Lwowskie podróże w czasie i w teatrze

-a A+

Sześć razy dziesięć – tak określił wiek Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie konsul generalny Rzeczypospolitej Polskiej we Lwowie Rafał Wolski, zaprzeczając tezie, że 60 lat to wiek emerytalny.

Analitycy teatralni określają, że teatr aktywnie tworzy jedynie 7 lat, a dalej powoli gaśnie, jednakże wiele teatrów jest jaskrawym zaprzeczeniem tej tezy. Wśród nich jest ten unikatowy lwowski teatr, któremu udaje się za każdym razem rozniecić zainteresowanie widza w momencie, gdy pojawiają się niespodziewane wątpliwości. Osiem razy po siedem – tak też można rozłożyć tę rachubę i wtedy jesteśmy na dziewiątym okrążeniu teatralnej aktywności. Za każdą siódemką są ludzkie istnienia, nadzieje i wątpliwości, za każdym przedstawieniem – emocje widza, który otwiera dla siebie nieznany świat. Obecnie boję się nawet pomyśleć, że teatr ten mógł nie powstać w naszym mieście. Ciężkie były czasy, dziesięć lat po zakończeniu masowej repatriacji Polaków z Ukrainy. Czy można myśleć w takich czasach o teatrze? Okazuje się, że nie tylko można, ale należy… Do tego trzeba jedynie mieć sprzymierzeńców i zebrać się w mieszkaniu, gdzie wszystko oddycha sztuką. No i wierzyć we własne siły.

Nauczyciel-emeryt Piotr Hausvater to niesamowity marzyciel i optymista, osoba o niezwykłej erudycji, pedagog (wykładowca języka polskiego i literatury) i muzyk, autor szkolnych podręczników i świadek zdarzeń artystycznych Lwowa w latach 1900-1939. Wspomina Janusz Tysson, aktor i archiwariusz Teatru od dnia jego powstania: „A wszystko zaczęło się pewnego jesiennego dnia 1957 roku przy ulicy Trusza 11А, w mieszkaniu Piotra Hausvatera. Pierwsza trupa aktorska składała się z absolwentów trzech polskich szkół, przeważnie uczniów Piotra Hausvatera, z którymi kiedyś stawił szkolne przedstawienia”. No i pierwsze przedstawienie nowo powstałego teatru odbyło się w sali Szkoły nr 10 (obecnie – szkoła imienia Marii Magdaleny). Na debiut zostały wybrane jednoaktówki „Rycerskość wieśniacza” G. Vergi oraz „Babcia i wnuczek” K.I. Gałczyńskiego, a już na wiosnę Hausvater wystawił „Balladynę” J. Słowackiego. A dalej były „Damy i huzary” A. Fredry, „Panna Maliczewska” G. Zapolskiej, urywki utworów J. Słowackiego „Maria Stuart”, „Mazepa”, „Beatrix Cenci”.

Piotr Hausvater (w centrum) i pierwszy zespół teatralny (archiwum teatru)

Zapada wieczór… we Lwowie wszystko kwitnie, zapach magnolii dolatuje do budynku Hausvatera we Lwowie, a z mojej świadomości wynurzają się rozmowy prowadzone w pokoju przy ulicy Trusza 11A. Czy młodzi wówczas uczniowie Hausvatera myśleli o tym, że mają przed sobą tak długą drogę? Na zdjęciach z tamtych dalekich lat wszyscy są uśmiechnięci i szczęśliwi, niby są w posiadaniu jakiejś nieznanej nam tajemnicy, która będzie kluczem do ich teatralnego losu. Teraz rozumiemy, że ten klucz ma takie proste i magiczne imię – Miłość. Ksiądz Jan Twardowski wówczas jeszcze nie napisał swoich strof, które mogłyby stać się mottem tego teatru: „Świat zmaglowany / polityka pudło / dom już nie tamten / inna brama / niewierzący na roratach w kościele / tylko miłość / wariatka ta sama”. Oni są dopiero na początku swojej drogi! O czym marzą?

