Żołnierze starego Stanisławowa. Część I

-a A+

O fortecy w Stanisławowie napisano już wiele. Zachowało się kilka map fortyfikacji miejskich, zrobiono rekonstrukcję graficzną i nawet makietę komputerową. Wydawało się, że temat jest wyczerpany.

Ale jest rzecz dziwna: jeżeli o murach fortecznych jest mnóstwo publikacji, to o stanisławowskim garnizonie – nie ma ani słowa. To niesprawiedliwe! Ten artykuł poświęcony jest tym, którzy z bronią w ręku bronili mieszkańców miasta – żołnierzom miasta-twierdzy magnatów Potockich.

Tak wyglądali żołnierze polskich wojsk koronnych w XVIII wieku (z archiwum autora)

Nie poddali twierdzy
Zaczniemy – jak należy – od dowództwa. Wszystkie oddziały ulokowane w jakimś mieście nazywane są garnizonem. Dowodzi nimi komendant (od francuskiego commandant – dowódca). Jeśli się dokładnie przejrzy dzieła lokalnych historyków, można „wyłowić” nazwiska kilku dowódców stanisławowskiego garnizonu.

W 1676 roku olbrzymia armia tureckiego wojska wdarła się na Pokucie. Historyk Sadok Barącz pisze, że „szanowny założyciel (czyli Jędrzej Potocki – aut.) zabezpieczył swoją fortecę dostatecznym garnizonem pod dowództwem Jana Kamińskiego, doświadczonego dowódcy twierdzy”. Nie zląkł się on liczebnej przewagi wroga i podjął walkę. Dwanaście dni trwało oblężenie, podczas którego garnizon pomyślnie odpierał wszystkie ataki wroga. Wreszcie Turcy odstąpili i miasto było uratowane. Potomni nie zapomnieli swego bohaterskiego komendanta i w 1844 roku jedną z ulic nazwano jego imieniem (ob. ul. Franki).

Inny historyk, Czesław Chowaniec, twierdzi, że zasługi Kamińskiego są nieco wyolbrzymione. Chodzi o to, że był on podstarostą i dowodził fortecą jedynie w okresie pokoju. Po tej wojnie na czele stanisławowskiego garnizonu stanął zawodowy żołnierz, pułkownik Jan Dannenmark. To on właśnie utrzymał Stanisławów, a gdy Turcy byli już w odwrocie, wypadł na nich na czele oddziału kawalerii i zadał im poważnych szkód.

Panowie oficerowie
Po śmierci Jędrzeja Potockiego miasto przejął jego syn Józef. Wyznaczył na komendanta swego człowieka – pokuckiego ekonoma Pawła Mroczka. W 1695 roku ten Mroczko za 800 złotych dzierżawił u niejakiego Iwana Kniaginickiego część wioski Kniaginin. Termin dzierżawy wyznaczono na trzy lata, ale Mroczko tak się tam „zagospodarował”, że te ziemie udało się mu odebrać dopiero… w 1715 roku. Strategiem były ekonom nie był. Podczas gdy poprawiał swoją pozycję finansową, Stanisławów był zdobywany i grabiony przez wszystkich – Szwedów, Saksończyków, a nawet Moskali.

Kolejnym komendantem został major Krzysztof Zolski. Akademik Wołodymyr Grabowiecki odnalazł w archiwach zapis mówiący, że 5 czerwca 1715 roku odważny major polecił generalnemu leśniczemu majątków Potockiego, szlachcicowi Gutkowskiemu, zorganizowanie oddziału strzelców do walki z opryszkami. I to właściwie jest wszystko, czym zapisał się w historii miasta mjr Zolski.

Józef Potocki wziął czynny udział w wojnie północnej po stronie Szwedów. Wojskowa fortuna jednak niezbyt sprzyjała magnatowi. Rosjanie rozgromili jego wojsko pod Kaliszem, Odolanowem, a Saksończycy zadali mu porażkę pod Koniecpolem. Wreszcie biedak ukrył się w Benderach, na terenach podległych Turkom. Wszystkie trudy życia w polu dzielił z Potockim jego kapelan, jezuita Tomasz Zaleński. W Mołdawii wsławił się tym, że udało mu się namówić na przejście na wiarę chrześcijańską sześćdziesięcioletniego sędziego tureckiego. Po powrocie z wygnania Józef nagrodził dawne zasługi jezuity, zezwalając mu na otwarcie w swoim mieście kolegium jezuickiego.

Zakonnicy przybyli do Stanisławowa około roku 1715. Garnizon składał się wówczas przeważnie z Niemców-luteranów. Pierwszymi, którzy przeszli na wiarę katolicką, byli ich dowódcy Wanowski i Ildner. Po nich masowo przyjęli chrzest również prości żołnierze. Obaj dowódcy byli najemnikami. Czyżby to oznaczało brak zaufania Potockiego do Polaków, a może była to „polityka kadrowa” króla Augusta II, który był jednocześnie elektorem Saksonii.

