Nie taki „Wołyń” straszny, czyli wychodząc z okowów politycznej poprawności

-a A+

Film Wojciecha Smarzowskiego wywoływał skrajne emocje, jeszcze zanim pojawił się na ekranach.

Był tematem wielu komentarzy, wypowiedzi publicznych w sieciach społecznościowych i w mediach, na konferencjach naukowych, na których historycy, specjaliści od geopolityki i stosunków międzynarodowych wypowiadali się na temat polskiego reżysera i filmu, którego nie widzieli. Przyczyną tych emocji było naruszenie niepisanej umowy, pewnego tabu, które mówiło, że dla pojednania polsko-ukraińskiego pewne tematy powinny być przemilczane.

Debata wokół filmu stała się domeną tych, którzy filmu nie oglądali, ale w jakiś tajemniczy sposób posiedli wiedzę na jego temat. Po pokazach zamkniętych zaczęły pojawiać się w mediach recenzje i relacje z filmu. Gros z nich dotyczyły nie wartości artystycznych filmu, a jego roli w stosunkach polsko-ukraińskich. Jeżeli pojawiały się recenzje odwołujące się do dzieła sztuki filmowej (czy filmowej szmiry – jak kto woli), to i tak można było wyczuć istniejące założenie autora, że taki film w ogóle nie powinien ujrzeć światła dziennego. Siłą rzeczy, Drogi Czytelniku, ten tekst też taki jest, chciałby być recenzją filmową ale tylko udaje, że nią jest…

Prawie wszyscy bali się tego filmu. Bali się jego skutków. Pobudzenia wyobraźni zwykłych zjadaczy chleba, którzy na co dzień o Wołyniu nie myślą, ale po wyjściu z kina będą mieli wyrobioną opinię na temat Ukraińców. Ja też się bałem, aż któregoś dnia patrząc w monitor komputera skonstatowałem, że obraz, który mi się jawi, to „smarzowskofobia”, większa niż ukrainofobia, a nawet rosyjski trolling. Smarzowski nie powinien był bowiem zrobić tego filmu. Rujnuje mosty budowane latami. Nie dba o stosunki polsko-ukraińskie…

„Smarzowskofobia”
Paweł Smoleński porównuje „Wołyń” do „Łowcy jeleni”, obsypanego Oscarami filmu o amerykańskich jeńcach (nawiasem mówiąc Łemkach). U Michaela Cimino Wietnamczycy są okrutnymi bestiami, trzymającymi jeńców w klatkach i zmuszającymi jeńców do gry w rosyjską ruletkę. Głośny, mocny film, silnie działający na psychikę widza. U Smarzowskiego, wedle Smoleńskiego, jest ten sam schemat. Sceny nocnych spotkań upowców są rzeczywiście przerysowane, ale czytając recenzję nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wyrok na film zapadł już przed obejrzeniem filmu.

Jurij Andruchowycz w tekście o mocnym, punkowym niemal tytule „Pojebane pojednanie” (uszami wyobraźni słyszę nawet jak Mertwyj Piweń na kolejnej płycie wykonuje utwór z tak dynamicznym refrenem) zaznacza: „ta notatka, to nie recenzja. Wszystko jedno, i tak kusi mnie, by napisać: nie widziałem ale potępiam”. Jest to żart typowo andruchowyczowski, ale jest w nim zawarta myśl o wspomnianym już tabu, w imię pojednania nie wolno poruszać tematu zbrodni wołyńskiej. Zastanawiające jest, jak najbardziej znany na świecie pisarz ukraiński, swego czasu prowokujący, czasami łamiący tabu obyczajowe, sugeruje innemu artyście, czym nie może się zajmować…

Dostało się Smarzowskiemu za „partię i rząd”, ponieważ, jak sądzi bożyszcze ukraińskiej literatury, film wpisuje się w politykę władz polskich. Andruchowycz ewidentnie nie lubi Prawa i Sprawiedliwości i automatycznie przypisuje reżysera do tej grupy. Zaznacza, co prawda, że Wojciech Smarzowski dystansuje się od nich, ale to nie szkodzi. Smarzowski odmówił przyjęcia nagrody od prezesa TVP – to bez znaczenia, nie pasuje do ogólnego obrazu. Prace nad filmem zaczęły się, gdy nikomu jeszcze nie się śniło, że Prawo i Sprawiedliwość dojdzie do władzy. O tym Jurij Andruchowycz już nie wspomniał.
Nie wiem czy prześmiewcze zdanie „Polska nie doczekała się od Ukrainy tego, czego oczekiwała, a w zamian za to była przez Ukrainę podstępnie wykorzystywana” wiernie oddaje nastroje nad Wisłą, ale Andruchowycz chyba nie zdaje sobie sprawy, jakim nietaktem ze strony Rady Najwyższej było to co się stało na zakończenie wizyty Bronisława Komorowskiego, wówczas prezydenta RP, w Kijowie.

Grzech Wołynia
Natalia Rymśka w krytycznym wobec Andruchowycza tekście napisała, że „film jest traktowany jak zdrada ze strony Polaków, którzy, jak wiadomo, zawsze i wszędzie powinni być naszymi adwokatami. Brak gotowości do wzięcia na siebie części odpowiedzialności za te stosunki czasami graniczy z infantylnością. Nie wspominając już o stanowiskach typu „nie będą nam Polacy i Rosjanie mówić, komu stawiać pomniki i czyimi imionami ulice nazywać”, bo autorzy takich twierdzeń ani przez chwilę nie wymagają takiej postawy od siebie. Skoro o Wołyniu i o innych niewygodnych stronicach historii ukraińskiego integralnego nacjonalizmu wolimy milczeć – to niech milczy też on. Dalej felietonistka stwierdza ironicznie, że największym grzechem reżysera wobec Ukraińców jest to, że w ogóle zrobił ten film. A więc to na Smarzowskim spoczywa grzech Wołynia, czy może raczej grzech „Wołynia”.