Czy mogą wyobrazić sobie, że ich domem stanie się Lwowski Obwodowy Dom Nauczyciela? Minie tylko dwa lata i maleńka salka będzie szczelnie zapełniać się różnorodnym widzem – od poważnych pań, które nigdy nie przepuszczą okazji, by zrobić uwagi smarkaczom i pouczać, jak należy prowadzić się w teatrze, do studenckiej młodzieży, która poszukuje siebie i dziś jest na sali, a jutro na scenie. Ten dopływ młodej krwi to też jedna z charakterystycznych cech teatru.

Być może, czar młodości już od samego początku wabił do teatru wykwintnych miłośników i znawców teatru, wśród których był Mychajło Rudnyckyj, znakomity znawca literatury i tłumacz. To właśnie on napisał jedną z pierwszych recenzji o polskim teatrze. Tak samo jak Piotr Hausvater, był również świadkiem rozwoju polskiego teatru dramatycznego w Galicji i mógł obserwować pierwsze kroki teatru z punktu widzenia profesjonalisty. Obecnie ulica imienia Mychajły Rudnyckiego krzyżuje się z ulicą imienia Iwana Trusza, jakby robiąc nierozerwalną tę artystyczną więź – dialog w czasie.

Moja dziecięca pamięć nie zachowała obrazu twarzy Piotra Hausvatera, jedynie z opowieści babci w moich wspomnieniach wynurza się jego postać na nartach w zimie po przeciwległej stronie Piaskowych jezior, chociaż już dzisiaj nikt nie może mi powiedzieć, czy rzeczywiście on jeździł na nartach, ale kiedyś w zimie na Piaskowych jeziorach narty były obowiązkowe. My, bliscy sąsiedzi – jak lubiła mówić moja babcia – mieszkamy obok siebie i nie możemy przepuścić przedstawienia w Polskim Teatrze, bo nie wypada. Z tego niezrozumiałego dla dziecka słowa „nie wypada” zaczyna się chronologia kontaktów naszego Piaskowego zakątka z tym teatrem, a prawie wszyscy mieszkańcy naszego domu bywali na jego przedstawieniach. Nas przedszkolaków zbierała babunia i hurtem wyruszaliśmy na Kopernika. Właśnie takie wezwanie: „Na Kopernika!” i każdy wiedział, że idziemy do teatru.

Pierwsze strofy Mickiewicza zapisały się w pamięci w teatrze, a nawet Szekspir… Jednakże, zupełnie świadomie pamiętam Polski Teatr już z okresu dyrektorostwa Chrzanowskiego. Zawsze gdzieś na końcu tej malutkiej salki należało pięknie oczekiwać i uważać, jak widz statecznie i powoli opuszcza salę, a ty na końcu masz możliwość pozostania z własnymi myślami. Nieraz ktoś z aktorów minie cię, a ty zaczarowany patrzysz w ślad i myślisz: „Jak to tak, dopiero co był na scenie, a teraz gdzieś biegnie?”. Dziecięce wyobrażenia rysowały wszystkich aktorów jako osoby nierealne. Ale teraz po latach nie przestaję dziwić się pewnej obsesji tych ludzi, w dobrym znaczeniu tego słowa. Nie mogę przyjąć dla nich statusu „amatorskiego” teatru, chociaż formalnie to jest właśnie teatr amatorski, ale nie każdy lwowski teatr może pochwalić się aktorami takiego poziomu, a sama postać Zbigniewa Chrzanowskiego upodabnia mi się do znakomitego litewskiego reżysera Juozasa Milnitisa, który w małym miasteczku Panevėžys stworzył swego rodzaju teatralną Mekkę.

