Miasto skazane na kabaret

-a A+

W ostatnią noc sylwestrową w lwowskiej restauracji „U Baczewskich” odbyła się premiera przedstawienia, które w zamierzeniach jego twórców ma dać impuls do odrodzenia kabaretu artystycznego we Lwowie.

Ze Sławomirem Gowinem, dziennikarzem, publicystą, badaczem lwowskiej historii, autorem i reżyserem programu kabaretowego „Kumpel ze Lwowa” rozmawiała Anna Gordijewska.

Ostatnie tygodnie minionego roku niemal bez przerwy spędziłeś we Lwowie pracując nad premierą programu kabaretowego „Kumpel ze Lwowa”. Przed występem powiedziałeś, że to chwila historyczna, dlaczego?
Z kilku powodów. Po pierwsze, program został współcześnie napisany i zagrany po polsku. Wyłączając oczywiście wiele sentymentalnych, wspomnieniowych reminiscencji – nic takiego nie miało tu miejsca od 1939 roku. Po drugie, wykonawcy to lwowianie, artyści tutejszych scen. Po trzecie, intencją inicjatora pomysłu Marka Zarchina, właściciela i szefa firmy „Kumpel Group” jest utrzymanie stałej sceny kabaretowej we Lwowie, a po czwarte, ma to być kabaret artystyczny, literacki, nawiązujący do najświetniejszych tradycji przedwojennego kabaretu. Można wyliczać jeszcze wiele dowodów na „historyczność” tego przedsięwzięcia, ale sądzę, że tych wystarczy.

Czy Lwów odegrał w dziejach kabaretu jakąś szczególną rolę, czy miał, jak choćby lwowska piosenka, coś co go wyróżniało, charakteryzowało?
Pierwszy artystyczny kabaret w Galicji „Zielony Balonik” powstał oczywiście w Krakowie. Ale we Lwowie od dawna istniały ku temu warunki, może nawet lepsze. Być może, nie trzeba było tutaj niczego zamykać w Jamie Michalikowej. Nawiasem mówiąc, lokal oficjalnie nazywał się „Cukiernia Lwowska”, a pan Apolinary Michalik przybył ze Lwowa. No, ale to takie galicyjskie, lwowsko-krakowskie szczutki. Na pewno jednak można powiedzieć, że Lwów miał kabaret rozproszony niejako po różnych zakamarkach. Lwów był skazany na kabaret, kabaret zaś był skazany na Lwów, także ze względu na swój... drobnomieszczański charakter. Żartowano, że miasto wszystko co najlepsze zawdzięcza tej zacnej większości, która kładzie się krótko po zmroku, dzięki czemu ani się nie przygląda, ani tym bardziej nie przeszkadza mniejszości, która zasypiać nie myśli. Przeciwnie – bawi się znakomicie, bezlitośnie wyśmiewając bogobojnych mieszczuchów, tak przecież zabawnych za dnia.

Z Krakowa do Lwowa niedaleko, czy ktoś wziął przykład z „Zielonego Balonika”?
No cóż, to była tylko kwestia pewnej organizacji, dość luźnej zresztą, i odniesienia się do konkretnej, modnej wówczas, zwłaszcza w Paryżu, formy ekspresji nazwanej kabaretem. W Krakowie prędzej, za sprawą Tadeusza Boya-Żeleńskiego użyto tej nazwy. Jednak na długo, nim w Europie zaczęto używać słowa „cabaret”, spotkalibyśmy we Lwowie jego pionierów. Już w latach 80. XIX wieku, zarówno w mieście, jak i „za drągiem”, w niezliczonych kawiarniach, restauracjach, szynkach, tancbudach, ogródkach gastronomicznych, na festynach i ludowych zabawach pojawiali się domorośli artyści, którzy do znanych melodii usłyszanych w teatrze lub operetce układali własne historyjki „z życia batiara”. Pod koniec XIX wieku największą sławę zdobył Ludwik Halski, występujący jako Ludwik Ludwikowski w cieszących się różną sławą szynkach: „Pod Artylerzystą”, „Pod Gwiazdą” czy „Pod Słowikami”. Na początku XX stulecia zabiegały o niego niemal wszystkie lwowskie lokale, także te wytworne. Wtedy jednak był już artystą-przedsiębiorcą, najchętniej pracującym na własny rachunek. Latem rozbijał namioty pod Wysokim Zamkiem, zimą zaś wynajmował popularne sale, do których ciągnęły tłumy lwowian. Wiosną 1906 roku zaprosił do współpracy kilku zdolnych artystów żydowskich, nazywając tę trupę „Kabaret Polski”. W ten sposób, jako pierwszy we Lwowie, uznał się za artystę kabaretowego.

