„Wołyń” oczami piętnastolatka

-a A+

Jak na film „Wołyń” zareaguje młodzież – to jedno z częściej zadawanych ostatnio pytań. Poniżej proponujemy Państwu recenzję tego filmu napisaną przez ucznia warszawskiej szkoły średniej Brunona Kusa.

Idąc do kina często zastanawiamy się nad filmem, który za chwilę obejrzymy. Czy będzie on niezwykłym, zapadającym w pamięć przeżyciem? Czy może po zakończonym seansie będziemy czuć żal z powodu tego, że coś straciliśmy? „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego zalicza się do obydwu grup.

Akcja filmu rozpoczyna się sceną wiejskiego wesela. Główna bohaterka filmu – Zofia, młoda Polka, siostra panny młodej. Pomimo, że kocha się w ukraińskim chłopaku Petrze, podczas wesela ojciec postanawia wydać ją za mąż za bogatego sołtysa Macieja. Uczucia szybko schodzą na drugi plan gdy wybucha II wojna światowa. Lud ukraiński męczony przez ciągłą zmianę władzy i idei, którym trzeba się podporządkować, szybko tworzy własny ruch mający zapewnić wolną Ukrainę. W imię tego dokona brutalnych czystek etnicznych na wzór Niemców. Nie żołnierze, a pospólstwo będzie katami. Sąsiad Ukrainiec będzie gonił sąsiada Polaka z siekierą w dłoni.

Gra aktorska w „Wołyniu” może się podobać, widać ciężką pracę wszystkich na planie. Jednak szczególną uwagę zwraca na siebie Michalina Łabacz w roli Zofii. Dziewczyna bardzo wiarygodnie oddaje emocje swojej postaci, co nie jest łatwą sztuką biorąc pod uwagę piekło, które przeżywa główna bohaterka. To samo można powiedzieć o grającym Macieja Arkadiuszu Jakubiku, znanym nam już z wielu polskich produkcji.

Jeśli chodzi o dekoracje, stroje i oddanie klimatu Kresów Wschodnich, film robi to perfekcyjnie. Pieśni, zwyczaje i treść rozmów sprawia, że przez chwilę naprawdę czujemy się jakbyśmy sami byli na wsi kresowej tuż przed wybuchem II wojny światowej. W dodatku wszyscy mówią w swoim języku: Polacy po polsku, Ukraińcy po ukraińsku, Rosjanie po rosyjsku itd., dzięki czemu unikamy wręcz komicznej maniery hollywoodzkich filmów, gdzie bardzo często np. Francuz mówi do Francuza po angielsku. Z tym jednak wiąże się fakt, że jeśli nie znamy tych języków, czeka nas sporo zerkania na napisy.

W filmie nie zobaczymy spektakularnych bitewnych efektów specjalnych. Problem zaczyna się podczas scen mordów. Nie chodzi tutaj o sam realizm. Chodzi o obfitość i graficzne przedstawienie wszystkich porażających szczegółów okrucieństw. Można by bronić obrazów przemocy w „Wołyniu” jako świadectwa historycznego, które w przeciwieństwie do równie krwawych scen przemocy z produkcji Quentina Tarantino pokazuje przecież jak było. Te obrazy są więc potrzebne. Ale czy na pewno? Czy widz musi zobaczyć całą rzeź, aby zrozumieć, że do niej doszło? Czy musimy wiedzieć, że komuś najpierw odcięto nogę, a potem dobito go widłami? Czy musimy oglądać jak dziewczyna najpierw traci rękę, a potem ginie od uderzenia siekierą w plecy? Czy konieczne jest pokazanie palenia dzieci żywcem? Część osób się ze mną nie zgodzi, ale uważam, że jest tego po prostu zbyt dużo. Więcej niż trzeba żeby zrozumieć ogrom okrucieństwa wołyńskiego ludobójstwa. Obejrzenie tych scen pozbawia widza spokoju i zakłóca radość życia – co najmniej na kilka dni.

Problematyczne jest przesłanie filmu. Ma on spełniać pewną misję. Jaką? Edukowanie społeczności polskiej i ukraińskiej? Jeśli tak, to zadanie to przerosło twórców filmu, bowiem o ile film nie kłamie, nie mówi też wszystkiego, co powiedzieć trzeba.

Streszczając fabułę, na początku mamy Ukraińców, którzy niby klną na polskich panów, ale za chwilę siedzą przy stole z Polakami i świetnie się z nimi bawią. Jak sąsiedzi z sąsiadami. Potem jakby znienacka organizują się i idą palić polskie domy. Ale skąd to się wzięło, zasadniczo nie jest ukazane. Nie pokazano kto, kiedy i jak zdecydował o masakrze Polaków w niewyobrażalnie okrutny sposób. Zamiast szerszego kontekstu historycznego widzimy głównie pełne szczegółów sceny przemocy, rzezi i tortur.

W związku z tym tworzy się produkcja potencjalnie niebezpieczna dla osób, które właśnie z niej chciałyby nauczyć się czegoś, nie wiedząc przedtem nic o relacjach polsko-ukraińskich. Bez niezbędnej wiedzy historycznej film tworzy wrażenie niedokończonych porachunków między Ukrainą i Polską. Zgodzę się tu ze słowami Arkadiusza Jakubiaka: „Musimy jednak pamiętać, że "Wołyń" to nie podręcznik historii. Ten film ma sprowokować widza do własnych poszukiwań. Chodzi tu zwłaszcza o młodych ludzi, z których zatrważająca większość nie ma pojęcia, co działo się w trakcie wojny na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Mam nadzieję, że po obejrzeniu tego filmu sięgną po książkę historyczną albo stosowny artykuł w internecie i poczytają o polskich kresach.”.

„Wołyń” jest konieczną próbą opowiedzenia tragicznej historii, która pomimo doskonałej strony artystycznej chyba nie spełnia swojego zadania edukacyjnego. Między innymi nie ukazuje pełnej prawdy historycznej o decyzji politycznej ówczesnego kierownictwa UPA o eksterminacji Polaków na Kresach i drodze do przełożenia tej decyzji na masowy obłęd i okrucieństwo.

Nawiasem mówiąc dodam, że nie mogę każdemu polecić obejrzenia „Wołynia”. Film na pewno nie nadaje się dla osób o słabych nerwach. Swoją drogą, jeśli ten film jest „dozwolony” od lat 15, to nie wiem jakie filmy powinny być od 18.

Bruno Kus

(tytuł pochodzi od redakcji)

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.