Nad pięknym modrym Dunajem

-a A+

Zapożyczyłem ten tytuł z popularnego walca autorstwa Johanna Straussa skomponowanego w 1867 roku, aby opisać kolejny wyjazd Polskiego Teatru Ludowego ze Lwowa do stolicy Austrii.

Wyjazd odbył się w ramach festiwalu teatralnego, trwającego od 5 do 7 października br. pod nazwą Viennalia 2018, w którym udział gościnnie wzięły zespoły teatralne działające w Czechach, na Litwie i Ukrainie.

W festiwalu udział biorą wyłącznie teatry polskie. W odróżnieniu od poprzedniego wyjazdu do Wiednia przed dwoma laty, ten wyjazd był wyjątkowo „roboczy”. Czasu na zwiedzanie miasta i jego zabytków prawie nie było, bowiem lwowscy aktorzy zostali zaproszeni na premierę spektaklu wiedeńskiego teatru AA Vademecum – organizatora całej imprezy. Jak poprzednim razem, lwowski teatr skorzystał z zaproszenia dyrektor Vademecum Beaty Paluch. Wiedeńską publiczność rozbawiliśmy przedstawieniem Benedykta Hertza „Czupurek”.

Imprezę rozpoczęli gospodarze sztuką Witolda Gombrowicza „Operetka”. Była to premiera przedstawienia i od razu przed wymagająca publicznością. Reżyserowała sztukę, niełatwą w odbiorze i wymagającą od autorów znacznego wysiłku w przygotowaniu tekstu, jego interpretacji i odpowiedniej scenografii (autorstwa Marty Grudzińskiej), Lena Szurmiej. Po wielomiesięcznych próbach aktorzy nagrodzeni zostali owacjami na stojąco i widać było, że pomimo zmęczenia (niełatwo jest grać pod maskami) czuli satysfakcję z dobrze wykonanego dzieła.

Kolejny dzień był nasycony również wrażeniami teatralnymi. W dziennym spektaklu wiedeńska publiczność zobaczyła „Czupurka”. Chociaż sztuka posiada podtekst raczej skierowany do dorosłej części widowni, to również obecne na sali dzieci bawiły się wspaniale, obserwując kolorowe kostiumy (autorstwa Heleny Jacyno), zabawne ruchy aktorów i przyjmowały przedstawienie po swojemu. Dowodem uznania były liczne sesje zdjęciowe i selfie z aktorami w strojach scenicznych oraz wspólne zdjęcie z aktorami przed teatrem Brett. Nastąpiło coś, do czego wcześniej dyrektor Teatru Zbigniew Chrzanowski kategorycznie nie dopuszczał – aktorzy w swoich strojach wyszli do publiczności.

Po spektaklu miała miejsce sympatyczna uroczystość nagrodzenia aktorki Anny Gordijewskiej statuetką „Złotej Sowy Polonii” przyznawaną przez kapitułę tej nagrody pod przewodnictwem redaktor naczelnej pisma „Jupiter” Jadwigi M. Hafner. Nasza redakcyjna koleżanka została uhonorowana tą nagrodą w dziedzinie „Media” w 2013 roku. Jednak z powodu wydarzeń na Ukrainie nie mogła osobiście jej odebrać. Dopiero teraz, po pięciu latach, statuetka „Złotej Sowy Polonii” trafiła do rąk adresatki.

Anna Gordijewska (pośrodku) ze statuetką „Złotej Sowy Polonii” (fot. Krzysztof Szymański)

Wieczorny spektakl w tym dniu zagrali aktorzy z Zespołu teatralnego im. Jana Cienciały z Wędryni w Czechach. Przedstawili oni sztukę Rumi Birdena „Czary Mary Sp. z o.o.”, wyreżyserowaną przez Janusza Ondraszka. Jest takie ludowe powiedzonko: „Uważaj o czym marzysz, bo może ci się spełnić”. Na tym stwierdzeniu zbudowana jest treść sztuki, kiedy to do pary głównych aktorów zjawia się agent, który oferuje natychmiastowe spełnienie każdego marzenia. Okazuje się, że nawet z tym trzeba uważać. Mamy nadzieję, że tę zabawną komedię zespół z Wędryni przedstawi lwowskiemu widzowi podczas najbliższej Wiosny Teatralnej w 2019 roku.

