W imieniu narodu

-a A+

O ukraińskiej transformacji i procesach zachodzących w ukraińskim społeczeństwie – rozważań Wasyla Rasewycza ciąg dalszy

Patrząc na ostatnie 25 lat historii Ukrainy, a szczególnie na to, jak sukcesywnie postępowała adaptacja starego sowieckiego systemu dla potrzeb niezależnego państwa, można zrozumieć, dlaczego Ukraina stała się de facto sowiecko-nacjonalistycznym tworem. Świetnym przykładem jest prowadzona ostatnio bardzo krzykliwa kampania desowietyzacji społeczeństwa (walka z symbolami radzieckimi – red.). Trzeba tu wspomnieć, że władza w państwie nominalnie wykonywana jest dalej przez rady – czyli coś, co nieodmiennie kojarzy się z systemem radzieckim. Czyż to nie absurd, gdy decyzje o pozbyciu się symboli radzieckich zostają uchwalone przez rady?

Zachodzi też pytanie, po co są te rady, skoro i tak nic od nich nie zależy? Jak się okazało, nie zależy od nich, nawet przemianowanie miast, wiosek, ulic czy placów. Dlaczego centralne władze w Kijowie nie ufają regionom i nie zezwalają im na najmniejsze nawet inicjatywy? Dlaczego władze w Kijowie mówią w imieniu abstrakcyjnego narodu, a zbliżając się do realnych ludzi w regionach, przestają ich słyszeć?

Akcyjność – oznaką czasów sowieckich
Dziwne, ale często nawet wykształceni ludzie nie zwracają uwagi na znaczenie słów. W kraju prowadzona jest walka o dekomunizację, niszczone są pomniki i tablice pamiątkowe z okresu sowieckiego, zmieniane są nazwy miast, ulic, placów. I prawie wszystko jest uzasadnione, oprócz tego, że niszczone są czasem prawdziwe dzieła sztuki. Jest to dobre jedynie z formalnego punktu widzenia. Rzecz w tym, że pod pojęciem „dekomunizacja” kryje się o wiele więcej niż usuwanie ideologicznych konstrukcji przeszłości z ukraińskiej przestrzeni społecznej. Jeżeli uważnie przypatrzymy się tej polityce, to zobaczymy, że mamy sprawę nie tylko z desowietyzacją, ale i z derusyfikacją. Wiadomo, że przedrewolucyjni pisarze rosyjscy niczego wspólnego z komunistycznym reżymem nie mieli. Jednak bolszewicy po zawładnięciu nowych terenów szybko przemianowywali przestrzeń w rosyjsko-komunistycznym stylu i po to instrumentalizowali nawet nazwiska starego reżymu. Czyniono tak bez oglądania się na zdanie lokalnej społeczności.

Obecni dekomunizatorzy często zarzucają – a czemuż to nie protestowaliście przeciwko nowym nazwom, narzucanym odgórnie? A czy ktoś pytał o nasze zdanie? Jest to dość dziwna logika, bo w taki sposób można dojść do pytania: dlaczegóż dopuściliście władzę komunistyczną u siebie? Dlaczegóż nie protestowaliście przeciwko Wielkiemu Głodowi? Dlaczegóż byliście ulegli wobec Stalina? Dlaczegóż witaliście Hitlera? I jeszcze wiele takich pytań. W tym kryje się jeden wspólny wyróżnik – dla okresu sowieckiego i obecnej sytuacji na Ukrainie – akcyjność.

Sowiecka akcyjność była elementem kultury politycznej, kiedy człowiek był niczym, małą śrubką w ogromnym mechanizmie. Kiedy prawo do prawdy posiadały jedynie władze najwyższe partii komunistycznej, wśród których stale prowadzono „czystki”, aby raz i na zawsze odbić ludziom chęć do własnej inicjatywy i odebrać prawo do własnego zdania. Współczesna akcyjność podyktowana jest nie tylko wyłącznie koniecznością chwili – nikt nie podaje w wątpliwość konieczności zerwania z komunistyczną przeszłością – ale też obawą, że społeczeństwo może się opamiętać i zacząć stawiać opór. Jeżeli wahać się i ociągać, to można dociągnąć i do przedterminowych wyborów parlamentarnych, w których nie wiadomo, kto zwycięży. A to, jak pokazują ostatnie wydarzenia, może doprowadzić do gwałtownego zwrotu w historycznej polityce państwa.

Kolejną oznaką akcyjności jest przyznanie sobie przez centrum prawa mówienia w imieniu abstrakcyjnego narodu, który niby to we wszystkim ma to samo zdanie i te same hasła oraz delegował to prawo jakiejś instytucji. Jeżeli już być dokładnym – to Ukraińskiemu Instytutowi Pamięci Narodowej (UIPN). Ta instytucja ma już gotową listę kolejnych eliminacji z przestrzeni publicznej w ramach dekomunizacji. Przypomina mi to bardziej praktyki sowieckie lub styl działania hunwejbinów w okresie rewolucji kulturalnej w Chinach.

