Złoty róg usłyszały najpierw dzieci

-a A+

Trzy tygodnie walk o Lwów w listopadzie 1918 r. w sposób niezaplanowany, niewyreżyserowany zrodziły jedną z najpiękniejszych legend związanych z odzyskiwaniem przez Polskę niepodległości. Zastanowić się można, czy legenda owa jest „samorodna”, czy do jej powstania lub ugruntowania przyczynił się ktoś jeszcze… może pisarze, poeci… Jedno nie wyklucza drugiego.

Legenda Orląt Lwowskich w literaturze dla młodzieży
Legenda Orląt Lwowskich była wielokroć przedmiotem opracowań naukowych, w tym prac seminaryjnych, opisywano ją w beletrystyce i literaturze popularnonaukowej oraz szerzej omawiano na konferencjach. Najcenniejsza pozostaje praca Anny Marii Krajewskiej.

Legenda najczęściej rodzi się samoistnie, nie wtedy, gdy ją zaplanujemy, ale niezależnie od tego. Zakorzeniona jest w prawdziwym wydarzeniu. Jej powstawanie można natomiast wzmacniać poprzez popularyzację opisów. Tak też było z legendą obrońców Lwowa. Publikacje przyczyniające się do umocnienia i popularyzacji legendy powstawały tu jednak z potrzeby serca, a nie były realizacją z góry zaplanowanej wizji.

Przeogromną rolę odegrała gazeta „Pobudka”, która ukazywała się w polskiej strefie walczącego Lwowa od 5 listopada 1918 r. To „Pobudka” miała chyba największy wpływ na formowanie się legendy… zapewne była ona też źródłem dla wielu pisarzy, w tym dla „Wisławy” – autorki wznawianej teraz powieści.

Już w listopadzie 1918 r. powstały pierwsze utwory literackie o polskich obrońcach miasta, zarówno krótkie formy, wiersze, piosenki, jak i proza. W 1919 r. ukazało się kilka opowieści, powieści i wspomnień dla młodzieży, w których podnoszono heroizm lwowskich junaków.

Już na przełomie 1918/1919 r. ktoś pod inicjałami E. P. wydał broszurkę „Franek obrońca Lwowa”. W roku 1919 wyszły wspomnienia Alfreda Tąkiela „Przedarcie się harcerza do oblężonego Lwowa” oraz Romualda Kawalca „Wspomnienia z hajdamackiej niewoli”. Furorę robiły dwie powieści: Artura Schroedera „Orlęta”, która tylko w 1919 r. miała dwa wydania oraz chyba do dziś najbardziej znana powieść o Orlętach, a w okresie II RP jedna z najpopularniejszych książek dla młodzieży, czyli Heleny Zakrzewskiej „Dzieci Lwowa”. Nie można nie odnotować, wydanej w 1919 r., na poły naukowej relacji Adama Próchnika „Obrona Lwowa od 1 do 22 listopada 1918”. W tym samym 1919 r. ukazała się książka Franciszka Salezego Krysiaka „Z dni grozy we Lwowie”, adresowana bardziej do dorosłych. Popularna stała się też powieść dla dzieci Bronisławy Ostrowskiej pt. „Bohaterski Miś”, w której znajduje się wyeksponowany fragment o obronie Lwowa w listopadzie 1918 r. Rok 1920 to opowiadanie Artura Kopacza „Jeden z orląt”, poświęcone zapomnianemu bohaterowi Staszkowi Kotłowskiemu, a opublikowane w tomie opracowanym przez Marię Reuttównę pt. „Dziecko polskie w latach niewoli i walk”.

W 1921 r. do księgarń trafiła baśń Juliusza Germana „O Janku, co walczył we Lwowie”, dokumentalny „Kajet wojenny dziecka lwowskiego”, opracowany przez Edwarda Horwatha, „Na progu Polski” – Edwarda Słońskiego oraz wydawana właśnie powieść-relacja Wisławy pt. „Gdy zagrzmiał złoty róg”. Nie była to ostatnia literacka próba zmierzenia się z tematem. Dodać wypada, że w tym samym 1921 r. kpt. Czesław Mączyński wydał swoje „Boje lwowskie”.