Viennale 2018 zamknęło znane już lwowskiemu widzowi przedstawienie „Emigrantów” Sławomira Mrożka w wykonaniu Polskiego Studia Teatralnego w Wilnie w reżyserii Piotra Cyrwusa. Ten spektakl oglądaliśmy podczas tegorocznej Wiosny Teatralnej.

Na tym nie zakończyły się jednak występy lwowskich aktorów. W drodze powrotnej „zahaczyli” o gościnną, jak zawsze, Wędrynię. Tutaj w tych samych dniach – 5–7 października – odbyły się „Melpomeny”, czyli kolejny festiwal zespołów artystycznych. Swoją twórczość prezentowały w wędryńskiej „Czytelni” zespoły dziecięce, amatorskie zespoły teatralne skupisk polskich na terenie Zaolzia. Lwowski Teatr na zakończenie festiwalu wystąpił z „Czupurkiem” i zebrał gromkie brawa i owacje. Podobnie jak w Wiedniu, na widowni również zasiadły dzieci i bawiły się wspaniale, po swojemu odbierając treść spektaklu. Ponieważ aktorzy lwowskiego teatru dobrze znani są mieszkańcom tej górskiej miejscowości, niektóre wypowiadane przez nich kwestie miały specyficzny podtekst. W takiej atmosferze zarówno widownia, jak i aktorzy wspaniale bawili się sztuką, a gratulacjom i uściskom po przedstawieniu nie było końca.

W takich nastrojach żal było opuszczać tę gościnną miejscowość i jej gospodarzy, ale jak zawsze żegnano się „Do widzenia”, wierząc, że na pewno dojdzie do kolejnych spotkań.

Rozkochani w teatrze
O festiwalach teatralnych: Viennalia – w Wiedniu, Melpomenki – w Wędryni rozmawiała Anna Gordijewska

z Beatą Paluch,
kierownikiem Teatru AA Vademecum w Wiedniu, pomysłodawczynią festiwalu Viennalia

Jak się narodził pomysł zorganizowania Festiwalu Teatrów Polonijnych Viennalia w Wiedniu?
Pomysł zrodził się po naszych wizytach we Lwowie i Wilnie. Po tych festiwalach postanowiłam jakoś odwdzięczyć się grupom, które nas gościły przez te lata. W ubiegłym roku była taka mini edycja. W tym roku festiwal wzbogacił się jeszcze o jeden kraj – Czechy, a konkretnie o Wędrynię na Zaolziu.

Kiedy powstał teatr „Vademecum”?
Teatr AA Vademecum z Wiednia istnieje już od 17 lat. Jest to ewenement, ponieważ nie mamy swojego pomieszczenia, a nawet sali prób. Jesteśmy finansowani przez miasto Wiedeń i minimalnie przez Ambasadę Polską. Współpracujemy z różnymi reżyserami, m.in. w tym roku z Leną Szurmiej, która wyreżyserowała premierowy spektakl podczas tegorocznego festiwalu.

Dlaczego wybrałaś „Operetkę” Gombrowicza jako spektakl premierowy?
Chcemy próbować wystawiać coraz to nowe sztuki. W tym przedstawieniu jest dużo elementów tanecznych i bardzo wiele wokalnych, czego do tej pory nie robiliśmy. Bardzo nam się podobało, a jednocześnie bardzo ciężko było pracować nad tym projektem. Praca nad tym spektaklem trwała aż osiem miesięcy, co prawda w systemie 10 dni w miesiącu. Lena Szurmiej musiała dojeżdżać do nas z Warszawy, inaczej nie byłoby to możliwe. Natomiast cały wrzesień mieliśmy próby dzień w dzień i było to bardzo męczące. Ciężka praca, ale uważam, że warto było. Nasz teatr jest teatrem amatorskim. Aczkolwiek Lena zabroniła nam dzielić teatry na amatorskie i zawodowe, ponieważ uważa, że dokładnie tyle samo pracuje się z amatorami co z zawodowcami. My jako teatr nieprofesjonalny powinniśmy dawać z siebie wszystko i pracować tyle samo co profesjonaliści. Cieszy mnie, że dołączają do naszego zespołu nowe osoby, mamy nowe dwie panie i dwóch panów, a po naszej premierze zgłaszają się następni. Nasz teatr zaczyna się rozwijać bardzo prężnie i to jest budujące.