Zbigniew Chrzanowski, który objął kierownictwo Teatru w 1966 roku po śmierci P. Hausvatera, związany jest z teatrem od dzieciństwa. Wychował się w gmachu starego Teatru Skarbkowskiego (obecnie Teatr im. Marii Zańkowieckiej), gdzie pracowali jego rodzice, a aktorem był jego wuj. Otrzymał fundamentalne wykształcenie: ukończył Wydział Slawistyki na Uniwersytecie Lwowskim im. Iwana Franki oraz Wydział Reżyserii w Wyższej Szkole Teatralnej przy Teatrze im. Jewgenija Wachtangowa w Moskwie. Chrzanowski był uczniem Borysa Zachawy, wiernego następcy tradycji Wachtangowa. Jednakże, przy całej swej miłości do teatru, związał się z telewizją. Od początków Telewizji Lwowskiej Chrzanowski pracował w studiu telewizyjnym jako redaktor i realizator programów filmowych, muzycznych i młodzieżowych. Pokrótce można go scharakteryzować jako reżysera-intelektualistę, który ma tendencję do teatru poetyckiego, metaforycznego i asocjatywnego. Wydaje się, że jest idealnym pedagogiem, ponieważ za każdym razem zabiera w swoją teatralną podróż ludzi, którzy nie znają żadnego języka teatralnego i robi z nich estetów. Ilu z nich odkryło dla siebie teatr i ilu idzie z nim obok przez te wszystkie lata! Nawet jeśli mieszkają w innych miastach lub krajach, pozostają wierni swojemu pierwszemu domowi teatralnemu i w większości tworzą swoje własne artystyczne światy, jakby kontynuację domu na Kopernika.

Pod wpływ jego uroku trafiali również doświadczeni ludzie teatru, wśród których był jeden z najciekawszych scenografów Ukrainy, śp. Walery Bortiakow. Gdybyż można było cofnąć czas i nagrać wszystkie jego opowieści o Chrzanowskim. Walery w teatrze był nie tylko scenografem, ale też aktorem, a w potrzebie również reżyserem i kierownikiem teatru. Gdy w 1983 roku z powodu bezmyślnego prześladowania przez urzędników komunistycznych Chrzanowski został zmuszony wyemigrować do Polski, Walery Bortiakow podjął się wszelkich kłopotów i problemów, aby zachować ten teatr. Chrzanowski nigdy nie zerwał duchowej więzi ze swoją teatralną rodziną i kierował teatrem jakby zdalnie. Szczęśliwym czuł się tu również Scenograf-Wszechświat, niepoznany i niedościgniony do dnia dzisiejszego śp. Eugeniusz Łysyk. Również Irina Nirod, artystka-malarka, intelektualistka, skrupulatna w najdrobniejszych teatralnych szczegółach. Jej kostiumy do przedstawienia „Sen nocy letniej” W. Szekspira to szczyt doskonałości. To przedstawienie zaczarowało nawet teatralnych smakoszy Leningradu (obecnie Sankt-Petersburg), miasta, które miało i ma nadal sławę wykwintnego miłośnika teatru. Artyści posiadający najwyższe odznaczenia artystyczne Ukrainy Larysa Kadyrowa i Bogdan Kozak również trafili do magicznego świata Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie i pracowali tu razem z aktorami, których zwykliśmy nazywać amatorami. Natchnienie do swojej twórczości czerpał tu również artysta-fotografik Aleksy Iutin, który jako niestrudzony kronikarz spisywał na taśmie fotograficznej artystyczne wizje teatru.

To już dziewiąty raz po siedem. Ileż osobistości czuło się tu aktorami w tym czasie? Iluż autorów ożyło na tej małej scenie? Swoje pierwsze dziesięciolecie teatr obchodził mając już w repertuarze 15 premier, a 1969 rok zaznaczył się dla teatru dwoma wyjazdami do Moskwy, gdzie były grane dwa przedstawienia: „Wesele” St. Wyspiańskiego i „Antygona” J. Anouilha. Te dwa przedstawienia to różne skrzydła lotu teatru, które dodają mu wigoru. Jedno skrzydło to oddanie polskiej klasyce, a drugie – wieczne zainteresowanie dramaturgią światową. Do wielu sztuk teatr powraca kilkakrotnie, jakby chcąc nowe pokolenie aktorów poprowadzić drogą swojego dorastania. Wśród „wielokrotnych” realizacji teatralnych „Wesele” St. Wyspiańskiego, „Stara kobieta wysiaduje” T. Różewicza, „Na pełnym morzu” S. Mrożka, „Zemsta” A. Fredry, „Jubileusz” A. Czechowa… Aktorki Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie zawsze były pełne uroku. Najpierw Аnna Hausvater – w moim dziecięcym wyobrażeniu była kobietą świata antycznego. Delikatna, jak poezja, Jolanta Martynowicz. Lidia Iłku – jak wspomnienie Lwowa, którego już nie ma. Wśród najbardziej ulubionych przeze mnie – przedstawienie „Stara kobieta wysiaduje” T. Różewicza. Dwie absolutnie różne kobiety dwa razy wchodziły w świat Różewicza w różnym okresie: Anna Hausvater i Luba Lewak. Chrzanowski potrafi przekształcić dramaturgię absurdu na egzystencjalne wartości i w jakimkolwiek okresie wraca do dramatów Różewicza, zawsze interpretuje je w kontekście współczesności. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie buduje świata dla każdej aktorki osobno, ale za każdym razem jest to spowiedź egzystencjalna, która staje się konsystencją najbardziej aktualnych problemów społeczeństwa.

