Sokole gniazdo

-a A+

Gmach Obwodowej Biblioteki dla Dzieci przy pl. Mickiewicza należy do najbardziej „fotogenicznych” obiektów miasta. Pocztówki z jego widokiem drukowano za czasów austriackich i polskich, w okresie Związku Radzieckiego i niezależnej Ukrainy.

Cóż to za budowla i dlaczego wywołuje tak żywe zainteresowanie kilku pokoleń fotografików?

Wszystko zaczęło się od gimnastyki
Gmach został wystawiony w 1895 roku na potrzeby polskiego towarzystwa gimnastycznego „Sokół” (w mieście działał też ukraiński „Sokił”, który mieścił się w budynku „Proswity”). Organizacja ta powstała w połowie XIX wieku w Czechach i niebawem zdobyła popularność wśród słowiańskich narodów imperium Habsburgów. W Stanisławowie towarzystwo założono w 1884 roku. Za zadanie stawiało sobie fizyczne i moralne wychowanie młodzieży. Akcent stawiano na szermierkę, ciężką atletykę i ćwiczenia gimnastyczne. Istniała nawet specjalna „gimnastyka sokolska”. Ćwiczenia były na tyle udanie dobrane, że gimnastykę przejęły rosyjskie szkoły wojskowe. Ci, którzy służyli w wojsku w czasach sowieckich, dobrze pamiętają poranną gimnastykę o godz. szóstej i kompleks wolnych ćwiczeń nr 1 i nr 2. Otóż swymi korzeniami sięgają one „gimnastyki sokolskiej”.

Wróćmy jednak do Stanisławowa. Lokalne Towarzystwo „Sokół” było bardzo ubogie i przez dłuższy czas nie mogło pozwolić sobie na własny lokal. Cóż tam mówić o lokalu, gdy pieniędzy nie starczyłoby nawet na sam projekt. Wówczas komitet zwrócił się do znanych architektów lwowskich z prośbą o pomoc. Wynik przewyższył wszelkie nadzieje. Do Stanisławowa napłynęło 14 wersji gmachu „Sokoła”.

Tak duży wybór zwiększył apetyty komitetu i jego członkowie zaczęli przebierać. Początkowo zatrzymali się na projekcie inż. Wiśniowskiego. Ale wnet wybrali projekt inż. Karola Zaremby i to on jest uważany za głównego architekta gmachu stanisławowskiego „Sokoła”.

Jest jednak jedno „ale”. A nawet dwa. Po pierwsze: Zaremba nie odwiedzał Stanisławowa ani przed budową, ani w jej trakcie. Wysłał wprawdzie rysunki, ale nie ulokował zabudowy na odpowiedniej działce. Po drugie: w mieście mieszkał jeszcze jeden znany architekt, Jan Tomasz Kudelski. Współczesna badacz Żanna Komar odszukała wspomnienia wnuczki Kudelskiego, która pisze, że projektował on też „kościoły i siedziby organizacji społecznych, na przykład „Sokoła”. Wobec tego, zapewne do realizacji projektu dołączyło się jeszcze kilku architektów.

Sala sportowa w średniowiecznym stylu
Budowa ruszyła pełną parą i 22 września 1895 roku Stanisławów otrzymał jeszcze jeden wspaniały budynek. Wieża sprawiała wrażenie, że jest to jakiś średniowieczny zamek. Na zwieńczeniu wieży był wiatrowskaz, który możemy oglądać i dziś. Niestety, nie zachowała się betonowa rzeźba orła na frontonie. Ponieważ ptak był symbolem państwa polskiego, wobec tego sowieci i Niemcy nie bardzo go tolerowali.

W 1905 roku stanisławowski artysta upiększył budowlę freskami. Fasadę zdobiła kopia obrazu Jana Grottgera „Bitwa”, przedstawiająca scenę z powstania 1863 roku, na której grupka powstańców ostatkiem sił broni się przed Moskalami. Nad malowidłem w prostokątnej ramce widniała nazwa zakładu „SOKÓŁ”, a poniżej na gzymsie można było dojrzeć 27 herbów polskich ziem.

