Dom z witrażem Żanny Słoniowskiej Refleksje po lekturze

-a A+

Człowiek jest jak witraż – ocenić jego piękno można tylko, kiedy się spojrzy od środka. Podobnie jest z książkami.

Pytana o to, czego brakuje mi we Lwowie, odpowiadam niemal bez namysłu: polskich książek. Są tutaj praktycznie poza zasięgiem, zwłaszcza te najnowsze, a ograniczony budżet nie pozwala na wykupienie całych półek księgarnianych podczas rzadkich wizyt w Polsce. Dlatego zakupy trzeba planować z wyprzedzeniem i z rozmysłem, nie dając się kierować nagłymi porywami serca.

Od momentu, w którym ogłoszono wyniki konkursu wydawnictwa Znak na współczesną powieść, wiedziałam, że książkę Żanny Słoniowskiej „Dom z witrażem” muszę mieć. Jej tekst był jedynym skierowanym do druku z prawie 1000 tekstów nadesłanych na konkurs. Od razu wiedziałam, o który „dom z witrażem” chodzi – poznałam Żannę jeszcze w czasach, kiedy ona była lwowianką, a ja warszawianką. Czytałam jej felietony o Lwowie, dzięki niej poznałam i tę kamienicę, wypełnioną 11-metrowym dziełem sztuki.

Planowałam kupić książkę w wersji elektronicznej (oszczędności!), ale urzekła mnie piękna okładka, prezentowana na witrynie przemyskiej księgarni. Przeczytałam – raz, zachłannie, szybko i od razu drugi raz, już powoli, smakując i zwracając uwagę na szczegóły, zupełnie jak turysta, któremu mało jednodniowej wycieczki po Lwowie z biurem podróży i wraca już sam, żeby poczuć klimat miasta, żeby się w nim rozsmakować, poszwędać bez celu uliczkami. Zdecydowanie jest to książka, do której można wracać wielokrotnie – przekonałam się o tym znów, po ponad rocznej przerwie czytając ją ponownie, a raczej odczytując ją na nowo i odnajdując w niej treści i wątki wcześniej niezauważone. Tak samo, jak po tylu latach zamieszkania we Lwowie wciąż odnajduję w nim nowe miejsca, nowe zachwycające szczegóły. To nie tylko książka o Lwowie. Ta książka jest jak Lwów – z jego zaułkami, uliczkami, kontrastami, z jego prawdą, która nie zawsze pasuje do utartych stereotypów.

Dziś powieść ma za sobą nominację do nagrody Nike, a kilka dni temu Żanna Słoniowska została laureatką nagrody Conrada za najlepszy debiut literacki ubiegłego roku. Z tej okazji chcę się podzielić moimi refleksjami na temat tej książki.

O czym jest „Dom z witrażem”?
Ktoś powie, że o miłości, ktoś – że o rozpadzie imperium, inny – że o wrażliwości na sztukę, jeszcze inny – że o szukaniu własnej tożsamości czy o potrzebie bliskości. I każdy będzie miał rację. W tej niewielkiej książeczce mieści się tyle ważnych tematów, ile kolorów jest w tytułowym witrażu. Dla mnie jest to jednak przede wszystkim wspaniała, głęboka opowieść o kobietach uwikłanych w tragiczne sploty życiowych okoliczności, głodnych miłości, ale niepotrafiących jej dać, raniących najbliższych wbrew swojej woli. Z takim balastem wkracza w życie główna bohaterka, narratorka i alter ego autorki, żyjąca w świecie składającym się z samych kobiet: Prababki, Aby (babci) i matki Marianny. Mężczyźni są tam nieobecni lub nieistotni, jak pradziadek, zabrany w 1937 przez NKWD, czy dziadek, który zmarł dawno przed urodzeniem bohaterki. Co do ojca, ma ona wątpliwości „czy w ogóle istniał”.

Każda z kobiet poświęca się dla drugiej, nie otrzymując nic w zamian oprócz szyderstwa i pogardy. Każda jest niespełnioną artystką i jedyna, która odnosi sukces, Marianna – odnosi go paradoksalnie dopiero przez własną śmierć: Była Wielka. Chciała umrzeć. Udało się. Nie ma tu nic z dehnelowskiej „Lali”, w której wnuczek czule pielęgnuje babcię do ostatnich dni jej życia wybaczając jej dziwactwa i ułomności, przyprowadza do niej kolejnych znajomych, uważając ją za najbardziej fascynującą spośród wszystkich zabytków jego północnego miasta. Świat „Domu z witrażem” to świat murów między ludźmi i barier nie do pokonania, gdzie jedno słowo, jeden fałszywy krok zamyka na zawsze drzwi i odcina drogę powrotu. I tak to trwało przez lata: milczenie jednej rodziło pogardę drugiej i na odwrót, milczenie zżyło się z pogardą – do końca życia złączyły matkę i córkę mocniej niż fakt, że ciało jednej pojawiło się w ciele drugiej. Każda próbuje się wyrwać, ale wcześniej, czy później wraca do tego zaklętego kręgu. Do dziś zadaję sobie pytanie, dlaczego nie przytuliłam jej na siłę. Dlaczego nie pocałowałam? Dlaczego nie wykrzyczałam wszystkiego, co czuję? To, co dla bohaterki jest dręczącym pytaniem, dla czytelnika niech będzie wskazówką i odpowiedzią, przestrogą.

