Czterej nieśmiertelni

-a A+

Scenerią najdłużej trwającej bitwy II wojny światowej był Atlantyk, na którym początkowo, już od 1939 roku bezkarnie buszowały niemieckie U-Booty, zatapiające zarówno alianckie okręty, jak i statki transportowe zmierzające z Nowego Świata z zaopatrzeniem dla Anglii.

Od 1944 r. podwodni myśliwi pod niemiecką banderą już większych sukcesów nie odnosili, gdyż floty alianckie udoskonaliły metody walki z nimi. Niemniej bilans strat aliantów był olbrzymi do początków 1945 r. U-Booty zatopiły 2.882 alianckie statki handlowe i 175 okrętów, wraz z nimi w morskiej toni zginęło 30.238 marynarzy i żołnierzy (niemiecka marynarka także poniosła wielkie straty, na dno poszły 784 łodzie podwodne, 30.246 członków ich załóg poniosło śmierć, 5.338 dostało się do niewoli). Rozegrała się zatem na Atlantyku niezliczona liczba ludzkich tragedii. O jednej z nich, w USA traktowanej ze szczególną atencją, traktuje nasza relacja.

23 stycznia 1943 r., a więc przed 70 laty, wyruszył z portu nowojorskiego w rejs do Narsarsuaq, bazy amerykańskiej w południowej Grenlandii, statek pasażerski Dorchester, zarekwirowany przez wojsko, które włączyło go do swej floty, by mógł służyć celom wojennym. W porcie St. John’s na Nowej Fundlandii statek włączono do sformowanego w nim konwoju SG-19, liczącego ogółem sześć jednostek. Na pokładzie Dorchester znajdowało się łącznie 901 osób, w większości byli to żołnierze udający się via Grenlandia do Wielkiej Brytanii. Opiekę religijną nad nimi sprawowało czterech duchownych włączonych do służby wojskowej w randze poruczników: ksiądz John Washington, pastor Holenderskiego Kościoła Reformowanego Clark Poling, rabin Alexander Goode i metodysta George Fox.

Tuż po północy 3 lutego konwój wpadł w oko peryskopu niemieckiej łodzi podwodnej U-223, należącej do „wilczego stada” liczącego sześć jednostek. Jej kapitan, Karl-Jürg Wächter uznał, że najlepszym celem, jako największa jednostka w konwoju, będzie Dorchester. Wydał rozkaz: atakujemy. Po chwili w stronę transportowca pomknęły trzy torpedy. Dwie ominęły cel, trzecia uderzyła w samo śródokręcie i wywołała gwałtowny wybuch: to eksplodował kocioł. Przez rozdarty kadłub natychmiast zaczęła się wdzierać woda. Wskutek braku ciśnienia nie było możliwości uruchomienia syren alarmowych, które mogły wezwać pasażerów i załogę do opuszczenia statku. Radiostacja nie mogła wysłać sygnału SOS, bo brakowało energii, nie zdołano także wystrzelić rakiet czy flar. Przechylenie się statku sprawiło, że łodzi ratunkowych przy lewej burcie nie można było spuścić na wodę, do wielu z tych przy prawej, które udało się za pomocą żurawików ulokować na falach, wdarło się znacznie więcej osób niż mogły pomieścić i się powywracały.

Na pokładzie Dorchestera, pogrążonym w ciemnościach, zapanował chaos. Nieobyci z morzem żołnierze, właściwie pozostawieni swemu losowi, bo nawet ich przełożeni nie wiedzieli, co należy zrobić, błąkali się po zalewanym wodą pokładzie. Trochę porządku usiłowali zrobić czterej kapłani, którzy nie tracąc głowy pojawili się na nim niemal jako pierwsi. Przede wszystkim zorganizowali rozdawnictwo kamizelek ratunkowych. Wkrótce jednak ich zabrakło. Wówczas zdjęli z siebie swoje i wręczyli je niemającym ich dotąd żołnierzom. Inni, już bez szans ich pozyskania, zeskakiwali z tonącego statku do wody, w której, przy temperaturze 1 stopnia, mogli najwyżej przeżyć kilka, kilkanaście minut. Także tym w kamizelkach czas dany im do wyzionięcia ducha nie był wiele dłuższy. Dorchester zatonął w ciągu 27 minut, wciągając w toń 672 żołnierzy i marynarzy.