Właśnie Polski Teatr we Lwowie jest teatrem egzystencjalnym i rodzinnym jednocześnie, chociaż nie każda rodzina może pochwalić się taką duchową otwartością wobec siebie. W tym małym teatrze nawet nie znasz osobiście każdego aktora, ale przyjmujesz każde przedstawienie jako stworzone i poświęcone specjalnie dla ciebie, bo to właśnie ludzie tworzą tę niesamowitą atmosferę tego maleńkiego teatru, który właściwie należałoby nazwać teatrem-rodziną, nie ze względu na to, że nieraz przedstawiciele różnych pokoleń połączonych więzami rodzinnymi grają na scenie, lecz również dlatego, że duchowa bliskość tych ludzi czyni z nich rodzinę. Widz czuje się członkiem tej rodziny, bo jakby nie dzielić te 60 lat na dziesięć, czy na siedem, te lata były przeżyte i odczute razem z tymi ludźmi trwającymi na scenie. Dzisiaj jest ich 20, a ile było w ciągu tych 60 lat? Pamiętam Lidię Chrzanowską-Iłku, Jolę Martynowicz, Marię Boryszko, Leszka Stawickiego, Piotra Pisarczyka. Stanisława Czerkasa, Wacka Haniuka, Wojtka Karkuta, Janka Bila, Krzysię Grzegocką, Zosię Iwanową, Lubarta Leszczyńskiego, Aleksandra Owerczuka, Anatola Lewaka, Jerzego Głybina…

Ostatnią premierę w teatrze postawił właśnie Jerzy Głybin, który obecnie jest aktorem, reżyserem i wykładowcą w Katowicach. „Czupurek” wg bajki Benedykta Hertza to alegoryczne przedstawienie na wszystkie czasy i dla wszystkich pokoleń, bo świat kur – gęsi – kaczek dokładnie tu obrazuje nasz niedoskonały świat. Była lwowianka (a czy bywają byli lwowianie?!), która obecnie mieszka w Przemyślu, Helena Jacyno niestrudzenie przywoziła liczne detale scenografii przez granicę tylko po to, by wizualna koncepcja była spójna z bajką i aktorskimi osobistościami. Prawie zawsze pomocą teatrowi służy Sergiusz Najenko, baletmistrz Lwowskiej Opery Narodowej imienia Salomei Kruszelnickiej. Kilka słów, ruchów – i rysunek roli ukończony. W tym przedstawieniu aktorzy grają – bawią się z prawie dziecięca werwą. Luba Lewak, Irena Słobodiana, Jadwiga Pechaty, Anna Gordijewska, Natalia Stupko – dzisiejsze osierdzie Polskiego Teatru Ludowego – rzeczywiście rozkoszują się tą bajką-przypowieścią. O każdej z nich chce się i trzeba napisać z osobna. Jadwiga Pechaty z aktorskiej dynastii Polskiego Teatru – mówią, że nikt lepiej nie śpiewał piosenek lwowskich, niż jej mama. Jadwiga jest wspaniałą malarką i grafikiem, osoba o niestrudzonej energii, której pasują wszystkie gatunki sztuki teatralnej. Takąż energię emituje Anna Gordijewska. Luba Lewak to legenda Polskiego Teatru Ludowego i nawet Taisija Łytwynenko, Artystka Narodowa Ukrainy, na uroczystości jubileuszowej nie mogła nie wspomnieć graną przez Lubę „Starą kobietę...”. Irena Słobodiana to sama elegancja i wyczucie stylistyki przedstawienia. Intelektualistka Natalia Stupko, zawsze bardzo dokładna w rysunku roli i ironicznie zdystansowana, ale wzruszająco oddana reżyserskim wizjom Zbigniewa Chrzanowskiego.