Zachowało się dość dużo zdjęć przedwojennego „Sokoła”, ale wszystkie ukazują gmach z zewnątrz. A co było wewnątrz? To co powinno być w towarzystwie gimnastycznym – sala gimnastyczna. Na rzadkim zdjęciu z 1925 roku widzimy przestronną salę z wiszącymi kółkami gimnastycznymi, końmi i kozłami, kijkami do ćwiczeń gimnastycznych i… portretem Tadeusza Kościuszki na koniu.

W 1907 roku wydarzyła się katastrofa. 23 września mieszkańców zbudził potężny wybuch. Okazało się, że gaz z nieszczelnych przewodów w piwnicy spowodował wybuch. W tamtych czasach wykorzystywano oświetlenie gazowe i po mieście czasami zdarzały się wybuchy.
Po tym wypadku właściciele wyciągnęli właściwe wnioski i ubezpieczyli budowlę. I nie na próżno – w 1927 roku gmach został uszkodzony przez pożar. Zniszczenia wyceniono na 200 tys. złotych, które musiało wypłacić towarzystwo ubezpieczeniowe. Tej sumy wystarczyło na kapitalny remont budynku i jeszcze na dobudowę kina „Ton” (dziś kino „Lumier”), które otwarto dwa lata później. Jednak złe języki twierdziły, że to sami członkowie towarzystwa podpalili gmach, aby uzyskać pieniądze. Ale nieżyczliwych i zawistnych ludzi nigdy nie brakowało.

Po tzw. „złotym wrześniu” (1939 roku) polskie i ukraińskie Sokoły rozwiązano. Sowieci zdecydowali, że ówczesnej młodzieży zupełnie wystarczy Osoawiachim (poprzednik DOSAAF – odpowiednika LOK) i drużyny piłkarskiej NKWD „Dynamo”.

Co najlepszego – dla dzieci
Co działo się w tych murach za okupacji niemieckiej – nie wiadomo. Możliwe, że mieszkał tu jakiś pułkownik czy generał. W każdym razie budowla szczęśliwie przetrwała wojnę. Od 29 sierpnia 1945 roku gmach objął nowy gospodarz – Obwodowa Biblioteka dla Dzieci.

Zwróćmy uwagę na datę. W tym czasie, gdy cały przemysł miasta leżał w ruinie, znaleziono fundusze na otwarcie biblioteki. Otóż slogan komunistyczny: „Co najlepszego – dla dzieci” – w tym wypadku nie był pustym frazesem.

W 1977 roku gmach biblioteki ozdobiła płaskorzeźba artystki Toporkowej i architekta Popiczenko. Przedstawiono na niej bosych Hucułów ze sztandarem i umieszczono napis: „13 listopada 1905 roku na tym placu miała miejsce manifestacja robotników, popierających pierwszą rewolucję w Rosji 1905 roku”. Tak naprawdę tym bosym Hucułom było daleko i fioletowo odnośnie tego, co dzieje się w Rosji. Walczyli oni o 8-godzinny dzień pracy.

Po siedmiu latach malarz Jarosław Sokołan namalował na stropie holu sceny z najbardziej znanych na świecie bajek. Oprócz wymyślonych postaci odwiedzających bibliotekę obserwują bohaterowie bajek Charlesa Perraulta, Hansa Christiana Andersena i Aleksandra Puszkina. Pod koniec lat 80. biblioteka o mały włos nie otrzymała za patrona ukraińskiego pisarza Petra Kozłaniuka. Ale wkrótce Ukraina uzyskała niezależność i władze uznały, że pisarz-komunista, a ponadto deputowany do Rady Najwyższej ZSRR nie jest najlepszym wzorcem do naśladowania przez dzieci i młodzież. Odpowiedni patron dla biblioteki jest poszukiwany do dziś.

Po roku 2000 w czasie remontu na fasadzie odczyszczono wizerunek ptaka, który postanowiono zostawić, myśląc, że jest to kawka – symbol Galicji. Tak naprawdę jest to jeden z 27 herbów – herb Ziemi Płockiej. Reszta 26 herbów została nadal pod tynkiem. Może kiedyś doczeka się lepszych czasów.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 9 (301) 15-28 maja 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.