Myszka-Chołoniewscy

-a A+

Znane polskie rody na wschodzie Rzeczypospolitej

Początek rodu Myszków herbu Korczak, którzy znacznie później, bo dopiero w XVIII wieku wzięli sobie przydomek Chołoniewscy (od miasteczka Chołoniów na Wołyniu), gubi się w średniowieczu. Prawdopodobnie pochodzili oni z miejscowości Myszków na Śląsku, wspomnianej jeszcze przez Jana Długosza. Ale jest też inna wersja – z miejscowości Myszki pod Witebskiem. Z czasem ród rozprzestrzenił się na znacznym terenie Rzeczypospolitej. Rodowym gniazdem Myszków stał się Janów na Podolu, a także wspaniały klasycystyczny pałac w Chołoniewie, który został zniszczony przez wojska niemieckie i austriackie podczas I wojny światowej. Myszka-Chołoniewscy posiadali też inne majątki w Galicji.

Za legendarną postać rodu uważany jest Mikołaj Myszka, który miał w roku 1414 zdobyć janowski zamek na Podolu. Na początku XVII wieku żył i działał całkiem realny Michał Myszka, wojewoda kijowski, który w 1613 roku był komisarzem Sejmu w sprawie ustalenia granic województwa kijowskiego. Pośród innych przedstawicieli rodu spotykamy jeszcze autora „niesamowitych” opowieści księdza Stanisława Chołoniewskiego (zm. 1846 r.), publicystę i działacza społecznego Antoniego Myszkę-Chołoniewskiego (zm. 1924 r.) oraz członka lwowskiej AK i więźnia lagrów stalinowskich Andrzeja Chołoniewskiego (zm. 1992 r.).

Dziś na terenach Ukrainy pozostało niewiele zabytków powiązanych z tym rodem. Przykładem może służyć kościół farny i resztki ich rezydencji w miejscowości Łopatyn (obw. lwowski). W panoramie miasteczka wybija się wspaniała barokowa świątynia wybudowana w 1772 roku przez legendarnego architekta Bernarda Meretyna, jako rodowa świątynia Myszków-Chołoniewskich. Kościół był mocno zaniedbany w czasach sowieckich, ale obecnie z funduszy polskiego Senatu zabytek powoli się odradza. Wewnątrz ocalały na szczęście XVIII-wieczne freski Stanisława Stroińskiego.

Po lewej od kościoła znajduje się szkoła artystyczna, mieszcząca się w jednej z dwóch oficyn dawnego pałacu Myszków. W tych zabudowaniach oraz w podobnych sąsiednich w okresie sowieckim była siedziba NKWD i sąd. Budynek szkolny został dość dobrze odrestaurowany. Odnowiono dawny fryz z tryglifami. Sąsiednie zabudowania czekają jednak na lepsze czasy. Przed 1914 rokiem był tu jeszcze duży klasycystyczny pałac, uważany za jeden z najpiękniejszych w Galicji, ale został zniszczony przez Rosjan.

Przy wyjeździe z miasta w stronę Radziechowa znajduje stary cmentarz. Zachował się tu nagrobek, udekorowany rzeźbą śpiącego lwa. Jest to grób jednego z dowódców powstania listopadowego gen. Józefa Dwernickiego, który koniec życia spędził w Łopatynie. Na cmentarzu uchował się jakimś cudem obelisk, poświęcony polskim żołnierzom, którzy zginęli w 1920 roku podczas walk z wojskami Budionnego. Oba zabytki zostały niedawno odnowione na koszt fundacji „Mosty”.

Teraz z Galicji przenieśmy się na Podole do Janowa nad Bohem. Zamek-pałac rodziny Myszka-Chołoniewskich widać z oddali. Położony jest na zlewisku rzek Śniwoda i Boh. Według podań rodzinnych to właśnie protoplasta rodu Mikołaj Myszka wybudował tu potężną fortecę w 1410 roku. Jeżeli tak jest rzeczywiście, to janowski zabytek jest najstarszym z murowanych obiektów obronnych na Ziemi Winnickiej, który przetrwał do naszych czasów.