Temat odbicia Lwowa pojawił się w wydanych w 1923 r. i ponownie trzy lata później „Strzępkach epopei” Melchiora Wańkowicza. W 1927 r. znakomite wspomnienia wydał Wacław Lipiński „Wśród lwowskich Orląt”, a wyjątkowość ich przejawia się w nastawieniu do bratniego narodu i próbie zrozumienia jego racji. W 1928 r. ukazał się krótki „obrazek sceniczny” Janiny Ruczajówny pt. „Wigilia orląt lwowskich”. Dużym wydarzeniem było opublikowanie w 1930 r. w trzech wersjach językowych (polskiej, angielskiej i francuskiej) pamiątkowego albumu pt. „Semper Fidelis”. W przedmowie polecano wydawnictwo szczególnie młodzieży.

Jeszcze w latach trzydziestych pojawiały się nowe powieści o tej tematyce, jak Mirosława Bezłudy (właściwie Ferdynanda Neumeuera) „Jóźko żołnierzem polskim” z 1934 r. W tym samym roku ukazał się znakomity „Uśmiech Lwowa” Kornela Makuszyńskiego, z wątkiem Orląt. W latach trzydziestych wznawiano wcześniejsze utwory: Lipińskiego, Schroedera, Zakrzewskiej, Ostrowskiej. W 1939 r. ukazał się też utwór sceniczny Tadeusza Nittmana pt. „Józek Bezimienny”.

Spośród wymienionych pozycji należy zwrócić uwagę szczególnie na „Dzieci Lwowa” Zakrzewskiej i „Orlęta” Schroedera. Ta ostatnia jest wyjątkowa także z uwagi na swoje walory literackie.

Jedną z najciekawszych a jednocześnie najmniej znanych powieści poświęconych lwowskim Orlętom jest książka, która po niemal stu latach od jej powstania została wznowiona, czyli: „Gdy zagrzmiał złoty róg”… Przyjrzyjmy się jej nieco bliżej, w tym także jej autorce, gdyż książka pisana jest z perspektywy kobiet.

Wisława Wilhelmina Adamówna
Książka ukazała się pierwotnie we Lwowie w roku 1921 nakładem Księgarni Naukowej. Na okładce wykorzystano litografię Kazimierza Sichulskiego z 1912 r. pt. „Hejnał” – o wyraźnej krakowskiej konotacji, co pogłębia jeszcze wieża kościoła Mariackiego w tle. Na pierwszym planie jest jednak róg i to on wyraźnie wskazuje, co było inspiracją dla autorki, gdy szukała tytułu dla swojej powieści… Wydaje się, że nawiązuje do Stanisława Wyspiańskiego (w „Weselu” Wernyhora przekazuje złoty róg Gospodarzowi… by zagrzmiał), a może także do późniejszej, ale jakże popularnej wówczas we Lwowie „Roty” Marii Konopnickiej („pójdziem, gdy zabrzmi [vel zagrzmi] złoty róg!”). Pośrednio wskazują na to słowa dowódcy obrony Lwowa kpt. Mączyńskiego, który w wydanych w tym czasie „Bojach lwowskich” pisał, że w dniu zwycięstwa „rozległ się pod lwowskim przeczystym niebem chóralny śpiew: Nie damy ziemi, skąd nasz ród. Jak do przysięgi wyrósł ponad głową zebranych tłumów las rąk przy słowach: Tak nam dopomóż Bóg! Podnosił się trzykrotnie i po trzykroć dokumentował, że przysięgę tę świętą spełni każdy z zebranych ochotnie i ofiarnie, że nie zawaha się przed poświęceniem, przed samoofiarą siebie i swoich, skoro tylko zajdzie jakakolwiek potrzeba, skoro jeno zabrzmi on przez wieszczów wyśniony złoty róg”.

