Czarny Huzar

-a A+

W swej najnowszej książce udało się Leszkowi Białemu umiejętnie połączyć w jedno awanturniczą powieść historyczną, traktat dyplomatyczny oraz pamflet na kulturę oświecenia. Warstwa fabularna utworu rozgrywa się w XVIII-wiecznej Polsce, w tym w dużej mierze – na Kresach.

Powieść historyczna
Jest w Kronice Wincentego zwanego Kadłubkiem piękne słowa, które przytacza w I tomie swych „Dziejów Polski” Andrzej Nowak:

„[…] obawiam się, żebyśmy więcej, niż to jest słuszne, nie starali się podobać sobie samym. Boję się, byśmy nazbyt wzajem sobie nie potakiwali[…] Albowiem przymilnością wykarmimy głupotę, a mówieniem na przekór – roztropność; ganiący jednak niech będzie przyjazny i mądry; to błędy z miłością poprawi, to łając przypomni; niech pochopnie nie obszczekuje […]; niech raczej pamięta zarówno o swoim, jak i o naszym człowieczeństwie, i o tym, że w ludzkim rozeznaniu nie ma nic doskonałego”.

Te słowa przyszły mi na myśl, kiedy skończyłem czytać solidną, ponad 600-stronicową powieść Leszka Białego, autora, który ze względu na koincydencję imienia i nazwiska mógłby być współczesnym mistrza Wincentego, ale ze względu na metrykę współczesny jest czasom dzisiejszym.

Nie chodzi tutaj o głupi kalambur, ale o jeden z owych kluczy interpretacyjnych, które każą nam spojrzeć na „Czarnego Huzara” jak na historyczną powieść, napisaną z rozmachem i nie bez poczucia humoru, ale przede wszystkim z niegasnącym nigdy uczuciem do Polski, nawet w tych smętnych jej czasach, gdy rzeczywiście mogła się wydawać pośmiewiskiem narodów.

Zasadniczo akcja tej powieści toczy się w latach 1759–1773. Od mającego miejsce na Podolu profetycznego wystąpienia żydowskiego herezjarchy Jakuba Franka po haniebne zatwierdzenie I rozbioru Polski, ale i jednoczesny wyjazd Franka z Polski, co dodatkowo podnosi wartość kompozycyjną utworu.

Tyle, jeśli chodzi o ramy. To, co je wypełnia, zasługuje na uznanie szczególne, ponieważ wycyzelowane zostało rzeczywiście cieniutkim pędzelkiem. To nie jest literacka papka. Mamy tu do czynienia ze wspaniałą mozaiką wydarzeń i postaci historycznych, z których w zasadzie każda odmalowana jest na tyle barwnie, że jawi nam się przed oczami jako żywa.

I cóż to są za postaci! Z jednej strony widzimy hulakę i rozpustnika Marcina Lubomirskiego, z drugiej pruskiego króla Fryderyka II, z trzeciej ambasadora rosyjskiego w Polsce w latach 1763–1769 Nikołaja Repnina. A wydarzenia? Też pierwszorzędne! Wojna siedmioletnia, wybór Stanisława Antoniego na króla Polski, konfederacja radomska oraz barska, koliszczyzna…

Czy w tej kompozycyjnej gonitwie istnieje jakiś porządek, jakieś wewnętrzne metrum? Istnieje. Przy założeniu, że odczyta się całość jako fugę – np. jedną z tych skomponowanych przez niejakiego „Jana, czy też Józefa Sebastiana Bacha”.

Traktat dyplomatyczny
Zapytano kiedyś Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, dlaczego woli być kawalerzystą, niż reprezentować Polskę w obcym kraju. Adiutant Piłsudskiego miał wówczas powiedzieć: „dlatego, że w kawalerii mogę robić czasem głupstwa, ale nigdy świństw. W dyplomacji mogę robić czasem świństwa, ale nigdy głupstw”.

Nie traktując tej antynomii zbyt serio, musimy stwierdzić, że obraz dyplomatycznej kuchni, pozostawiony na kartach powieści „Czarny Huzar”, nie zostawia wiele złudzeń. Większość posłów to kobieciarze i cwaniacy traktujący swe placówki przede wszystkim jako źródło dochodów. Taką właśnie kreaturą jest jedna z najbardziej wyrazistych postaci tej książki – sekretarz ambasady pruskiej w Warszawie, a następnie pełnoprawny ambasador – Gédéon Benoît (tak, tak, Francuz z pochodzenia), bawiący w stolicy Polski blisko 30 lat!

Owszem, trafiła się i w tej kloace przyzwoitsza postać, ale zdecydowanie na prawach wyjątku. Chodzi o Inflantczyka Hermanna Karla von Kayserlinga, dyplomatę w służbie Rosji, który nie tylko jako jedyny potrafi rzetelnie rozprawiać o kulturze, chociażby na temat „Wariacji Goldbergowskich” – tu antywzorem jest właśnie pan Benoît – ale również darzy tonących Polaków sympatią, co w odniesieniu do tamtych czasów wydaje się niemalże papierkiem lakmusowym duchowej przyzwoitości.

Kultura osobista i uczciwość materialna to jedno, ale koniec końców przedstawiciel danego kraju przede wszystkim wykonuje polecenia mocodawców – bo do tego został powołany („dyplomata pozostaje dyplomatą w każdych okolicznościach”). Tymczasem okazuje się, że z tym też są kłopoty. I to nie w czasach tragicznych wyborów, jakie były udziałem Krystyny Skarbek, czy Ryszarda Kuklińskiego, ale w XVIII-wiecznym ciepełku urzędniczej posady. I tak oto służba Prusom w niczym nie przeszkadza panu Benoît, by za pieniądze, a czasem za darmo, zawsze jednak pod pseudonimem „Gallus”, przekazywać newralgiczne informacje rosyjskiej ambasadzie.