Pałac Chołoniewskich w Janowie nad Bohem (fot. Dmytro Antoniuk)

Przez Janów krymscy Tatarzy najeżdżali na tereny Podola, więc zamek stale przeżywał oblężenia. W II połowie XVIII wieku kasztelan buski Adam Myszka-Chołoniewski rozebrał część średniowiecznych murów, pozostawił jednak część wież, które przekształcił w pomieszczenia gospodarcze. Na pozostałych murach zaczął stawiać olbrzymi – 80 m długości – pałac. Plany były tak olbrzymie, że pan Adam nie doczekał ich realizacji. Pałac dobudowała wdowa po nim Salomea z Kątskich. Równocześnie budowała klasztor bernardynów, który na szczęście zachował się do dziś i stoi opodal. Budowę pałacu ukończono we właściwym czasie, bowiem jesienią 1781 roku zawitał tu król Stanisław August. Na powitanie monarchy salwy z rusznic dała nadworna milicja kolejnego właściciela, Rafała Myszki-Chołoniewskiego.

Janowska rezydencja uderzała przepychem. Właściciele mieszkali na parterze, gości natomiast przyjmowano na piętrze. Olbrzymia jadalnia zajmowała całą centralną część budowli. Jej ściany dekorowały drzewa genealogiczne Sapiehów i Potockich, do sali przymykała galeria sztuki z portretami budowniczych Adama i Mikołaja Myszków, w sali balowej zachwycała gości wspaniała sztukateria i meble w stylu Ludwika XV. Za najbardziej jednak oryginalną uważano salę watykańską. Nieznany autor przedstawił na jej ścianach architektoniczne otoczenie bazyliki św. Piotra. Przez pewien czas mieszkał tu niemiecki poeta Werner – pod wpływem jego twórczości pozostawał kolejny właściciel Janowa, literat Stanisław Myszka-Chołoniewski. Był również spiżowy zegar, który, jak głoszono, stawał, gdy umierał ktoś z rodziny. W pałacu była również sala chińska – jej nazwa pochodziła od oryginalnych chińskich tkanin, którymi obite były ściany. Tu właśnie wydarzyła się okropna tragedia godna pióra Mery Shelly: od iskry z kominka zajęła się suknia Katarzyny z Rzyszczewskich, która wkrótce zmarła wskutek oparzeń. Załamany śmiercią żony Rafał Myszka-Chołoniewski pozostawił życie czynne i oddał się rozważaniom religijnym, prawie nie wychodząc z pałacu.

Jedna z sal pałacowych (fot. Dmytro Antoniuk)

Ostatnim właścicielem janowskiego majątku był Andrzej Myszka-Chołoniewski, któremu udało się przeżyć tu do 1921 roku. W czasie zamieszania rewolucyjnego zabrał najcenniejsze rzeczy z pałacu, bibliotekę z 10 tys. tomów i 37 listów Adama Mickiewicza do swego ciotecznego dziadka Stanisława i wysłał wszystko pociągiem do Kamieńca Podolskiego. Ale po drodze napadli na pociąg bandyci i janowskie skarby przepadły bez śladu.

Po II wojnie światowej w pałacu umieszczono sierociniec dla dzieci, których rodzice byli represjonowani, a następnie szkołę dla dzieci z wadami wzroku, która jest czynna do dziś. Komuniści zniszczyli, niestety, kompleks barokowej bramy wjazdowej ze zwodzonym mostem zawieszonym na łańcuchach, położony na wprost wejścia do pałacu. Na szczęście, nie ruszono pozostałości średniowiecznych murów i baszt, które ostatnio zostały nawet wyremontowane. W pałacu zachowano amfiladowy układ komnat, ale mniej-więcej w oryginale zachowały się tylko sala marmurowa i kolumnowa z resztkami sztukaterii. Dziś służą dzieciom jako aula i sala gimnastyczna.

Cóż to byłby za zamek, gdyby nie miał własnej legendy? Powiadają, że niby w oknie jednej z baszt o północy można było zobaczyć rycerza w pełnej zbroi. W tym czasie z portretów w galerii schodziło 12 dam, które siadały na fotelach. Dziś, niestety, nieszczęsne cienie panien nie mają skąd wychodzić i na czym siadać.