Ani okładka, ani strona tytułowa nie informowały o autorce, podając jedynie pseudonim „Wisława”. Pseudonim ów zaistniał już we wcześniejszej literaturze dla młodzieży, a w szczególności dla dziewcząt. Wspomnieć wypada tu choćby przeznaczone dla nich powieści: „Polne róże” z 1914 r. czy „Nasze dziewczynki” z 1920 r. Znacznie wcześniejszy jest, wydany w 1908 r., szczególnego rodzaju „poradnik” dla dzieci i młodzieży – „Mali samarytanie” z ilustracjami Anny Gramatyki-Ostrowskiej, na który składa się 17 opowiadań, których celem jest ukazanie właściwego zachowania w przypadku zaistnienia pewnych niebezpieczeństw. Z tego samego 1908 r. pochodzi pierwsza znana książeczka Adamówny – „W górskim miasteczku. Powieść z życia dorastających dziewcząt”. W 1911 r. nakładem Wilhelma Zukerkandla w Złoczowie ukazała się powieść pt. „Perełki”. Wydawca ten w 1924 r. wydrukował inne dzieło Adamówny – „Ciekawe odkrycia. Obrazki ze świata roślin i zwierząt”. Ostatnią znaną publikacją Adamówny jest książka pt. „Własnemi siłami”, wydana w serii „Bibljoteka Książek Błękitnych, no 63” przez Dom Książki Polskiej w Warszawie w 1929 r., do której okładkę i ilustracje przygotowała Nina Karmazyńska.

Dopiero z czasem udało się ustalić, że „Wisława” to pseudonim lwowskiej pisarki i działaczki społecznej Wilhelminy Adamówny. Zaskakujące, że poza tym, co pozostało w zakamarkach bibliotek, czyli kilkoma książkami, niemal nic o niej nie było wiadomo. Nie przyniosły rezultatu poszukiwania w specjalistycznej literaturze. Kontakt z rodziną przyniósł też niewielki postęp. W rodzinnych dokumentach nie zachowała się fotografia ani nawet informacja, w jakich latach żyła i jakie miała wykształcenie. Dopiero poszukiwania we Lwowie, a w szczególności w archiwum Cmentarza Łyczakowskiego, pozwoliły ustalić dane podstawowe, czyli datę urodzin i śmierci.

Wilhelmina Adam urodziła się 10 maja 1870 r. i była młodszą siostrą wspomnianego już Ernesta Adama (1868–1926), wybitnego działacza politycznego, społecznego i oświatowego we Lwowie i w ogóle Galicji, posła i senatora w II RP. Życiorys brata znamy z kilku publikacji pośmiertnych oraz z biogramu autorstwa Zdzisława Próchnickiego opublikowanego w pierwszym tomie „Polskiego Słownika Biograficznego”.

Adamowie wywodzili się z Bielska na Śląsku Cieszyńskim, skąd do Lwowa przybyli rodzice Ernesta, jego brata Karola oraz siostry Wilhelminy, czyli Juliusz Adam oraz Sabina Amelia z domu Jacobi. Byli oni wyznania ewangelickiego i działali we wspólnocie ewangelickiej we Lwowie.

O dzieciństwie samej Wilhelminy wiemy niewiele. We fragmencie napisanym przez jej bratanicę Marię Adamównę-Dobrzańską, czytamy: „W dzieciństwie przeszła szkarlatynę, po której pozostałością była głuchota. Posługiwała się trąbką słuchową, z tego powodu nie wyszła za mąż. Była literatką, pisywała nowelki dla dzieci i młodzieży, miała dużo kompleksów i lekkiego bzika. Była zapiekłą ewangeliczką”.

Działalność literacką (a być może też społeczno-pedagogiczną) Wilhelmina kontynuowała po śmierci brata, ale efekty są trudne do ustalenia, a utwory – chyba niemożliwe do odnalezienia.