„Zielony Balonik” zaistniał chyba w 1905...
Tak, w październiku...

A jednak w powszechnym mniemaniu za kolebkę kabaretu uchodzi Kraków.
Rzekłbym, że nie kolebka w tym wypadku ważna, lecz ojciec. A ojcem był Tadeusz Boy-Żeleński, „Zielony Balonik” jemu zawdzięcza sławę i miejsce w historii kabaretu. Ludwikowski był niezwykle lubiany, występował na lwowskich scenach przez 40 lat, lwowskiej lekkiej muzie powierzył także syna, Czesława Halskiego, który w latach 30. XX wieku był muzycznym filarem lwowskiego radia – kompozytorem, spikerem, jednym z najważniejszych artystów Wesołej Lwowskiej Fali. Jednak niewielu mogło się równać z Boyem. To był kabaretowy geniusz, który zresztą chętnie „spływał” na Lwów. Jego pogląd – to przy okazji moje ulubione zdanie Boya – że „można być człowiekiem serio tańcząc kankana i można być kompletnym błaznem śpiewając Rotę” wydaje się na wskroś lwowski, prawda?

Tak, jest w tym coś głęboko prawdziwego i batiarskiego zarazem.
W moim odczuciu to kwintesencja, ba, cel artystycznego kabaretu: pamiętać, że w piosence czy anegdocie nie wystarczy się wygłupiać, trzeba umieć, za ich pośrednictwem, powiedzieć coś serio. Boy, doskonale to czując, nie był jedynie wyznawcą kabaretowej mody. Był twórcą, jednym z najoryginalniejszych w dziejach kabaretu europejskiego. I ówczesny, stołeczny Lwów był dla niego rezerwatem wyrafinowanych uniesień towarzyskich i intelektualnych. Bywał tu chętnie i często, stając się kimś więcej niż tylko „bywalcem” – przyjaźnił się z najważniejszymi artystami, przeżył tu płomienny romans, jeden z najważniejszych w życiu. Także tutaj w 1912 roku wydał „Słówka” – zbiór klasycznych już dziś utworów, pisanych z myślą o kabarecie, a których duża część powstała we Lwowie lub na marginesie przeżytych tu chwil. W początkach XX wieku był dobrym duchem lwowskiego kabaretu artystycznego.

Przetrwały jakieś materialne ślady tamtych czasów?
Niestety, nie były to wydarzenia skrupulatnie dokumentowane, nie wypełniają szaf w archiwach. Ale miejsca, zamieszkałe przez dobre duchy trwają... Tworzą się nowe. I duchy, miejmy nadzieję, je nawiedzają. Nikogo chyba nie dziwi, że kabaret rodził się i dojrzewał w knajpach, pod czułą opieką spirytualiów. Nie inaczej było we Lwowie. Za pierwszego patrona kabaretu o ambicjach artystycznych trzeba uznać Naftalego Toepfera, zwłaszcza zaś jego syna, Michała. Przy ulicy Trybunalskiej/Szewskiej 12 przez dziesiątki lat doskonale prosperował lokal pod nazwą „Trzy Korony”, choć trudno stwierdzić, czy ktokolwiek kojarzył ten szyld – bowiem cały Lwów mawiał „U Naftuły”. Na początku XX wieku młodszy „Naftuła” na piętrze kamienicy urządził salkę z pianinem, do której wstęp miało tylko najlepiej dobrane artystyczne towarzystwo.