W ostatnich latach na palecie Teatru pojawiły się sztuki Sławomira Mrożka, Zbigniewa Herberta, Aleksandra Fredry, Adama Mickiewicza, Witkacego, Szekspira. Chciałoby się, by każdy lwowianin zobaczył te przedstawienia. Teatr, niestety, nie tak często grywa we Lwowie i pełna sala nie zawsze daje możliwość trafić na wymarzony spektakl. Właśnie dlatego nie udało mi się zobaczyć Zbigniewa Chrzanowskiego w roli Żabora w przedstawieniu „Czupurek”, bo pomimo, że w jednym dniu były grane dwa przedstawienia, to brakło wolnych miejsc! Właśnie dlatego, gdy jadę obok Domu Nauczyciela, zawsze spodziewam się, że zobaczę wymarzony afisz.

Oto spotkanie z dramaturgią Sławomira Mrożka! Zbigniew Chrzanowski należy do grona unikatowych reżyserów, którzy poważnie i z uwagą traktują tekst autora. Nie wiem, czy krzyżowały się ich światy, ale podobieństwo losów, kiedy musisz porzucić dom rodzinny nawet nie mając możliwości marzyć o powrocie, w jakiś ulotny sposób ich łączy. Zbigniewa Chrzanowskiego zachwyca twórczość Mrożka, interesuje go kolizja tej dramaturgii i próbuje po raz drugi wejść do tej samej rzeki, czyli morza, chociaż cały świat ma pewność, że „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Chrzanowski wchodzi do „rzeki – morza” lekko, jak doskonały pływak, i proponuje swojemu widzowi dwie wersje jednego przedstawienia „Na pełnym morzu” – męską i żeńską. Nie zmieniając w swojej reżyserskiej interpretacji żadnego mise-en-scène, zachowując wszystkie akcenty Mrożka neguje twierdzenie, że autor umiera, gdy tylko ukończy pisanie sztuki. W miłej, aż do absurdu, scenografii, którą można wyznaczyć jako „malarstwo prymitywne”, a fale namalowane są tak, jak maluje morze dziecko, reżyser umożliwia aktorom interpretowanie tego tekstu z dziecięcą otwartością, czyli przede wszystkim szczerze. W tej wersji męskiego świata, gdzie trzy postacie walczą o swoje prawo do życia, echo męskich kolizji żyje w wirtuozerskiej grze trzech aktorów – Bogusława Klebana, Wiktora Lafarowicza, Jarosława Sosnowskiego, którzy stanowią osierdzie Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie (mowa tu o męskiej grupie). Każdy ma swoją rację, doprowadzoną na wyżyny absurdu, każdy wierzy w swój ratunek na tym morzu życia, dla każdego jego argument jest idealny. Żadnemu z nich nie można nadać przewagi – ani Gruby Bogusława Klebana, ani Średni Wiktora Lafarowicza, ani Mały Jarosława Sosnowskiego nie mogą zwyciężyć w walce z żywiołem. Nie uratują ich nawet Listonosz Kazimierza Kosydora, ani Marynarz Mariusza Bardyna. Nie raz zdaje się, że ta absurdalna walka pośród morza tak wciąga reżysera, że sam przebiera się za Listonosza, by elegancko zakończyć tę historię. W wersji kobiecej panuje żeński duch, a aktorki Chrzanowskiego potrafią nie łamiąc jego koncepcji wejść w morze z niesamowitym kobiecym czarem, w którym absurdy Mrożka bujnie rozkwitną szaleństwem wszystkich barw. Jadwiga Pechaty, Irena Słobodiana i Roksolana Sadowska po kobiecemu smakują każde słowo Mrożka i jak najwykwintniejsze danie podają je swojemu widzowi. Mrożek, jak egzotyczny ptak, uwił sobie gniazdko na małej lwowskiej scenie i można z przekonaniem powiedzieć, że jest mu tu dobrze.