Jeszcze coś. Dzięki „Czarnemu Huzarowi”, kreślonemu sprawnym piórem Leszka Białego, przypominamy sobie, że nawet najbardziej ofiarna służba dyplomatyczna nie zda się na nic, kiedy dokonają się wypadki, nazwijmy je „ekstraordynaryjne”. W 1768 takim gromem z nieba dla człowieka, który już widział się faworytem Katarzyny II – tzn. dla Nikołaja Repnina, była konfederacja barska. Drobna, wydawało się z początku, awantura na peryferiach Polski doprowadziła do tego, że stracił on stanowisko i popadł w niełaskę.

Pamflet
Autor nie znosi oświeceniowej kultury i chętnie daje temu wyraz. W aspekcie politycznym tejże przywołuje tezę, że oto za rozbiory Rzeczypospolitej – mimo wszystkie nasze wady ustrojowe – odpowiadała określona antyrepublikańska ideologia, spajająca Austrię, Rosję i Prusy. Przypomina tym samym, że zbrodnia jest zawsze zbrodnią, nawet jeśli ofiara była „nieostrożna”.

Na poziomie filozoficznym przeciwstawia się Leszek Biały odzieraniu kolejnych dziedzin życia z płaszcza sacrum, ponieważ prowadzi to do ich znikczemnienia. Na tej fali chłoszcze obleśne utwory w rodzaju „Sztuki pierdzenia” albo „Małego faceta z wielkim ch…” jako płody chorego intelektu, redukujące człowieczeństwo do zwierzęcości. Czyni to przy tym w kapitalny, satyryczny sposób.

Ofiarą erudycji powieściopisarza pada również prostytuujący się intelektualnie François-Marie Arouet, zwany Wolterem oraz jego doraźny mecenas Fryderyk II – pruski król, pozujący na Tytusa, Trajana, względnie Marka Aureliusza (sam nie mógł się zdecydować), który jeszcze jako następca tronu z pasją potępiał filozofię polityczną Machiavellego, prowadzącą jego zdaniem do rozlewu niewinnej krwi, by później – już jako władca – wywołać najbardziej krwawy konflikt wieku XVIII, tzn. wojnę siedmioletnią (1756–63).

Jeszcze gorzej rzecz wygląda w Rosji, w przypadku której oświeceniowa deprawacja nałożyła się na mongolskie barbarzyństwo. I chociaż sama Katarzyna II nie występuje w powieści inaczej, niż za pośrednictwem swych listów i rozkazów – jak gdyby Leszek Biały w odruchu samoobrony nie chciał zbliżać się do conradowskiego jądra ciemności – to jej postępki jawią się na tych kartach jako rzeczywiście szatańskie.

Wyłom w krytyce wieku świateł stanowi w „Czarnym Huzarze” przypadek polski i to – jak się wydaje – nie ze względu na narodową tromtadrację, ale w obliczu tej prostej okoliczności, że za nasze Oświecenie w dużym stopniu odpowiedzialni byli ludzie Kościoła.

Na przykład bracia Józef i Andrzej Załuscy. Twórcy słynnej Biblioteki Załuskich, jednej z najwspanialszych placówek tego typu w ówczesnej Europie. I jakkolwiek biskupi kijowski i krakowski na kartach powieści nie występują, to dzięki Leszkowi Białemu mamy możność obcowania ze stworzoną przez nich świątynią wiedzy. Kto nie boi się dłuższych opisów literackich, niech koniecznie zwróci uwagę na ten niezwykle barwny i sugestywny fragment.

Podsumowanie
Gdyby zaś czytelnik był tego rodzaju, że nie lubi, aby niepokoić go jakimiś rozbiorami, krytyką oświecenia, czy też odorem dyplomatycznej kuchni, niech sięgnie po „Czarnego Huzara” tym bardziej. Pocieszy go myśl, że nie warto się tym wszystkim „za bardzo przejmować, bo człowiek jest tylko maszyną, a w całym wszechświecie istnieje tylko jedna substancja, występująca co prawda w różnych postaciach”.

Telesfor
Tekst ukazał się w nr 16 (284) 31 sierpnia – 11 września 2017

30/11/2007 08:55

Losy rodziny lwowskich patrycjuszy Kampianów

czyli rzecz o człowieku, który chciał wziąć Lwów w zastaw

Janusz Witwicki „Panorama plastyczna dawnego Lwowa”: Brama Krakowska z fortyfikacjami od strony Wysokiego Zamku: barbakan, „celsztat”, baszta „Na Grobelce”, grobla, Brama Krakowska, od niej na prawo mur Wysoki z wieżą Pustą i Złotników (Fot. lwow.com.pl)
29/05/2013 08:22

Szwedzi we Lwowie. Część I

 

„Rok 1704 stworzył dla Lwowa wyjątkową katastrofę” – zaznaczył badacz dziejów miasta dr Aleksander Czołowski, opisując zdobycie i grabież Lwowa przez Szwedów.

Janusz Witwicki „Panorama plastyczna dawnego Lwowa”: Furta Jezuicka Wewnętrzna od strony pl. św. Ducha (Fot. lwow.com.pl)
29/05/2013 08:28

Szwedzi we Lwowie. Część II

 

Szwedzi nacierali na Lwów w trzech kolumnach. Przez furtę Bosacką wdarli się na wal i palisad, gdzie podzielili siły.

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.