Dekomunizować!
W na wskroś zdekomunizowanym obwodzie lwowskim nie znaleziono niczego lepszego jak zmienić nazwę wioski Andrijiwka (niby nazwanej na cześć działacza komunistycznego) na brzmiące bardziej melodyjnie Marmuzowyczi. Jestem przekonany, że mieszkańcy nawet nie zastanawiali się, na cześć jakiego Andrija nazwano ich miejscowość. Gdyby ich zapytano, to chyba nikt nawet nie wspomniał by dyrektora stacji maszynowej Andrejewa, imieniem którego nazwano wioskę w 1946 roku. Większość opowiadałaby pewnie o apostole Andrzeju. Ale jednak UIPN nalegał na historycznych Marmuzowyczach. Tu wynika pytanie: dlaczego nie Firlejówka? Przecież tak też kiedyś wioska się nazywała.

Przypuszczam, że tej wersji nawet nie rozpatrywano, bo ówczesny właściciel wioski, niejaki Firlej, był magnatem i na dodatek kalwinistą. Nie, imieniem magnata, a jeszcze protestanta, prawdziwa ukraińska wioska nazywać się nie może! Ale tu nagle zeszli się w klinczu z jednej strony właściciel patentu abstrakcyjnego narodu na prawdziwą historię (UIPN) i realny naród w postaci lokalnych mieszkańców. Rolnicy nie zechcieli nazywać się marmuzowyczanami i wysłowili protest, ale kto ich tam usłyszy? Teraz czeka ich długa droga od lwowskiej Rady Obwodowej do Rady Najwyższej. A ta, jeżeli będzie miała dobry humor, skasuje nową nazwę. Interesujące, jaką jeszcze nazwę w zapasie ma dla wioski UIPN?

Na Wołyniu nadano nowe nazwy dwóm miejscowościom i w obu przypadkach wybuchła awantura. Wioskę Żowtnewe (czyli Październikowe – jakże straszna komunistyczna nazwa) UIPN doradził Radzie Najwyższej przemianować na Suswal ku czci 24-letniego mieszkańca wioski Piotra, który zginął w ATO. Ale honorując młodego bohatera i starając się uwiecznić pamięć o nim, nie należało stosować metod sowieckich. Zaprotestowała cała wioska, a ojciec Piotra Suswala ogłosił, że jest kategorycznie przeciwko takiej zmiany nazwy miejscowości. Obecnie Wołynianie są zmuszeni zwracać się do Rady Najwyższej z prośbą o zmianę tej nowej nazwy i nazwać ich wioskę Switankowe.

Do skandalu doszło i przy przemianowaniu wioski Majaki (jeszcze bardziej straszna komunistyczna nazwa), której przywrócono historyczną nazwę – Kniahynynok. Ładna nazwa, lecz ludzie są przeciwni i mają do tego prawo. Lecz UIPN też nie ustępuje, bo jak ludzie śmią zrywać plany dekomunizacji w skali całego państwa?

Żarty żartami, ale w tym wszystkim najgorsze jest to, że w tych historiach władze ukraińskie mało w czym różnią się od sowieckich. Te same dyrektywy i ta sama akcyjność – nie ma miejsca dla zdrowego rozsądku. Znów widzimy jak reprezentanci abstrakcyjnego narodu nie chcą zauważać propozycji konkretnych mieszkańców, którzy musieliby z tymi nazwami dalej żyć. Proszę się zgodzić – taki upór Kijowa trudno zrozumieć.

Jako kolejny przykład barbarzyńskiej dekomunizacji można podać historię pisarza i filozofa z Zachodniej Ukrainy Stepana Tudora. Na początek, w ramach dekomunizacji, została zasłonięta tablica w miejscu tragicznej śmierci dwóch pisarzy – Hawryluka i Tudora, a następnie po cichu zdjęto i samą tablicę. Dalej kolej przyszła na pomnik Tudora. Przecież w kraju, gdzie trwa wojna, panuje korupcja i nie ma reform, nie ma innej możliwości zaznaczyć swoją obecność, jak zniszczyć pomnik. Gdyby nie reakcja policji, Tudora już dawno sprzedano by w skupie złomu, a z czasem przetopiono na któregoś z nacjonalistycznych działaczy. Tudor nie przetrzymał długo, bo władze Lwowa nakazały demontaż pomnika.

