Stanisławów świąteczny i powszedni

-a A+

W co się ubierali, co jedli, gdzie spacerowali, jakie wyprawiali wesela i jak umierali mieszkańcy Stanisławowa na przełomie XIX-XX wieków? A jeszcze o znanych w mieście aferzystach, fryzjerach, a nawet… prostytutkach napisała w swej książce krajoznawczyni Ołena Buczyk.

Spotkałam się z nią w centrum Iwano-Frankiwska (dawn. Stanisławowa). Pisarka opowiada o swoich polskich korzeniach.

- Mój ojciec urodził się w miejscowości Łubno, gmina Dynów – opowiada Ołena Buczyk. – Jego dziadek był Polakiem, a babcia – Ukrainką. Przez to zostali przesiedleni na tereny Ukrainy. Ale dziadek nigdy nie narzekał, bo twierdził, że musi zawsze być ze swą ukochaną. Od małego słyszałam w domu język polski i jest mi tak bliski, jak ukraiński. Chociaż nawet specjalnie polskiego nie studiowałam, mogę swobodnie rozmawiać, czytać, pisać i tłumaczyć.

Ołena ukończyła wydział języków obcych Uniwersytetu Przykarpackiego i jest obecnie tłumaczką. Historią swego rodzinnego miasta interesuje się już od ośmiu lat. Studiuje książki historyczne, przewodniki, monografie. Jednak najwięcej informacji uzyskuje przeglądając stare gazety stanisławowskie, które znajduje w lwowskich archiwach. Wypisuje stamtąd interesujące fakty. O życiu dawnego Stanisławowa pisała w gazecie „Kurier Zachodni” wydawanej w Iwano-Frankiwsku i na portalu „Kurs”. Z czasem z tych materiałów powstała książka, składająca się z 10 rozdziałów, które zawierają 55 historii o gościnności, świętach i rozrywkach, dziwakach, sklepach i przedsiębiorstwach, sprawach domowych, sporcie, podróżach, zdrowym trybie życia, kobiecych tajemnicach i awanturach.

- Nie interesowały mnie znane postacie i wydarzenia historyczne, lecz życie codzienne chłopów, panów, urzędników, piekarzy, fryzjerów, krawców, a nawet panienek lekkich obyczajów. To tak, jakby odsłoniła się przede mną kurtyna dziesięcioleci i trafiłam do innej epoki – mówi krajoznawczyni. – Oto obok szeleszczą długimi sukniami szanowne panie i panienki, a panowie – zdejmują z szacunkiem kapelusze i całują damom rączki. Ze starej cukierni pachnie smacznymi ciasteczkami. Wieśniak stara się szybko sprzedać mleko i śmietanę. A jakiś zajezdny hochsztapler obmyśla nową aferę. O tym wszystkim można przeczytać w starych gazetach.

Polskiemu okresowi Stanisławowa przeznaczono w książce najwięcej miejsca. Dla mnie najbardziej interesującą była informacja o tym, jak Polak Andrzej Legenza, który przyjechał do nas z Krakowa, zaczął jako pierwszy podawać w swej restauracji menu. Do początku XX wieku w Stanisławowie nie było to praktykowane, chociaż w Europie w szanujących się zakładach była to rzecz normalna. Ale Stanisławów był jednak prowincją. I taki przykład: w piekarni Teofila Kwiatkowskiego, leżącej przy ul. Lipowej 42 (ob. ul. Szewczenki) wypiekano takie pierniki, że przyjeżdżano po nie nawet ze Lwowa. Taką popularność tych wypieków tłumaczono tym, że u Kwiatkowskiego jako piekarz pracował niejaki Mazur, którzy wypiekania tych wyrobów nauczył się u toruńskich piekarzy. A wiadomo – toruńskie pierniki są najlepsze w Europie.

Ale oto i dziwne przypadki.

- Na przełomie XIX-XX wieków panie zakładały olbrzymie i czasem bardzo dziwne kapelusze, bogato dekorowane w kształty różnych przedmiotów, koszy z owocami czy… ptasich gniazd – opowiada Ołena Buczyk. – I gdy siedziały w tych kapeluszach w teatrze, zasłaniały scenę. Powiedzieć jednak damie, żeby zdjęła kapelusz – uchodziło za wielki nietakt i było bardzo niegrzeczne. Pisał o tym nawet „Kurier Stanisławowski”. Ale panienkom było obojętnie, że są opisywane w gazecie. Przecież do teatru chodziło się nie tylko po to, by zobaczyć przedstawienie, ale żeby też pochwalić się nowym kapelusikiem.

O innych „damach”, pocieszających bogatych kawalerów, również pisały gazety stanisławowskie. Wspominana jest tam kawiarnia nocna „Pod złotym kolankiem”. Nazwa prawdopodobnie pochodzi od tego, że tańczył tam kabaret i tancerki pokazywały kolanka. Dla poważnej damy z dobrego domu było to skrajną rozpustą, ale ich mężowie byli stałymi bywalcami lokalu.

Słowem – opowiadać o życiu dawnego Stanisławowa można bez końca, ale najlepiej przeczytać książkę. Jej autorka już pracuje nad następnym tomem, który poświęcony będzie kryminalnemu półświatku starego Stanisławowa.

Mirosława Gryniwecka
Tekst ukazał się w nr 10 (302) 30 maja – 14 czerwca 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.