W otoczeniu atrakcyjnych muz, których zawsze dostarczały teatr i opera, bywali tam m.in. właśnie Boy, poeci Leopold Staff i Jan Kasprowicz, kompozytor Jan Gall, pisarz Stanisław Wasylewski, malarz Kazimierz Sichulski, poeta i animator życia towarzyskiego Jan Pietrzycki, przede wszystkim zaś poeta, lecz też pianista, kompozytor, konferansjer, śpiewak Henryk Zbierzchowski – człowiek, który za punkt honoru postawił sobie umieścić Lwów wśród „europejskich stolic kabaretu”. Na pięterku „U Naftuły” niemal co wieczór prezentował własne pomysły, zarazem podsuwając kolegom ołówek i serwetki, na których układali wiersze i kuplety. Tak właśnie narodził się lwowski kabaret artystyczny, który, póki co, był przedsięwzięciem towarzyskim – nikt nie myślał zapraszać publiczności, artystom wystarczało uznanie innych artystów, a elitarne grono bywalców powiększało się jedynie o tych, których uznano za godnych wtajemniczenia. To, co mnie najbardziej frapuje dziś, to fakt, że „odrodzony” lwowski kabaret wystąpił po raz pierwszy niemal za ścianą Naftuły, bo w restauracji „U Baczewskich”, a więc na Szewskiej 9.

To rzeczywiście niezwykłe, naprawdę można uwierzyć we wszechobecne duchy dawnego Lwowa. A kiedy zdecydowano się otworzyć podwoje dla publiczności?
Tutaj można podać pewną datę – było to 11 grudnia 1909 roku. W Kole Literacko-Artystycznym, mieszczącym się wtedy w gmachu Skarbkowskim, urządzono bodaj pierwszy publiczny występ artystów, którzy zapowiedzieli się jako kabaret. Zorganizował go Jan Pietrzycki, głównym autorem był Zbierzchowski. Na kolejne występy 19 i 20 lutego 1910 roku zabrakło miejsc. Gdy jedni walczyli o bilety, inni wręcz przeciwnie. Lwowskie mieszczaństwo, przerażone wizją „dekadenckiej zarazy”, przebudziło się, organizując demonstrację uliczną pod hasłem „Precz z kabaretem!”. Demonstracja przemaszerowała... całą ulicą Akademicką. Na niewiele się to zdało. Po chwili wyciszenia, kabaret powrócił do Lwowa ze zdwojoną energią. W marcu 1910 roku ówczesny król restauratorów Franciszek Moszkowicz otworzył „Casino de Paris” przy ulicy Rejtana/Kurbasa 3, w którym dziś mieści się teatr im. Kurbasa.

Można chyba mówić o jakimś tradycyjnym już związku pomiędzy artystami i restauratorami. Michalik, Toepfer, teraz Moszkowicz.
Tak, choć każdy z nich to inny przypadek. Michalik wyjechał ze Lwowa licząc na mniejszą konkurencję w Krakowie. Uważał najpierw, że artyści psują mu interes i dopiero z czasem się pogodził z ich obecnością. Naftuła sam niejako należał to tego środowiska. Natomiast Moszkowicz był, można rzec, pełną gębą przedsiębiorcą rozrywkowym.