Ta historia pokazuje, że niekontrolowana polityka upamiętnienia we Lwowie, która często odbywa się pod naciskiem tłumu, powinna się już zakończyć. Jednak nic z tego. Tylko gdy zabraknie śladów sowieckich w przestrzeni publicznej, czy oszalały tłum nie znajdzie sobie innych wrogów w kamieniu i spiżu? Polaków, na przykład…

Co z oczu, to i z serca
I wszystko to dzieje się na Ukrainie Zachodniej, gdzie dekomunizacja odbyła się przed ponad 20 laty. A co możemy powiedzieć o Centrum, o Wschodzie czy Południu? Naturalnie w tych regionach dekomunizacja powinna odbywać się na większą skalę, przede wszystkim przez olbrzymią ilość starych nazw. Ale wynika tu nowy problem: imionami jakich nowych bohaterów nazywać miasta, ulice, place? Czy warto w tym przypadku koncentrować się na postaciach historycznych, szczególnie na tych, które są obce na danym terenie, a na dodatek w świadomości społecznej funkcjonują jako antybohaterzy? Narzucanie ich przez „cyrkularze” z Kijowa może na jakiś czas zmusić tych, którzy się nie zgadzają, zamilknąć. Ale nie ma żadnych gwarancji, że przy pierwszej okazji ludzie nie zagłosują na polityczną siłę, która będzie obiecywała nie poprawę warunków życia i zmiany socjalne, a przywrócenie starych bohaterów.

Wschód i Południe bardziej pozorują politykę historyczną, i udają się do różnych sztuczek wobec Kijowa. Wszystko to jakoś się jeszcze trzyma, bo istnienie państwa jest zagrożone. Niedawno przemianowane Dnipro (dawn. Dniepropietrowsk – red.) – jest nie mniej patriotyczne od Kijowa. Kropiwnicki potwierdził dziesiątkami poległych bohaterów, że gotów jest bronić państwa. A jaki cel ma Kijów, gdy ignoruje pozycję tych miast w kwestii tego, jak chciałyby się nazywać? Nie dorosły? Nie są dość patriotyczne czy nie odpowiadają jakiemuś tajemnemu kanonowi?

Problem leży też w tym, że Kijów – a raczej UIPN – stara się ustawowo poszerzyć strefę bohaterów nacjonalistycznych na całe państwo. Bohaterów, którzy, co tu dużo mówić, mają zachodnioukraińskie pochodzenie. Dlatego w Dnieprze pojawiły się ulice Romana Szuchewycza, Jewhena Konowalca, Ołeny Teligi, Wasyla Kuka i nawet Dmytra Doncowa. Lecz prawdę powiedziawszy, UIPN nie ma powodu do radości.

Po pierwsze. Mieszkańcy tego regionu mają o nich swoje własne zdanie i nie tak prędko je zmienią – jeżeli w ogóle kiedyś to nastąpi. Najprawdopodobniej te nazwy będą tu zupełnie „desakralizowane”, jak to miało miejsce w Kijowie, gdy kierowca busa zapytał pasażerów: „Na Tielegie (zbieżność nazwiska z wozem – red.) wysiadają”?

Po drugie, mieszkańcy Dniepra czy Odessy takie narzucanie im nazw będą uważali za swego rodzaju „upokorzenie” prowincji przez centrum. A przy takim podejściu perspektywy naszego państwa znacznie się zawężają.

Akt swego rodzaju „upokorzenia” poprzez nakazową politykę historyczną jest też niebezpieczny przez możliwe wewnętrzne i międzynarodowe konsekwencje. Na przykład: w Dnieprze i w Odessie (w Odessie – z rozporządzenia Micheila Saakaszwilego) pojawiła się ul. Dmytra Doncowa – znanego ze swych nacjonalistycznych, prawie rasistowskich teorii. Jest on autorem koncepcji ukraińskiego integralnego nacjonalizmu, w który uzbroiła się OUN i m.in. czyniła w 1943 roku etniczne czystki na Wołyniu przeciwko Polakom. Doncow znany był też jako przekonany antysemita. Nie trzeba tu szczegółowego udowodnienia, wystarczy jego utwory otworzyć na dowolnej stronie. I tu wynika pytanie: po co to robić w Dnieprze i Odessie? Może ktoś w tych miastach wystąpił z taką inicjatywą? Na życzenie jakich „mas pracujących” w tych miastach, znanych ze swej społeczności żydowskiej, pojawiły się ulice nazwane imieniem tego zagorzałego antysemity? Co chciał przez to osiągnąć Kijów w polityce historycznej? Wskazać „nieprawomyślnym” ich miejsce? Na wszystkie te pytania można odpowiedzieć z pewnością: jedynie nie dla konsolidacji ukraińskiego narodu politycznego na tak ważnym etapie rozwoju, a już zupełnie nie dla integracji Dniepra i Odessy do Ukrainy.

Raz jeszcze pozwolę sobie powtórzyć: polityka historyczna w normalnym państwie prowadzona jest w celu konsolidacji społeczeństwa, a nie jego rozbicia. Polityka pamięci w tak rozchwianym społeczeństwie jak ukraińskie, powinna być skierowana na pogodzenie ludzi, a nie na podsycanie antagonizmów. Jak dotąd władze centralne lekceważą sobie ten kierunek polityki, oddając go w ręce ludzi zideologizowanych i niezbyt kompetentnych. Ludzi, którzy nawet dekomunizację prowadzą formalnie i według powiedzenia „co z oczu, to i z serca”. Jednak w życiu tak nie ma. Należy usunąć przyczynę, a nie walczyć z konsekwencjami.

Wasyl Rasewycz
Tekst ukazał się w nr 18 (262) 30 września – 13 października 2016

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.