Ostatnio Zbigniew Chrzanowski zaprasza ciekawych twórców do współpracy ze swoimi aktorami. Takim sposobem odbyło się spotkanie z polskim poetą, krytykiem literackim, aktorem, reżyserem i pedagogiem Bogusławem Kiercem. Nie było tu przypadku, bo kto, jak nie poeta, ma wystawić sztukę napisaną przez poetę, podstawę której stanowią egzystencjalne rozważania na temat przeznaczenia artysty. Powstanie przedstawienia wg sztuki Zbigniewa Herberta „Rekonstrukcja poety” to w rzeczywistości wykwintny dar zarówno dla widza, jak i dla aktorów, bo najskrytsze myśli Herberta zostały włożone w usta... Homera. W spektaklu Bogusława Kierca tę rolę gra Wiktor Lafarowicz, dostatecznie dojrzały aktor, by osiągnąć istotę wykwintnej dramaturgii i dostatecznie młody, by być w dobrej formie fizycznej.

Monodram „Trzy po trzy, albo zapiski starucha” to odkrycie osobistości Aleksandra Fredry i aktorski triumf Wiktora Lafarowicza. Falami pamięci buduje swój spektakl Zbigniew Chrzanowski, w sposób szczery i otwarty (ta dziecięca otwartość staje się już autorską sygnaturą reżysera!), nie chowa aktora za powabem scenografii, maksymalnie poszerzając przestrzeń sceniczną małej sceny do bezgranicznego Wszechświata, w którym przewodzi Aleksander Fredro, a dokładniej Wiktor Lafarowicz – aktor, który przeżywa życie autora, jak własne objawienie.

Darem losu dla teatru był udział aktorów w warsztatach Andrzeja Seweryna, które odbywały się w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. Zrodziło się z nich przedstawienie według poezji Zbigniewa Herberta „Pan Cogito”. W jednym przedstawieniu zeszli się aktorzy, którzy porzucili swój dom ojczysty i znaleźli swoją drogę życiową w Polsce, oraz lwowianie.

Andrzej Seweryn, aktor o światowym imieniu, który docenił syzyfowy trud Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie, rozumie jego unikalność, więc dokłada swój głos do niepowtarzalnych głosów lwowskich aktorów. O ich unikalności możecie Państwo przekonać się w jakimkolwiek przedstawieniu, ale „Hipnoza” Antoniego Cwojdzińskiego to prawdziwa komedia romantyczna dla dwojga aktorów. I każda rola w tym przedstawieniu jest rolą benefisową. Zbigniew Chrzanowski oddaje je Jadwidze Pechaty i Wiktorowi Lafarowiczowi. Reżyser ryzykuje biorąc na paletę sztukę, która miała tak wiele interpretacji na polskiej scenie i jeszcze są osoby pamiętające jej autorskie wystawienie przez A. Cwojdzińskiego po jego powrocie z Londynu w 1964 roku na scenie Teatru Narodowego w Warszawie, z Zofią Mrozowską i Kazimierzem Rudzkim. Oboje tych aktorów grało również w telewizyjnej wersji sztuki wystawionej w 1967 roku. Ale pozostawmy te historyczne wędrówki w spokoju. W lwowskiej wersji Chrzanowski ma dostojnych wspólników, którzy do romantycznej podstawy dodają intelektualną ironię, a czasem też kontemplacyjne brechtowskie odrzucenie. Widz do samego końca nawet nie mógł zrozumieć dokąd prowadzi ta gra w „kotka i myszkę”. W ironicznie wykwintnej reżyserii Chrzanowskiego scena stawała się polem bitwy o miłość i nie przeszkadzała tu nawet scenograficzna prostota bytu. Tekst, jak piłka w grze w ping-ponga, a na dnie rozdrażnienia i nieporozumienia uczuciowe przyciąganie się, które nie można opisać słowami. O takich aktorach można tylko marzyć, tacy nie zdradzą i zrozumieją. Wierzę, że będą obok zawsze, jak i Mickiewicz w Teatrze Polskim. Nawet malutka poezja „Królewna Lala” w reżyserii Bogusława Kierca staje się natchnieniem do spektaklu, i lekko powstaje laurka-hołd Wielkiemu Poecie, fantazja-bajka z głębokim zabarwieniem etnicznym. A jakim zwiastunem przyszłości teatru będzie wykonawczyni głównej roli Wiktoria Słobodiana, córka Ireny Słobodianej, jako przedłużenie dynastii?