Pochodził z biedoty żydowskiej i do swojej pozycji dochodził zaczynając od pikolaka w lwowskich restauracjach. Okazał się jednym z największych talentów w historii gastronomii. Inwestycja w budynek restauracyjno-rozrywkowy była ryzykowna i, aby osiągnąć cel, musiał poszerzyć grono tych, którzy we Lwowie bywali w lokalach. Postanowił zatem – jako pierwszy – łączyć swoje restauracje z rozrywką na najwyższym poziomie. Zapraszał zarówno kameralne zespoły filharmoników, jak i uznanych artystów kabaretów artystycznych, reklamując programy jako „familijne”, w czym szło głównie o to, żeby zaczęły przychodzić na nie również zamężne kobiety z tzw. przyzwoitych domów. Wkrótce bywanie wieczorami w lokalach stało się zwyczajem zamożnego mieszczaństwa i inteligencji. Plan się powiódł, Moszkowicz zaczął eksportować swój pomysł poza Lwów, tworząc m.in. słynną warszawską „Adrię”.

Można więc powiedzieć, że kabaret doczekał się mecenasa, o czym najczęściej artyści mogą tylko pomarzyć?
W „Casino de Paris” występowali przede wszystkim artyści zapraszani z Warszawy i Krakowa, jednak tworzyli we Lwowie dobry klimat i było jasne, że miasto doczeka się własnej sceny. Zbierzchowski, spędziwszy kilka miesięcy 1910 roku w Paryżu, po powrocie do Lwowa już 23 marca 1911 roku uruchomił kabaret pod nazwą Nadscenka Literacko-Artystyczna „Ul”. Przygarnął ją jednak konkurujący z Moszkowiczem Albert Szkowron, właściciel restauracji przy Kopernika 3. Występowali cztery razy w tygodniu, zmieniając program co miesiąc. Już po miesiącu miasto tryumfalnie zdobyła piosenka „Walc nocy” do słów Zbierzchowskiego, kabaretowy hymn nocnego Lwowa, który przyszłym pokoleniom Lwowian utrwalił się w pamięci równie głęboko co odgłosy codziennego życia. W „Ulu” występowali na ogół uznani artyści, ale któregoś wieczoru zaproszono szewca z Łyczakowa, który improwizował, śpiewał i żartował w najczystszym bałaku. W ten sposób rodziła się specyfika lwowskiego kabaretu. Paryski „Chat Noir”, niemiecki „Simplicissimus”, „Nachtlicht”, a także „Zielony Balonik” czy „Momus” – lwowscy artyści znali je doskonale, ale zawsze umiejętnie łączyli te inspiracje z kochanym przez siebie lokalnym kolorytem. Po pół roku mocniejszy okazał się Moszkowicz i „Ul” przeniósł się do „Casino”, niebawem przechodząc do historii jako kabaret, który zaszczepił tę sztukę w lwowskiej duszy głęboko i nieodwracalnie.

Zaczęły się złote czasy lwowskiego kabaretu?
Po „Ulu” zasłynęło wiele innych nazw. Wymienię ledwie kilka – „Bania”, „Chochlik”, „Renaissance”, „Parisiana”, „Hades”, „Bi-ba-bo”, „Wiatrak”, „Wesoła Jama”. Ich poziom był najróżniejszy, ale dziesiątki, a nawet setki artystów przewijających się przez kabaretowe scenki co wieczór budowało uśmiechniętą legendę Lwowa. Wprawdzie pierwsza wojna światowa przygasiła nastroje, zwłaszcza w czasie dziesięciomiesięcznej okupacji rosyjskiej, ale w „Casino de Paris” występowano mimo wszystko, a po wyjściu Rosjan Lwów wrócił do dawnych obyczajów. Kabarety, nazywane teraz chętniej teatrami literacko-artystycznymi, powstawały jak grzyby po deszczu. Jeszcze słychać było strzały, gdy 30 listopada 1918 przy Ossolińskich/Stefanyka 10 z pompą otwarto polsko-żydowski teatr wodewilowo-kabaretowy. Nie sposób wyliczyć wszystkie powstałe wtedy sceny i scenki, działające nieprzerwanie także w czasie wojny z bolszewikami w 1920 r., co wielu artystów przypłaciło poważnymi kłopotami w 1939 roku.