z Leną Szurmiej
polską aktorką, reżyserem teatralnym, pedagogiem z Warszawy

Czy Pani po raz pierwszy pracowała z wiedeńskim zespołem teatralnym?
To nie pierwsze moje spotkanie z teatrem „Vademecum”. Robiłam z nimi „Pop corn”. Potem często przyjeżdżałam na warsztaty, prowadziłam z aktorami zajęcia metodą Meisnera. Wybrałam „Operetkę”, ponieważ uważam, że jest nie często wystawiana, a mnie się wydaje, że dobrze odczytałam tę sztukę, tak jak chciał ją widzieć Witold Gombrowicz. Te realizacje, które obejrzałam, nijak nie przystawały do tego, co on chciał zobaczyć. Było o miłości Albertynki i hrabiego, o ich życiu codziennym. Nie było o świecie, w którym żyjemy i jaka jest teraz nasza kondycja. William Szekspir kiedyś powiedział: „Świat – to teatr”. A Gombrowicz wypowiedział się inaczej: „Nie, świat – to operetka”.

Jak się Pani współpracowało z zespołem teatru Vademecum?
Bardzo dobrze. Ciężko, ponieważ aktorzy na co dzień pracują i mają wyrwane godziny dla prób. Dużo pracowałam na całym świecie, również w Ameryce, zawsze z zawodowymi teatrami. Nie ma tu oczywiście takich aktorów, jak dla przykładu Gajos, ale ten średni pułap jest taki sam. Zresztą to jest takie nasze rodzinne. Mój ojciec prowadził warsztaty w amatorskich teatrach, jeździł z nimi, mój brat też. Nie rozgraniczam aktorów na zawodowych i amatorów.

Co Pani chciała w tym spektaklu „wyciągnąć” z Gombrowicza?
Chciałam wyłonić z gombrowiczowskiej sztuki wątek tego, jak wygląda nasze życie. Często fałszywie śpiewamy, mówimy, kłamiemy. Szukamy ciągle tej nadziei, tej miłości, nagości, prawdy i wolności. Gombrowicz pisał ten dramat piętnaście lat i skończył dopiero przed śmiercią. Pierwszy raz po polsku wydano utwór w Paryżu w 1966 roku. W Polsce premiera odbyła się w Teatrze Nowym w Łodzi w 1975 r. w reżyserii Kazimierza Dejmka.

Pochodzi Pani ze znanej teatralnej rodziny.
Tak, mój ojciec Szymon Szurmiej prowadził Teatr Żydowski w ciągu czterdziestu pięciu lat. Mój brat jest reżyserem. Tato urodził się w Łucku, tam spędził dzieciństwo. Potem został zesłany do Kazachstanu, jak wiele osób. I proszę sobie wyobrazić , że tam w fabryce spirytusu zrobił teatr. Z Kazachstanu wrócił z moją mamą na Dolny Śląsk i tam już rozpoczął swoją karierę. Jesteśmy rodziną teatralną. Robimy i kochamy Teatr.

z Januszem Ondraszkiem
reżyserem, kierownikiem teatru im. Jerzego Cienciały z Wędryni.

Po raz który w Wędryni odbył się przegląd teatrów amatorskich Melpomeny?
To są już trzecie takie spotkania teatralne w naszej Czytelni. Podstawowym składem są teatry amatorskie z Zaolzia – z Milikowa i Jasienia, ale i występują także goście z Polski, z Chorzowa, a także zaprzyjaźniony teatr ze Lwowa.