Teraz słów kilka o klasztorze bernardyńskim, który dawniej z pałacem tworzył jedną całość. Na progu kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP spotkałem przypadkiem Edwarda Zdzińskiego, który opiekuje się dawnym klasztorem bernardynów. Poprowadził mnie na piętro świątyni (na parterze podzielonego na kondygnacje kościoła funkcjonują nadal klasy szkoły zawodowej), gdzie odbywają się nabożeństwa. Sądząc z nagromadzonego gołębiego pomiotu – odbywają się niezwykle rzadko. Faktycznie, pan Edward jest jedynym mieszkańcem Janowa, który uczęszcza do kościoła. Miejscowi chuligani wybili tu szyby, dlatego chronią się w kościele ptaki. Na to, żeby je przepędzić czy zaszklić okna, pan kościelny nie ma ani sił, ani pieniędzy, a co dopiero, żeby rozebrać sowiecki strop i przywrócić świątyni pierwotny wygląd.

Pan Zdziński zaprowadził mnie do klasztoru, gdzie zachowały się oryginalne wnętrza, cele, sklepione korytarze i autentyczna klatka schodowa. Wiadomo, że na ścianach refektarza było pięć obrazów fundatorów klasztoru. Prawdopodobnie zachowały się pod warstwą tynku. Mury budynku na zewnątrz wyłożone są bardzo brzydkimi sowieckimi kafelkami. Pan Edward twierdzi, że prawdopodobnie powróci tu jakieś religijne zgromadzenie, bo usunięto stąd szkołę zawodową i klucze przekazano katolikom. Opowiada też, jak sowieci wyrzucali do Bohu trumny fundatorów z krypty kościoła, jak trzymano tu podczas ostatniej wojny miejscowych Żydów i jak ich potem rozstrzelano. W kryptach kościoła byłem podczas jednej z moich poprzednich wędrówek do Janowa w latach 1990.

W roku 1760 kasztelan buski Adam Myszka-Chołoniewski zaprosił do Janowa oo. bernardynów, stawiając dla nich drewniany klasztor, który po dwóch dziesięcioleciach, już jako murowany, wybudowała wdowa po nim Salomea z Kątskich. Kościół budowano aż do roku 1803, a potem jeszcze przez dziesięć lat trwały prace wewnątrz. Świątynia w stylu późnego baroku została, według ekspertów, zaprojektowana przez Jana de Wittego. Za wzór służył mu rzymski kościół św. Celsusa i św. Juliana. Co najmniej do roku 1930 świątynia była czynna. Potem ją zamknięto, przepołowiono stropem, zniszczono 10-głosowe organy, ołtarz główny, ambonę i wspaniałe epitafium tragicznie zmarłej Katarzyny z Rzyszczewskich Chołoniewskiej.

Klasztor pobernardyński (fot. Dmytro Antoniuk)

Prawdopodobnie w kryptach świątyni spoczywali jej mąż Rafał i syn Stanisław Myszka-Chołoniewski, znany pisarz i działacz religijny. Przypuszczalnie też w czasie tych zniszczeń usunięto kaplicę św. Jana Nepomucena i bramę klasztorną.

Przez zamknięciem kościoła w klasztorze umieszczono kolonię karną, która po wojnie została na krótko zamieniona na sierociniec dla dzieci, których rodzice zginęli na wojnie. Klasztor, jako taki, skasowany został jeszcze przez władze carskie po powstaniu listopadowym, zaś kościół służył wiernym jako parafialny.

Nie wiem, czy odrodzi się ten zabytek w najbliższym czasie… Z jednej strony – katolików tu nie ma, a z drugiej – widziałem odrodzenie obiektów, które były w o wiele gorszym stanie. Obecnie jest nadzieja. A jednak na fasadzie kościoła do dziś wisi pięcioramienna czerwona gwiazda.

Dmytro Antoniuk
Tekst ukazał się w nr 4 (296) 28 lutego – 12 marca 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.