Muzyka łemkowskich źródeł we Lwowie

-a A+

7 sierpnia w dawnym kościele Dominikanów, a obecnie greckokatolickiej cerkwi Najświętszej Eucharystii we Lwowie odbył się kameralny koncert pieśni łemkowskiej „Muzyka źródeł”.

Na zaproszenie Lidii Płachtij z Centrum Rozwoju Ukraińskiej Kultury i Samoorganizacji z Polski przyjechali łemkowska pieśniarka Julia Doszna i lutnista Antoni Pilch.

We wspaniałej barokowej świątyni zabrzmiały pieśni łemkowskie zebrane przez Oskara Kolberga w XIX wieku. Julia Doszna jest nazywana ikoną łemkowskiej kultury, a jej wspaniały głos oddaje całość duszy łemkowszczyzny. Jest ona również jedyną artystką spoza granic Ukrainy, która otrzymała tytuł państwowy „Zasłużony artysta Ukrainy” oraz została wyróżniona nagrodą „Międzynarodowa gwiazda Ukrainy”. Akompaniament na lutni zapewnił Antoni Pilch. Dziś to instrument rzadki, lecz dawniej cieszył się wielką popularnością.

Właśnie o dawnych łemkowskich pieśniach, o emocjach w nich zawartych opowiedziały gwiazdy koncertu.

Julia Doszna, pieśniarka łemkowska
We Lwowie jest obecna społeczność łemkowska, która czekała na moje pieśni, na powiew łemkowskiego wiatru i na zapach ziół z naszych gór. Oni zostali tutaj przesiedleni, ale wciąż myślą, czują troszkę po innemu, bo to tamto słonce ich ogrzewało, słuchali tamtych potoków i tamtego lasu, właśnie tego brakuje tym ludziom. Koncert jest takim żywym oddechem, który im przynosimy. Te pieśni są wspomnieniem ich rodzinnych stron, są życiem ich przodków.

Pieśni przede wszystkim były dopasowane do miejsca. Skoro śpiewamy w świątyni, to chcieliśmy zachować atmosferę sacrum, która tutaj panuje. Śpiewamy nasze pieśni w kościołach i cerkwiach, ponieważ mają one głębokie przesłanie, to nie są zwyczajne piosenki, które opowiadają o niczym. W nich zawsze jest historia, tam zawsze są zawarte bardzo głębokie przeżycia. Dzielą się nie tylko przeżyciami, ale tym co może uczyć, przestrzegać, co może przekierować na jakieś leprze życie. Tak naprawdę, ja też śpiewam dlatego, żeby tego drugiego człowieka uświęcić, żeby coś w nim poruszyć, żeby coś w nim drgnęło. Nie uważam się za osobę z misją do spełnienia, po prostu dziele się swoimi emocjami i przeżyciami, dziele się przeżyciami tych wszystkich, którzy tworzyli pieśni przed wiekami.

Fot. Aleksander Kuśnierz

Dzisiejsze pieśni to były pieśni religijne, większość z nich znaleźliśmy u Oskara Kolberga, z którego ksiąg czerpiemy razem z Antonim Pilchem. Sięgamy do kultury ziem przemyskich i sanocko-krosnieńskich, ale również do innych regionów i Polski, i Ukrainy po to, żeby odszukać te pieśni, których już nikt nie śpiewa. My bardzo żałujemy, że u nas nie ma już tych ludzi, od których moglibyśmy się nauczyć czy wymowy, czy wręcz prowadzenia melodii. To jest tak naprawdę nasze odkrywanie tego, co działo się przed dwustu laty. Odkrywamy tajemnice tych pieśni. Za każdą pieśń zabieramy się z wielkim nabożeństwem na kolanach, żeby umieć prawidłowo odczytać tajemnice tej pieśni. I rzeczywiście, to nie dzieje się od razu, trzeba taką pieśń wyśpiewać wiele, wiele razy. Ona musi jakby wejść do nas, w nas się rozgościć, zaprzyjaźnić się również z nami, z naszymi emocjami i dopiero wtedy ona odkrywa się dla nas. Dopiero wtedy możemy wyjść z nią do ludzi i przekazać to co poprzez tę pieśń ktoś chciał nam powiedzieć. Bo to nie jest nasza poezja, to jest poezja tych, którzy byli przed nami, ale jest to naprawdę wspaniała poezja, to jest wysokich lotów poezja, naprawdę po prostu trzeba ją umieć odczytać. Tam jest mnóstwo symboli, tam jest mnóstwo takich przesłań, które niekoniecznie od razu są czytelne.