Jakie sztuki można było obejrzeć w tym roku?
Nasz zespół zaprezentował komedię „Czary Mary spółka z o.o.” (Rubi Birden). Jest to polska autorka i tłumaczka, a my bardzo często gramy jej sztuki. Staramy się grać w języku polskim. Natomiast dwa inne teatry, które wystąpiły podczas tegorocznego przeglądu grają naszą gwarą śląską. Zespół z Jasienia wystawił sztukę Józefa Sikory „Urodziny”. Dalsza część była niespodzianką troszeczkę „uszytą” na mnie. Kiedyś była przygoda, która przytrafiła się dawno temu. Ponieważ w tym teatrze gra moja siostra, która opowiedziała tę historię, więc zrobili taką parodię.

A cóż to była za historia, bo zaintrygowałeś mnie…
To jest bardzo śmieszna sytuacja, która mi się przytrafiła. cha, cha, cha! (śmieje się). Mam opowiedzieć?

Oczywiście! Umieram z ciekawości!
Kiedyś przeczytałem w tutejszej czeskiej gazecie, że ktoś sprzedaje koziczku czyli młodą kozę. Głodnemu chleb na myśli. Ja bardzo lubię mięso z kózki, jest bardzo smaczne i zdrowe. Więc umówiłem się i zabrałem ze sobą kolegę do pani, która niby to miała mieć tę koziczkę. No i przyjechaliśmy, rzeźnicy z nami, wszystko przygotowane – rzemienie, noże, topory. Odnaleźliśmy panią i mówimy do niej, że jesteśmy i wszystko mamy przygotowane i chcemy odebrać to, o co umawialiśmy się. Pani mówi do nas: „Tak za chwilę, tylko mąż musi ją znaleźć”. My patrzymy – a chłop idzie z kotem na rękach. Ja się zdziwiłem, gdzie jest ta koziczka? Gospodyni domu odpowiada, że to nie koziczka, tylko kočička miała być. Kolega nie mógł się powstrzymać ze śmiechu i mówi do mnie: „Coś ty wyczytał po czesku? Zamiast kózki – kociątko przeczytałeś!”. No i właśnie to była ta druga część w tej sztuce na podstawie mojej przygody. Nasza publiczność śmiała się do łez.

Od jak dawna w Wędryni są spotkania teatralne Melpomeny? Kto wymyślił tę nazwę?
Kiedyś gdy byłem bardzo młodym człowiekiem byliśmy zrzeszeni w klubach młodych przy polskich domach PZKO w każdej miejscowości. Młodzież chciała się bawić i bawiła się w takie teatry, spektakle do których sztuki sami sobie wymyślali. Potem co roku był taki przegląd, którzy otrzymał nazwę Melpomenki. Od rana do wieczora w ciągu dwóch dni grano spektakle od jednoaktówek do dłuższych przedstawień. Było bardzo fajnie, a my cieszyliśmy się na to przez cały rok. Grałem tam też parę razy, zaczynałem z pantomimą i udało mi się nawet dwa razy wygrać laur melpomenkowy przyznawany przez publiczność. Po rewolucji aksamitnej w 1989 roku wszystkie te nasze poczynania ucichły. Powoli znikały kluby, a wraz z nimi nasze Melpomenki. Ludzie zaczęli się zajmować zupełnie innymi sprawami.

Po długiej przerwie pewnie zamarzyło się Tobie wznowić przeglądy teatralne, wspominając te cudowne i beztroskie czasy młodości?
O, tak! Było to moje marzenie, żeby zacząć z drugiego końca. My, którzy byliśmy wówczas młodą generacją, z nostalgią mogliśmy powspominać naszą zabawę z tamtych lat. W ten sposób wznowiliśmy stary pomysł i mamy teraz Melpomeny. Cieszę się, że możemy z zaprzyjaźnionymi teatrami ze Lwowa, a teraz również z Wiednia nie tylko odwiedzać się nawzajem, ale też grać w tych miastach. Wędrynia, co prawda jest to mała i spokojna wioska, ale wierzę, że uda nam się tu wszystkich ponownie sprowadzić.

Krzysztof Szymański, Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 19 (311) 16-29 października 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.