku II wojny światowej. Przynajmniej nie nadaje się on na wzór do naśladowania, na klasycznego bohatera podręcznikowego.

A z drugiej strony, pozostaje jeszcze wiele innych pytań do dowództwa UPA i liderów OUN. Dlaczego ukraińscy chłopcy, których wieziono na punkty mobilizacyjne na Zachodniej Ukrainie w 1944 roku, po spotkaniu z upowcami stawali przed niepociągająca perspektywą: zginąć na miejscu czy pójść z nimi do lasu? Czyje strategiczne pomyłki mieli oni później okupić własną krwią i życiem? A może warto wreszcie zastanowić się nad pytaniem, czy Stepan Bandera, Mykoła Łebid’ i Roman Szuchewycz, wbrew zdrowemu rozsądkowi, zamiast znaleźć alternatywę bezsensownej walce w podziemiu, nie dopuścili się przestępstwa przeciwko kwiatowi młodzieży ukraińskiej?

Współczesna polityka historyczna Ukrainy, niestety, nie tylko nie stawia takich pytań – ona ich nawet nie dopuszcza. W jej wyniku eksponujemy to, co bezsprzecznie negatywne, zaś obiecane zdobycze pozostają złudne i wątpliwe.

W kolejnym artykule będzie mowa o walce ukraińskiej i polskiej polityki historycznej i o tym, do czego może to doprowadzić.

Wasyl Rasewycz
Ukraińska wersja artykułu
została opublikowana na lwowskim portalu zaxid.net
Tekst ukazał się w nr 5 (273) 17 marca – 10 kwietnia 2017

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.