„Szewcy” Stanisława Ignacego Witkiewicza – niezwykły epicki obraz na scenie maleńkiego teatru, zrealizowany przez znanego polskiego aktora i reżysera Stanisława Melskiego. Groteskowy modernistyczny ostatni dramat Witkiewicza zagrany na malutkiej scenie Domu Nauczyciela jakoś złowieszczo-proroczo. Niemal powiększając się do rozmiarów Wszechświata, stała się ona terenem przypowieści, nie zważając na brutalnie niszczącą ironię czynów i słów Witkacego. Teatr znów mówił dziś do nas, jakby pytając: „Dokąd zmierzasz, świecie?”.

W poetyckim teatrze Chrzanowskiego nie można żyć bez Szekspira – „Yorick, czyli spowiedź błazna” to znów rozmowa o Wieczności z Wiktorem Lafarowiczem. Błazeńskie monologi i sonety to jak najtrudniejsza tragedia, przeżywana przez aktora ciekawie i zatrważająco, nieoczekiwanie i szekspirowsko-monumentalnie. To prawie monodram z kropelkami аlter ego – Hamleta, czyli Zbigniewa Chrzanowskiego. Składa się wrażenie, że Chrzanowski wystawił to przedstawienie po to, by wreszcie zarecytować wymarzony monolog „Być, albo nie być”. W jego dojrzałych intonacjach nie ma buntowniczych dźwięków młodości, lecz jest dokładnie wytoczona świadomość każdego szekspirowskiego słowa, wyciszonego, przeżytego. Chrzanowski jakby bilansuje pomiędzy tragicznym a komicznym, powracając do swego dzieciństwa i jakby szukając w nim swego Lwowa, którego już nie ma, usiłuje sprezentować go nam, nie zważając na nic. Dodatek nadzwyczajny stanowią Jego opowieści przed spektaklem, jak swego rodzaju uwertura, w której odżywa przedwojenny Lwów. Wyobraźnia maluje małego chłopca, który przyszedł na ostatnie przedstawienie polskiego teatru, który jutro opuści Lwów.

Zbigniew Chrzanowski lata spędzi na poszukiwaniu... sztuki. Właśnie tak, sztuki, która pozostała jasnym dziecięcym wspomnieniem, które nie zniknie przez lata, a lat minęło już wiele, bo ponad siedemdziesiąt. Pamięć powraca Chrzanowskiego w dalekie lata czterdzieste XX wieku, które stały się dla wielu lwowian, niezależnie od narodowości, bolesnym pożegnaniem z rodzinnym miastem. Wśród tych, którzy na zawsze go opuścili, była trupa polskich aktorów, którzy pożegnali się premierą sztuki „Scampolo” włoskiego dramatopisarza Dario Niccodemiego w tłumaczeniu Jarosława Iwaszkiewicza. Wśród aktorów był jego wujek. Poszukiwania tej sztuki trwały nieskończenie i nie zważając na to, że tłumaczył ją Jarosław Iwaszkiewicz, znalezienie jej było prawie niemożliwe, bo dopiero we Wrocławiu w „Ossolineum” odnalazł się rękopis spisany przez suflera! Pożegnanie stało się nowym spotkaniem, a ile jeszcze sztuk będzie, ile sztuk jeszcze nie zostało przeczytanych, ilu młodych jeszcze przyjdzie, by poznać siebie, nie zważając na niepowstrzymaną emigrację, bo duch teatralnych szaleńców jest niezniszczalny.

Uroczystości się odbyły, nagrody zostały wręczone. Czy wiecie Państwo, jaka będzie następna premiera? A jakież to ma znaczenie! Najważniejsze – to wiedzieć, że będzie!

Hala Kanarska
Tekst ukazał się w nr 9 (301) 15-28 maja 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.