Wilhelmina była bez wątpienia zaangażowana w działalność pedagogiczną wśród dziewcząt. Większość jej publikacji skierowana jest właśnie do nich. Na uwagę zasługuje problematyka poruszanych przez nią tematów. Tak jest z książkami dla dziewcząt z 1914 i 1920 r. Także w książce „Gdy zagrzmiał złoty róg” wyeksponowane zostały postacie kobiece. Wydaje się nawet, że bohaterki (dziewczęta) dominują w powieści. Oczywiście występują też w innych opowieściach i powieściach z dni listopadowych, jak choćby u Heleny Zakrzewskiej, ale u Adamówny to chyba jednak wątek wyraźniejszy, a raczej wątki, bo dotyczą nie tylko jednej dziewczyny.

Wilhelmina Adamówna zmarła we Lwowie 6 maja 1938 r. w wieku 68 lat. Spoczęła w grobie na Cmentarzu Łyczakowskim. Nie był to zapewne grobowiec rodzinny. Znajdował się na polu 54 w 14 rzędzie, drugi od alejki. Poszukiwania wśród mogił nie przyniosły efektu. Albo na jego miejscu pochowano po wojnie kogoś innego, albo też Wilhelmina spoczęła pod którymś z zachowanych nagrobków, ale nie zadbano o umieszczenie na nim informacji o niej.

Obrona Lwowa oczyma Adamówny
Czy powieść Adamówny jest wyjątkowa? Wydaje się, że tak. Owa wyjątkowość polega na tym, że stanowi ona udaną próbę połączenia kroniki wydarzeń listopadowych z narracją literacką – fikcyjną. Fikcyjni bohaterowie często mają swój realny odpowiednik i tylko chęć fabularyzacji zmusiła autorkę do wprowadzenia fikcyjnych postaci do opisu zmagań o miasto. Współistnieją oni z bohaterami historycznymi. Nieznający dobrze dziejów walk o Lwów z 1918 r. nie jest w stanie oddzielić w powieści tego, co stanowi element kreacji artystycznej od tego, co zostało zaczerpnięte z opracowań historycznych, z meldunków, z „Pobudki”, wreszcie z naocznych obserwacji.

Z pewnością w trakcie lektury zrodzi się pytanie, czy opis Adamówny jest bliski prawdzie, czy nie za dużo w nim pompatycznych uniesień, czy nie za ostro pisze o przeciwnikach w walce, czyli o Ukraińcach. Adamówna wkłada wszak w usta swoich bohaterów mocne słowa o Ukraińcach. Najczęściej bohaterowie powieści używają na określenie przeciwnika – pochodzącego z gwary lwowskiej ulicy – miana „karaimy”, ale też znacznie bardziej obraźliwych. Trzeba mieć tu na uwadze, że w książce nie ma pogardy dla przeciwnika. Jest złość, żal. Bohaterowie wypowiadają słowa, które zapewne powszechnie padały w tamtym czasie na określenie wroga. Poza tym w książce znaleźć możemy mocną krytykę polskiego społeczeństwa Lwowa, w tym studentów, czyli poborowych, np. gdy kurierka Wanda mówi:

„Pan się śmieje – smutnym rzekła głosem – a tu serce się ściska na widok tych pacholąt, co tak bohatersko bronią Lwowa… Czterdzieści osiem godzin stoją nieraz na placówkach, choć smaga ich wicher, deszcz, śnieżyca. Głodne to, zziębnięte, lecz trwa nieustępliwie, widząc dookoła bujne żniwo śmierci… Wróg obawia się ich, nasi podziwiają, a ci, co do niedawna dwugłowym służyli orłom – zamiast bronić kresowej strażnicy – uczą się teraz do egzaminu…”.