Drugą płaszczyzną, nie mniej dla mnie ważną, a może nawet ważniejszą przez to, że temat ten nie jest w ogóle poruszany w literaturze, jest wątek wyborów życiowych Polaków pozostałych po II wojnie światowej w ZSRR. Temat bardzo ważny i bolesny, a we współczesnym polskim dyskursie publicznym sprowadzony do hasła „nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy”.

Mimo, iż bohaterki mieszkają razem w jednym lwowskim mieszkaniu, każda z nich żyje tak naprawdę w innej epoce – od przedrewolucyjnej Rosji, przez sowiecką Ukrainę, po upadek ZSRR i niepodległą Ukrainę, i żadna z nich nie jest u siebie ani w tym miejscu, ani w tym czasie. Postać Prababki mimo woli nasuwa skojarzenia z „Cudzoziemką”. Podobnie jak bohaterka Kuncewiczowej, Prababka panicznie boi się śmierci (jakże będę umierać, kiedy nie żyłam ja wcale?), podobnie jak ona jest niespełnioną artystką, być może i w jej sercu, tak samo jak w sercu Róży, poruszała się przeklęta młodość. Ciągle żywa, ciągle gryząca, jak złe, nierozumne szczenię?

Autorka daje nam wyraźnie do zrozumienia, że świat nie jest czarno-biały. Bohaterki – Prababka i Aba – choć deklarują się zdecydowanie jako Polki, nie dają się nijak wtłoczyć w stereotyp „kresowego Polaka”, który przez lata władzy sowieckiej zachował język, religię i obyczaje. Obie mówią na co dzień po rosyjsku, ich praktyki religijne nie mają w sobie nic z żarliwości, główna bohaterka jako dziecko nie poznaje w domu ani „Pod Twą Obronę”, ani „Boże, coś Polskę”, ani nawet „Kto ty jesteś? Polak mały” – jest wychowywana bez narodowości: [zajścia te] odkryły przede mną, że każdy ma jakąś narodowość. Wcześniej wydawało mi się, że to dotyczy tylko szczególnie zainteresowanych – na przykład Aby, która ciągle mówiła o swojej polskości.

Bohaterki „Domu z witrażem” to kobiety rozczarowane swoją ojczyzną, która wbrew ich oczekiwaniom okazała się czymś bardzo niestałym, ruchomym i kapryśnym. W następnych latach Polska wraz ze swymi szykownymi mężczyznami ze Lwowa się wycofała. Dokąd? Gdzieś daleko, za granicę. Dlaczego? Nie wiadomo. Aba została, ponieważ jej ze sobą nie wzięła.

W kolejnych pokoleniach ojczyzna będzie więc już kwestią świadomego wyboru. Będzie jak pudełko z profilem Chopina, które można zapełnić dowolną treścią, kierując się różnymi pobudkami – zarówno wzniosłymi, jak i przyziemnymi. Takiego wyboru dokonała przede wszystkim Marianna, ale także Fioletowa, która zmianę narodowości potraktowała jak interes, podobnie jak mieszkanie po zmarłym wujku. W tej galerii postaci brakuje mi jeszcze jednej – kogoś, kto „załatwił” Kartę Polaka, żeby ułatwić sobie przenoszenie taniego alkoholu przez granicę.

Brakuje mi tu także trochę niedopowiedzenia, otwartych drzwi, co wybierze dla siebie główna bohaterka? Powieść kończąca się na nocy po uroczystościach pod Operą była całością dopisaną i zakończoną, nie potrzebowała dodatkowego rozdziału, choć rozumiem pobudki, z których musiał on w książce się znaleźć.

Gdyby kiedyś na podstawie „Domu z witrażem” miał powstać film, wyobrażałabym sobie go jako film o oszałamiającej ścieżce dźwiękowej i prawie bez kolorów. Te, zupełnie inaczej niż w barwnym witrażu, w powieści pojawiają się rzadko. Podobnie jak na zdjęciach Lwowa z tego okresu (w Centrum Historii Miejskiej jeszcze kilka tygodni można oglądać wystawę takich zdjęć autorstwa Tadeusza Rolke). Byłoby za to słychać w tle i arie operowe przechodzące w spazmatyczne szlochy Prababki, i chóralną kapelę akademicką w Leningradzie ilustrującą upadek pomnika Lenina we Lwowie, i jazzowe improwizacje mieszające się z dźwiękami orkiestr dętych i szumem rzeki pod teatrem...

Lektura obowiązkowa dla tych, kogo interesuje współczesny Lwów widziany od środka oczami jego mieszkańców, z całym bagażem najnowszej historii, a jednocześnie powieść ponadczasowa, poruszająca problemy stosunków międzyludzkich, które w podobne węzły gordyjskie wikłają się w każdym systemie politycznym i pod każdą szerokością geograficzną.

Katarzyna Łoza
Tekst ukazał się w nr 21 (265) 15-28 listopada 2016

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.