Czy ówczesny lwowski kabaret wylansował jakieś przeboje, czy miał swoje gwiazdy?
Z perspektywy czasu, scena przy Ossolińskich miała wielkie znaczenie. Tam bowiem powrócił „Ul”, w którym, mimo starej nazwy, zaczęła się nowa epoka – 6 września 1921 roku zadebiutował Marian Hemar, o którym powiedzieć „gwiazda” to za mało, to kabaretowy geniusz, który przed drugą wojną był tym dla kabaretu, czym Boy przed pierwszą. W najbliższych latach podnosił sztukę kabaretu na niespotykane dotąd wyżyny literackiej finezji. Swoje najsłynniejsze programy wystawił w 1924 roku w „Casino de Paris” – teksty z „Rumaka uśmiechniętego” i zorganizowanej miesiąc później „Wielkiej reduty gałganiarskiej” przeszły do historii najwyższych lotów humoru artystycznego. Latem tego roku Hemar założył teatrzyk pod wiele znaczącym tytułem „Zdechły Kot”. Kabaret się zmieniał, wzorce rodem z paryskiego „Czarnego Kota” były szlachetne i zasłużone, ale wywoływały już zaledwie sentymentalny uśmieszek.

Może była to humorystyczna forma pożegnania, bo w końcu wkrótce wyjechał robić karierę w Warszawie?
Wyjechał ze Lwowa, ale nigdy go nie opuścił. „Zdechły kot” nie był wymierzony przeciwko lwowskiej rzeczywistości, miał raczej „unowocześnić” śmiech we Lwowie i wszędzie, gdzie ludzie chcieli się inteligentnie bawić. Lwów bynajmniej nie leżał pod tym względem na prowincji. „Nowoczesny śmiech” chciał być głośny jak... jazz, bo druga połowa lat 20. to epoka jazzbandów. I Lwów, także dzięki Hemarowi, nadążał. W „Casino de Paris” kierował jazzbandem Wiktor Osiecki (ojciec Agnieszki). Jazz współistniał doskonale z występami artystów kabaretowych, których styl zmieniał się pod wpływem muzyki oraz rewii w takim stopniu, że w 1929 roku Zbierzchowski ogłosił: „rewia rządzi światem!”. Choć wiatr wiał oczywiście z paryskich „Folies Bergeres” i „Moulin Rouge”, we Lwowie nabierał specyficznego charakteru i miejscowe „Pawie Oko”, „Rewieta” czy „Lwowski Gong” za najzabawniejsze uznawały własne realia tytułując programy na przykład „Lwów się bawi” lub „Lwów w nocy”. I to jest odpowiedź na pytanie o lwowskie gwiazdy i przeboje. Zawsze żywiły się Lwowem i tę lwowskość w jakimś sensie eksportowały. Hemar, który wyjechał ze Lwowa, stał się w końcu jego „herbowym” poetą. Sycone lwowskim folklorem piosenki stały się wielkimi przebojami, czego żadne inne miasto przed wojną nie dostąpiło...