Adam Balcer napisał, że ten film to stracona szansa na polsko-ukraińskie pojednanie. Chciałbym przewrotnie zadać kilka pytań. Czy na reżyserze i scenarzyście spoczywa obowiązek dbania o stosunki polsko-ukraińskie? Czy istnieje jakiś alternatywny kodeks, który mówi, że tak właśnie jest? Czy „narracja kresowa” jest tak nikczemnym zjawiskiem, że twórca musi wystrzegać się jak ognia posądzenia o „kresowe ciągoty”? I czy można zakazywać jakiemuś narodowi mówienia o swojej traumie?

Ten film jest swoistą polską terapią. Zrządzeniem losu zbiegł się z rokiem uchwały o męczeństwie kresowian, dlatego emocje wokół premiery były jeszcze bardziej podgrzane, ale ma on wymiar również wewnętrzny. Nie zgadzam się z motto filmu – cytatem Jana Zaleskiego, że Polaków na Wołyniu zamordowano dwukrotnie, po raz pierwszy realnie, po raz drugi milczeniem. Teza tak jaskrawa, że z łatwością wprawny felietonista ją potwierdzi albo jej zaprzeczy. Prawdą natomiast jest, że zbrodnia wołyńska była traumą wypartą, o której mówiło się ciszej, niż o Katyniu, czy zbrodniach niemieckich. Zaważyła na tym wspomniana polityczna poprawność. Teraz trwa terapia: „skrzywdzono mnie, ja wyparłem tę krzywdę, próbowałem zapomnieć, ale od niej nie sposób uciec”.

„Wołyń”
Mój kolega powiedział, że jest to film o tym „jak kruche są w człowieku cechy ludzkie”. Jest to chyba najlepsza recenzja, z jaką się spotkałem. To z całą pewnością jeden z najlepszych filmów polskich, jakie widziałem w ciągu ostatnich lat. Zgodnie ze schematem wielu dzieł, rozpoczyna się idyllą – weselem, po to by zakończyć zagładą. Film pokazuje, jak ludzkie grzechy, takie jak chciwość, wyniosłość, mściwość, w odpowiednich warunkach, jeżeli ktoś rzuci na to iskierkę, prowadzą do tragedii. To jest film o tym, jak niepostrzeżenie zło wchodzi w ludzkie dusze, o tym jak niszczące człowieczeństwo są idee obiecujące (wybranym) raj na ziemi. A nacjonalizm, podobnie jak bolszewizm, taką obietnicę składał.

Smarzowski stara się odtworzyć realia wołyńskiej wsi z tego okresu. Polscy aktorzy próbują mówić po ukraińsku i polszczyzną kresową, z przyzwoitymi rezultatami, choć nieszczęsne dźwięczne „h” okazuje się przeszkodą nie do pokonania. Film pokazuje także realia społeczne. Z dialogów, wymiany spojrzeń, interakcji wyczytujemy zalążki konfliktów. Jest wspomniana akcja niszczenia cerkwi, niedopuszczanie Ukraińców do stanowisk i kupowania ziemi. W jaskrawy sposób jest pokazany młody agitator z Galicji, który przywozi ideę „samostijnej”. Jest ukazana polska wyniosłość i antysemityzm. W dotychczasowych filmach Smarzowskiego właściwie nie ma pozytywnych postaci. Wszyscy są w jakimś stopniu zarażeni złem, czego nie zauważyli liczni ukraińscy komentatorzy. Podobnie jest w „Wołyniu”. Dobra jest jedynie młoda, niewinna dziewczyna, której los nie pozwolił zrealizować miłości.

Film zmierza, niczym dramat antyczny, do tragicznego zakończenia. Wybierając się do kina, spodziewałem się epatowania przemocą. Tymczasem dzieło Smarzowskiego jest mocne i krwawe, ale osoby, które czytały już opisy mordów na Wołyniu, nie znajdą tam niczego, czego nie mogłyby się spodziewać. Polskiego widza najbardziej wstrząsa scena zamordowania przez Polaków Polki, która wyszła za Ukraińca…

Cel filmu
Wojciech Smarzowski deklaruje, że film nie jest skierowany przeciw Ukraińcom, że jest przeciw skrajnemu nacjonalizmowi. Zatem jeżeli autor „Wołynia” nie jest polskim Tarantino, jak prześmiewczo nazywa go Andruchowycz, i nie chodzi jedynie o epatowanie przemocą i brutalnością i ma na celu pojednanie polsko-ukraińskie, dlaczego sceny nocnych spotkań upowców, powtarzających słowa tzw. dekalogu nacjonalisty, są nieznośnie przerysowane. Widzowi nasuwają się skojarzenia z „Ogniomistrzem Kaleniem”. Czemu, wbrew opinii Grzegorza Motyki, konsultanta historycznego, w filmie pojawia się scena święcenia siekier, wideł i motyk? Czyżby zabrakło artystycznych środków wyrazu? Czy bez tego film nie jest wystarczająco mocny? Czy nie staje się przez to mniej poważny?

Bezsprzecznie jest to kolejny znakomity film Wojciecha Smarzowskiego. W historii polskiego kina ma zagwarantowane już miejsce. Z pewnością będzie przyjęty z rezerwą na Ukrainie, o ile znajdzie się w ogóle w dystrybucji. Za wcześnie jest, aby wyrokować, co nam przyniesie „Wołyń”. Wielość możliwości jest zbyt duża, aby to przewidzieć. Oby tylko widzowie i recenzenci nie mieli już wyrobionej opinii przed obejrzeniem.

Wojciech Jankowski

 

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.