Przeważnie są to smutne przeżycia, opowieści o smutnym losie dziewczyny, kobiety, o nieszczęśliwej miłości. Ale tak naprawdę tylko o tym warto śpiewać, bo tylko taka miłość, która się nie spełniła, w nas tkwi, jest takim niespełnieniem, jest czymś, do czego tęsknimy, co chcielibyśmy przeżyć.

Czuję ogromną radość, że mogłam tutaj być wśród ludzi, którzy oczekiwali na nas, którzy pragnęli usłyszeć dusze łemkowską, duszę przodków. Może chcieli zrozumieć, dlaczego wciąż tęsknią i do czego tęsknią. Myślę że w tych pieśniach jest zawarty obraz łemkowszczyzny, obraz tej ich małej ojczyzny, z której zostali kiedyś wyrwani. Ja ją noszę w sercu, myślę że przekazuję ją też w pieśniach, to jest cenne dla mnie i dla tych, którzy przychodzą słuchać. Oczywiście do naszego śpiewania jest potrzebna specjalna akustyka, specjalny rodzaj miejsca, w którym możemy wykonywać te pieśni. Dlatego bardzo lubimy kameralne przestrzenie, przestrzenie, w których zamykają się wszystkie emocje, które mogą tak prosto z serca płynąć i przenikać innych.

Antoni Pilch, lutnista i bandurzysta
Klasztor ojców Dominikanów bardzo jest mi bliski. Podczas mego ostatniego pobytu we Lwowie wszedłem jedynie na stopnie kościoła i uświadomiłem sobie, że dalej wejść nie mogę, bo w środku było jeszcze muzeum czy magazyn, wszystko było zamknięte. Ze wzruszeniem wszedłem tu dzisiaj. Dla Pana Boga jest wszystko jedno czy są tam dominikanie, czy bracia grekokatolicy, Ukraińcy. Właśnie tak do tego podchodzę.

Przygotowaliśmy z Julią bardzo stare pieśni rusińskie, wszystkie zebrane przez Oskara Kolberga w XIX wieku. Myślę że on sam nie był w stanie do końca ocenić korzeni tych pieśni, a niektóre z nich są starsze niż chrześcijaństwo, chociaż potem mają naleciałości chrześcijańskich wątków i pojawia się w nich między innymi św. Katarzyna i inni święci. Ale idea tych pieśni jest jeszcze przedchrześcijańska, są one po prostu oddaniem hołdu Bogu, który nas karmi i żywi chlebem z pola.

Fot. Aleksander Kuśnierz

Bardzo ciekawe, że lutnia, którą studiuje od wielu lat, pomogła mi odkryć treści pieśni, które są podobne do tańców lutniowych z XVI-XVII wieku. Doszliśmy do wniosków, że piękną oprawą do pieśni będzie właśnie lutnia, która w XVI wieku była siostrą bandury. U nas lutnia to bardzo rzadki instrument, chociaż w XVI-XVII wieku była tak samo popularna jak dziś jest popularna gitara. Lutnia jak żaden inny instrument może nam opowiedzieć o subtelności i o harmonii niebieskiej, według której jest stworzony cały świat, tak że lutnia to instrument nie tylko muzyków, ale i filozofów. Lutnia to instrument Orfeusza, którym podobno tak oczarował bogów, że pozwolili mu zabrać z hadesu Eurydykę. Czyli lutnia to instrument, który przywraca życie, albo mówiąc inaczej daje nieśmiertelność.

Z Julią tropimy i odkrywamy korzenie starych pieśni, są to korzenie, które w nas żyją. Dziś zaśpiewałem jedną pieśń – Dumę o cudownym uratowaniu Soboru Poczajowskiego, XVII wieczną wersję historii, która niewiele wcześniej się zdarzyła. Zrobiłem jednogłosową rekonstrukcje pieśni z akompaniamentem lutni. Śpiewam też dużo innych pieśni z Oskara Kolberga i pieśni ruskie. W mojej rodzinie jest dwóch pradziadków Rusinów – jeden Dołyk, drugi – Łuka. I przyjeżdżając w te strony odczuwam to co odczuwałem przez całe moje życie – czuję moje polskie i ruskie korzenie. Bardzo kocham Lwów, ale nie kocham ani polskiego, ani ukraińskiego Lwowa, tylko kocham ten Lwów wielokulturowy, w którym wciąż na przykład brakuje mi Żydów, bardzo się cieszę że są tu dziś Ukraińcy, cieszył bym się również, gdyby obok nich żyli by w przyjaźni, braterstwie i miłości też Polacy.

Aleksander Kuśnierz
Tekst ukazał się w nr 14-15 (258-259) 16-29 sierpnia 2016

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.