Mówi się jednak, że po pierwszej wojnie, kiedy Lwów utracił stołeczny charakter, wielu zdolnych ludzi wyjechało do Warszawy, także wielu artystów. A jednak z perspektywy czasu, okres międzywojenny we Lwowie wydaje się przebogatym w talenty, które zdecydowały o ponadczasowym obliczu miasta. A jak znosiła to lżejsza muza?
Całkiem nieźle. Kabaret dwudziestolecia międzywojennego był żywy jak epoka, w której powstawał. Nawet jeśli ktoś wyjeżdżał, to za chwilę dorastało nowe pokolenie kabareciarzy. We Lwowie wydawało ich przede wszystkim środowisko akademickie, wychowane w kabaretowej szkole starszych kolegów. Tak więc niedługo po wyjeździe Hemara, w rocznicę lwowskiego kabaretu artystycznego 11 grudnia 1928 roku powstał Akademicki Teatrzyk „Nasze Oczko”, wystawiając kabaretową rewię „Randka pod Wiedeńską”. Kolejne premiery także były osadzone w lwowskich realiach, gardzono przebojami i pomysłami z importu, komponowano i wymyślano własne. Pod względem muzycznym był to najnowocześniejszy kabaret w historii tej sztuki we Lwowie. Obok tradycyjnych batiarskich motywów komponowano oryginalne tanga, bluesy, fokstroty. Na scenie tańczyły widowiskowe „girlasy” i śpiewał chór rewelersów „Eryana”, kierowany przez Jana Ernsta, niebawem jeden z najsłynniejszych zespołów męskich, na które właśnie rodziła się moda, działający aż do wejścia sowietów. Na tej scence zaczynał karierę Kazimierz Wajda, późniejszy Szczepko i Henryk Vogelfanger, późniejszy Tońko, lecz główną postacią „Naszego Oczka” był Wiktor Budzyński, który za parę lat miał wyrosnąć na wielkiego mistrza lwowskiego radia. Swój teatrzyk mieli studenci politechniki, którzy w grudniu 1931 wystawili program pod tytułem „Lwów tego jeszcze nie widział”. Swoje pomysły kabaretowe realizowała także młodzież żydowska. Kabaret „Złoty Pieprzyk” wystąpił w kwietniu 1930 roku z programem „Co słychać w wielkim świecie”. Teksty, do muzyki Juliusza Gabla i Alfreda Schutza napisał Emanuel Schlechter – postać wybitna nie tylko dla kultury lwowskiej, ale dla przedwojennego show-biznesu w ogóle. Niemal wszyscy artyści z „Naszego Oczka”, „Złotego Pieprzyka” i także żydowskiej „Ósmej pieczęci” wylądowali w lwowskiej rozgłośni radiowej, bo właśnie zdobywające popularność radio stawało się największą sceną kabaretową. Mózgiem był Wiktor Budzyński, który od 26 października 1932 roku zaczął przygotowywać „Wesołe Niedziele”, i z nich właśnie 16 lipca 1933 roku narodził się „kabaret w eterze” czyli „Wesoła Lwowska Fala”. Moc jej twórców najlepiej ilustrują losy dwóch najsławniejszych duetów wylansowanych przez radio: Szczepka i Tońka oraz Aprikosenkrantza i Untenbauma. Dziesiątki lat lwowskiej tradycji kabaretowej triumfowało w studiu przy Batorego/Kniazia Romana 6, budując fenomen niespotykany wówczas w żadnej innej rozgłośni w Europie. To było prawdziwe kabaretowe apogeum, które, niestety, przerwała wojna.

Wróćmy z tej historycznej wędrówki do teraźniejszości. Myślisz, że program „Kumpel ze Lwowa” i kabaret powołany pod tą nazwą zdoła nawiązać tamtą, zerwaną siedemdziesiąt lat temu nić lwowskiego kabaretu artystycznego?
Nie do mnie należy ocena. Udało się zebrać zdolnych artystów. Ołesia Galkanowa, Marta Kulaj, Dmytro Karsznewycz na co dzień grają w teatrze im. Zańkowieckiej, Ania Bracuk jeszcze studiuje i grywa w teatrze im. Łesi Ukrainki, Tania Dzumak jest utalentowaną amatorką, zaś Witka Lafarowicza przedstawiać nie trzeba – wszyscy go znają ze sceny polskiego teatru we Lwowie. Muzyką z wielkim kunsztem i wrażliwością zajął się Eugeniusz Majchrzak. Ja coś tam zrymowałem, jeśli wierzyć widzom, chwilami zabawnie. Marek Zarchin wierzy w powodzenie artystycznego kabaretu we Lwowie, więc jeśli miejscowe duchy pomogą...

Zatem i ja będę je gorąco w tej sprawie zaklinać. Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na kolejnych przedstawieniach.

Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 1 (245) 15-28 stycznia 2016

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.