Bardzo wzruszający i odwołujący się do zburzonej wspólnoty, tworzonej przez różne nacje i konfesje we Lwowie, jest wątek Kulińskiej. Czy jest on opisem rzeczywistej postaci (takowej nie sposób odnaleźć), czy ubolewaniem nad tym, co się stało, co wskutek bratobójczych walk o Lwów umarło? Jeden z bohaterów, młodych chłopców, wypowiada słowa:

„Widzę dziś jeszcze Kulińską, stojącą przy drzewku z opłatkiem w ręce… jeszcze ją widzę. A w uszach brzmią mi dotychczas słowa, którymi wzywała młodzież bratnich narodów do współżycia, do pracy w miłości i zgodzie. Święte były jej słowa; ileż to rodzin polsko-ruskich związanych jest węzłami krwi ze sobą! I oto dzisiaj – to życie, takie potrzebne i pełne zasług – zgasiła brutalnie kula wroga… może jednego z tych, co korzystał z uczniowskich obiadów… Z oczu chłopca płynęły łzy”.

Może Kulińska jest personifikacją idei „braterstwa narodów do współżycia, do pracy w miłości i zgodzie”; idei, którą „zgasiła brutalnie kula wroga”.

Autorka widzi krzywdy wyrządzone przez wojska ukraińskie. Opisuje je i posługując się słowami swych bohaterów, przewiduje, że owe krzywdy i nieokiełznane zachowania wobec ludności cywilnej spowodują, że Lwów będzie polski:

„Ale za to wszystko Lwów będzie nasz… będzie polski! A wtedy – my pierwsi podamy Rusinom rękę do zgody!”.

W powieści Adamówny nie ma wątku pogromu w dzielnicy żydowskiej z 22–23 listopada 1918 r., w czasie którego zginęło ok. 55–75 osób, setki ucierpiało, zniszczono kilkaset lokali, w tym synagogę, gdyż akcja powieści urywa się dzień wcześniej. Nawiasem mówiąc, pogrom nie znalazł odzwierciedlenia w większości publikacji dla młodzieży, ale i innych publikacji poświęconych obronie Lwowa z 1918 r. wydanych przed II wojną światową. Jest to zrozumiałe. Celem opowiadań, wierszy, pieśni, powieści było ukazanie bohatera niemal bez skazy. Choć wydarzenia w dzielnicy żydowskiej nie obciążają lwowskich dzieci, Orląt, ale niezdyscyplinowanych żołnierzy oraz różnej maści cywilów, w tym wypuszczonych z więzień kryminalistów, co potwierdziły badania, to kładą się one cieniem na lwowskie walki, a szczególnie na postać kpt. Czesława Mączyńskiego, dowódcy obrony.

Jaka jest wartość literacka powieści Adamówny? Trudno ocenić. Nie jest może tak plastyczna, jak „Lwowskie dzieci” Zakrzewskiej, bo za dużo w niej wątków, za dużo bohaterów pobocznych, za dużo faktów. Z drugiej jednak strony jest to także zaleta książki. Przed oczyma pozostają żywe postaci, nie jedna, a kilka i – co ciekawe – u jednych w pamięć zapada jeden wątek, u drugich inny. A książka nie jest przecież obszerna.

Czy wyróżnia się czymś spośród innych powieści? Chyba tak. Ma walor paradokumentalny, a to – jak już wskazano – dzięki przeplataniu wątków prawdziwych, cytatów z dokumentów, meldunków, rozkazów itp. – z narracją fikcyjną.

***
Nie znajdując lepszych słów, by podsumować wprowadzenie do trudnej opowieści dla młodzieży o lwowskich dzieciach, posłużę się cytatem ze znakomitego polskiego pisarza, lwowianina, który był w owe listopadowe dni we Lwowie. Po latach, za oceanem, pisał:

„Tak więc pełno osobliwostek znajdujemy w kronikach naszego miasta. Lecz największą osobliwością jest coś, co kwitło za moich młodych lat, a dzisiaj już zamiera na naszym globie: to koleżeństwo. Miałem kolegów bandytów i kolegów policjantów. Kilku kolegów księży, m.in. ks. Rękasa, znanego w całej Polsce z radiowych audycyj dla chorych. Przez jakiś czas kolegowałem z synem lwowskiego hycla, p. Zygla. Nie sztuka się lubić, gdy się należy do tego samego klanu, narodu, partii, kiedy nas łączą te same umiłowania i wstręty. Miłość, przyjaźń i koleżeństwo zaczynają się dopiero tam, gdzie wykwitają na tle jaskrawych nieraz różnic i przeciwieństw. Nie chcę dotykać ran na żywym ciele tych wspomnień i dlatego nie mówię o roku 1918. Rany te zamierzam sumiennie rozdrapać piórem przy innej, mniej elegijnej sposobności. Trudno mi jednak przemilczeć, jak to w czasie bratobójczych walk polsko-ukraińskich, które nie tylko samo miasto przecięły na dwie wrogie części, dawny mój kolega gimnazjalny, Zenon Rusin, wonczas ukraiński chorużyj, zatrzymał działania wojenne przed Ogrodem Jezuickim, abym ja mógł poprzez front dostać się do domu. Harmonia panowała wśród moich kolegów, choć wielu z nich należało do różnych, skłóconych z sobą nacyj i wyznawało odmienne wiary i poglądy. Endecy kochali się z Żydami, socjaliści z konserwatystami, starorusini, moskalofile z ukraińskimi nacjonalistami. Komunistów w tym czasie jeszcze nie było, lecz gdyby byli, z pewnością kochaliby się nawet z socjałami. Bawmy się w sielankę. Bawmy się, że od czasów naszego dzieciństwa nic złego we Lwowie ani w świecie się nie wydarzyło, bo i złe wiadomości, oglądane na rycinach Harasymowicza w Wieku Nowym, tchnęły beztroską i humorem. Przez dłuższy czas skłonny byłem wszystkie lwowskie bolączki traktować z pobłażaniem, zapominając, że mój Lwów i cały świat jest jedną wielką bolączką. Lecz bawmy się w sielankę. W ogóle bawmy się i zamknijmy oczy”.

Wittlin kończy swój historyczno-sentymentalny spacer po Lwowie wizją, marzeniem sennym… przemarszem ulicą Akademicką we Lwowie postaci znanych i nieznanych, Lwowian, tych z tamtego Lwowa, wielokonfesyjnego, wieloetnicznego, wielokulturowego… Wśród owych maszerujących postaci „ukraińscy siczowi z roku 1918 idą pod rękę z polskimi obrońcami Lwowa, z orlętami”.

Chcę wierzyć, że kiedyś, mam nadzieję w niedalekiej przyszłości, przejdą ulicą Akademicką we Lwowie (nazwa powoli wraca, bo obecnie jest to Prospekt akademicki im. Tarasa Szewczenki) wszyscy Lwowianie… Ci sprzed wieków, sprzed dziesiątków lat i ci współcześni, przejdą pod rękę, w orszaku… bez nienawiści, obok siebie, ci którzy ze sobą walczyli w 1918 r. Choćby symbolicznie… Tryzub obok Orła, Błękitno-Żółty obok Biało-Czerwonego… Ukraińcy, Żydzi, Polacy, wszyscy inni, dla których Lwów był ojczyzną, a choćby nie, to miastem, z którym związał ich los.

Jakże trudno w to uwierzyć, gdy słyszę, że moje marzenia, to przejaw polskiego szowinizmu, że jestem przedstawicielem narodu okupującego sześćset lat Lwów. Cóż… marzenia mają to do siebie, że czasami się spełniają…

Pozostaje wierzyć, że tak się stanie… „i zagrzmi złoty róg”, wzywając dwa narody do braterstwa, które gdzieś po drodze zagubiliśmy. Czy go usłyszymy, czy błędna ideologia zalewająca nie tylko politykę, ale – co najgorsze – edukację, nie zagłuszy go…

Może jednak ktoś usłyszy.

Adam Redzik
Tekst ukazał się w nr 23-24 (315-316) 18 grudnia 2018 – 17 stycznia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.