Odważny generał Gundorf
Przenieśmy się do roku 1739. W czasie wojny rosyjsko-tureckiej kilkutysięczny oddział carskiej kawalerii przedarł się przez granicę Rzeczypospolitej w okolicach Chocimia i puścił się na Stanisławów. Ten rajd miał kilka zadań. Przede wszystkim zademonstrować potęgę wojska rosyjskiego Józefowi Potockiemu, który otwarcie wspierał Imperium Osmańskie. Gdyby się to udało, oddział mógłby przejąć skarbiec fortecy chocimskiej, który jej komendant Kołczak Pasza wywiózł do Stanisławowa.

Moskale po drodze spalili Horodenkę, Kuty i Tyśmienicę. Polacy nie oczekiwali tego najazdu, główne wojska były na granicy mołdawskiej i bronić tych terenów nie miał właściwie kto. Raczej prawie nikt. W rodowym gnieździe Potockich pozostał nieliczny garnizon pod dowództwem gen. Gundorfa. Gdy 11 sierpnia Rosjanie zjawili się pod murami miasta, polscy artylerzyści spotkali ich celnymi strzałami. Zaznając wielkich strat, Moskale odstąpili, miasto zostało uratowane.

Pośród wszystkich komendantów Gundorf miał najwyższy stopień wojskowy. Generałem mienią go historycy Sadok Barącz, Alojzy Szarłowski i Stanisław Zaleński. Ale mamy tu ciekawostkę. Ten sam Barącz, opisując pogrzeb Józefa Potockiego w 1751 roku wspomina, iż podczas ceremonii pogrzebowej w kościele przy zwłokach zmarłego „jego miłość pan Gundorf, pułkownik pułku piechoty wielkiej buławy hetmańskiej, złamał szponton” (drewniana broń sieczna, oznaka oficera).

Zauważmy – pułkownik, a nie generał. Prawdopodobnie kronikarz pomylił się, a może szponton złamał ktoś z rodziny bohatera stanisławowskiej fortecy lub osoba o podobnym nazwisku. A może generał został zdegradowany za malwersacje?

Straszny sen Oleksy Dowbusza
Polski poeta z XVIII wieku Franciszek Karpiński w swoich wspomnieniach pisze, że „rotmistrz Przełuski z półtorej setką ludzi przez kilkanaście lat ścigał Doboszczuka (Dowbusza), nie mogąc dać mu rady”. Rotmistrz jest to stopień oficerski w kawalerii, w piechocie równy kapitanowi.

Przełuski ścigał opryszków nie bez sukcesów. Potoccy docenili zasługi rotmistrza. Początkowo awansowali go na pułkownika, a 14 września 1751 roku sejmik galicyjski nadał mu dwa tys. złotych premii. Była to olbrzymia suma – starczyło Przełuskiemu na zakup majątku Wyszki na Wołyniu. Historyk Wołodymyr Grabowiecki twierdzi, że Przełuski był również komendantem stanisławowskiej fortecy.

Dowódca garnizonu miał w mieście znaczne wpływy i decydował nie tylko o sprawach wojskowych. W 1765 roku Ormianka Marianna Augustynowiczowa oddała swego syna na roczny termin do mistrza, produkującego perskie pasy. Chłopak był tępawy i po pół roku kuśnierz wyrzucił go, „gołego i bosego” do mamusi. Ale Marianna nie poddała się. Wręczyła komendantowi łapówkę i ten sprawił, że mistrz musiał znów przyjąć chłopca do nauki.

Ostatnia wzmianka o pułkowniku Przełuskim pojawia się w roku 1769, gdy ten przyłączył się do konfederacji barskiej i zabrał ze stanisławowskiego arsenału zapasy artyleryjskie. Wkrótce miasto zajęli Rosjanie, których po pewnym czasie zmienili Austriacy.

Przeprowadzając analogie
Dobrze byłoby podać jeszcze kilka portretów komendantów Stanisławowa. Tym bardziej, że w kościele katolickim przechowywany był „Portret nagrobny cudzoziemca”. Układając katalog wystawy historycznej w 1928 roku, uczeni przypuścili, że może to być portret któregoś z komendantów stanisławowskiego garnizonu na początku XVIII wieku. Nie wyklucza się, że może to być któryś z byłych luteranów, a może sam gen. Gundorf. Szkoda, że sowieci portret zabrali, a może zniszczyli.

Dlatego proponuję Czytelnikom portrety oficerów, którzy nie mają bezpośredniego stosunku do fortecy stanisławowskiej, ale dają pojęcie, jak ubierali się oficerowie w Rzeczypospolitej. Człowiek z buławą to Marek Matczyński, dowódca polskich oddziałów kawalerii w bitwie pod Wiedniem w 1683 roku, podczas której zginął syn założyciela naszego miasta – Stanisław Potocki.

Inny portret pochodzi już z następnego wieku. Przedstawia on generała Jana Stanisława Kątskiego. Mężczyzna ubrany jest na wzór zachodnioeuropejski. Tak mniej więcej wyglądali stanisławowscy oficerowie-najemnicy.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 2 (294) 30 stycznia – 12 lutego 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.