Zaalarmowani eksplozją na Dorchesterze dowódcy dwóch kutrów z konwoju natychmiast skierowali się w jego stronę. Ich załogi przystąpiły zaraz do akcji ratunkowej. Pływający w zimnej wodzie wyposażeni w kamizelki rozbitkowie mieli tak zgrabiałe ręce, że nie potrafili uchwycić rzucanych im lin, ani wdrapać się po siatkach zrzucanych z kutrów przez burty. Wielu marynarzy wskakiwało więc do wody, by podpłynąć do tonących i owinąć ich liną, za pomocą której mogliby zostać przyciągnięci do burt i wciągnięci na pokład. Załoga kutra Escanaba uratowała 133 rozbitków, a marynarze z kutra Comanche – 97. A na Dorchesterze było – jak już napisaliśmy – 901 osób! Gdy 4 lutego się rozjaśniło, w morzu unosiły się, przepychane falami, setki martwych ciał przyodzianych w kamizelki ratunkowe.

A co stało się z czterema kapłanami? Widziano ich jeszcze, gdy statek pogrążał się w toni, a woda coraz wyżej wznosiła się ku ich głowom. Trzymali się za ręce i modlili się. Modlili się razem, ale każdy po swojemu. Niebawem zamilkli... Uznano ich za bohaterów.

W 1948 r. poczta USA wydała znaczek upamiętniający bohaterstwo i poświęcenie kapłanów. Poczta odstąpiła tu od zasady, że na amerykańskich znaczkach wolno pokazywać osoby, od których śmierci minęło co najmniej 10 lat, w tym wypadku wyemitowała walor już po pięciu latach. Pokazujemy go obok, jest bez nazwisk, umieszczono na nim tylko napis Ci nieśmiertelni kapłani... i mniejszym drukiem poniżej: Międzywyznaniowość w akcji. Reprodukujemy także wydaną wówczas FDC.

Kongres USA rozważał możliwość pośmiertnego udekorowania duchownych Medalem Honoru, ale przepisy na to nie pozwoliły, to najwyższe odznaczenie wojskowe USA jest bowiem przyznawane tylko za wyjątkową odwagę na polu bitwy. W tej sytuacji, 14 lipca 1960 r., Kongres, doceniając ich heroiczną postawę, ustanowił Medal Czterech Kapłanów. Przyznane im pośmiertnie odznaczenie wręczono ich rodzinom. Uhonorowano ich także Purpurowym Sercem, nadawanym  przez prezydenta USA tym, którzy zostali ranni lub zabici w czasie służby wojskowej.

W 1988 r. z kolei Kongres przyjął uchwałę, że 3 lutego będzie corocznie w całym kraju obchodzony Dzień Czterech Kapłanów. W ogóle są oni otaczani rozbudowanym kultem, powstały liczne dedykowane im kaplice, postawiono wiele pomników, utworzono dwa fundusze krzewiące idee międzyreligijnej tolerancji, prowadzenia dialogu, zgody ponad wyznaniami, współdziałania w rozmaitych przedsięwzięciach charytatywnych, organizuje się liczne ceremonie...

Tadeusz Kurlus
Tekst ukazał się w nr 9 (229) za 15 maja – 28 maja 2015

15/08/2007 17:23

Skauting ma sto lat!

Lilijkowa brać całego świata (czyli skauci) obchodzi w tym roku dwa wielkie jubileusze: mija 150. rocznica urodzin Lorda Roberta Baden-Powella, ojca skautingu (harcerstwo jest jego polską gałęzią), przypada także na 2007 rok 100. rocznica narodzin tego ruchu młodzieżowego, który dziś zrzesza w całym świecie miliony młodych ludzi.

27/09/2007 11:26

Pięć wieków u boku papieża

Spotyka ich każdy pielgrzym, zbliżający się do progów Watykanu.

30/09/2007 15:57

W hołdzie Ordzie

Wszyscy miłośnicy przeszłości powinni być wdzięczni Napoleonowi Mateuszowi Tadeuszowi Ordzie za to, że nie szczędził trudów podróży i kosztów, by utrwalić na rysunkach widoki miast i zabytków oraz krajobrazów Rzeczypospolitej.

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.