Świętojańska noc cudów w Arboretum

-a A+

W uroczym zakątku w podprzemyskich Bolestraszycach, czyli w Zakładzie Fizjografii Roślin, jak to się mówi naukowo, utrwala się kolejna wspaniała tradycja, aby to prasłowiańskie święto uczcić imprezą kulturalną.

W ubiegłym roku tryumfy święcił Andrzej Seweryn w swoim autorskim programie szekspirowskim. Tego roku los padł na nasz lwowski teatr i na barki Wiktora Lafarowicza.

Ponieważ 20 czerwca obchodziliśmy 225. rocznicę urodzin Aleksandra Fredry to i nasza propozycja zagrania spektaklu „Trzy po trzy” według pamiętników komediopisarza była strzałem w przysłowiową dziesiątkę.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby natura nie uwzięła się na nas wszystkich. Od godziny 18 zaczęło niemiłosiernie siąpić z nieba, potem rozpadało się na dobre, a rzeszowskie radary meteorologiczne wskazywały, że nad nami wisi deszczowa chmura.

Początek spektaklu był wyznaczony na godzinę 21 na scenie pod otwartym niebem. W krótkich przerwach od deszczu scena była pracowicie osuszana. Dopiero o godzinie 21:30 gruchnęła wieść, że deszczowa chmura ruszyła z miejsca w stronę Przeworska, no i przystąpiliśmy do dzieła... Zostały wniesione na scenę odpowiednie dekoracje i rekwizyty, a mistrz światła i dźwięku Irek Kolaszko wyczarował niepowtarzalny widok Pałacu w Bolestraszycach. Co prawda temperatura spadła do 10 st. C, komary pochowały się w mysich dziurach, na placu boju została jednak najwierniejsza i najodważniejsza publiczność. W krótkich słowach wraz dyrektorem Narcyzem Pióreckim podziękowaliśmy najwytrwalszym widzom i słowa Aleksandra Fredry popłynęły w gęstwinę drzew i krzewów.

Najbardziej bałem się, aby Wiktor nie wywinął kozła na wilgotnej scenie, ale obyło się... inaczej wylądował by w ozdobnych klombach pełnych róż, niestety z kolcami.

fot. z archiwum autora

A później już były oklaski, piękne i niepowtarzalne bukiety i buzujący ogień w kominku u twórcy tego cuda parkowego profesora Jerzego Pióreckiego, a nieodłączne specialité de la maison czyli dereniówka sprzyjało atmosferze tej Świętojańskiej nocy. Następnie młodzi entuzjaści poprzebierani w średniowieczne szaty, z wiankami na głowach i z pochodniami powędrowali nad stawy, aby stało się zadość tradycji, i wianki popłynęły po wodzie.

Nam wystarczył ogień w kominku i wspaniała atmosfera tego magicznego miejsca, bo tu przecież odbywały się pierwsze plenery lwowskich plastyków, tutaj wspólnie wielokrotnie kolędowaliśmy w grudniowe wieczory, tutaj z Bogusławem Kiercem wyczarowywaliśmy „Rekonstrukcję poety” Zbigniewa Herberta.

Ciągle wraca wspomnienie zagranej „Zemsty” pod szumiącymi jaworami w miejscu urodzenia Fredry w Surochowie i nawałnicy, która zerwała się dosłownie w parę chwil po spektaklu. „Zemstę” jeszcze graliśmy w Nienadowej, a potem w ruinach zamku w Odrzykoniu. I tak z Fredrą wędrujemy po tych zakamarkach Podkarpacia, i dziękuję Bogu, że dane nam jest przeżywać niepowtarzalne chwile twórczej radości i spełnienia.

Zbigniew Chrzanowski
Tekst ukazał się w nr 12 (304) 30 czerwca – 16 lipca 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.