Polak, Japończyk – dwa bratanki (cz. II)

-a A+

Spis treści

Osaka. Polskie dziewczynki w nowych japońskich kimonach. Dodatkowo każda z nich ma piękny wachlarzyk! (Fot. zh.wikipedia.org)Współpraca Polskiej Partii Socjalistycznej i japońskiej Kempeitai (formacja podobna do żandarmerii wojskowej, ale będąca jednocześnie tajną policją zajmującą się też wywiadem i kontrwywiadem) układała się bardzo dobrze. Działania były silnie utajnione, dlatego nie wiadomo o nich zbyt wiele; nawet teraz. Wtedy wtajemniczonych było dosłownie tylko kilka osób. Zapewne dzięki temu, współpraca polsko-japońska nigdy nie została wykryta. Natomiast gromko było o tym, że Roman Dmowski uratował Polskę przed fatalnym powstaniem, popsuł w Tokio szyki Piłsudskiemu, „otworzył oczy” Japończykom na jego nieodpowiedzialną politykę przemocy, spowodował, że Japończycy nie chcieli się angażować w takie awantury. PPS niczego nie dementowała, bo to nieźle kamuflowało jej działania. Bezpieczeństwo akcji bardziej się liczyło niż licytowanie swoich zasług i puste przechwałki.


Z Japonii do PPS szły pieniądze

Kamuflaż powoduje jednak, że niewiele wiemy o niezwykłej współpracy Polaków i Japończyków. Trochę wiadomo o rozmieszczeniu polskich szpiegów, obserwujących wojska rosyjskie i zbierających informacje dotyczące rosyjskiej armii. Było ich prawdopodobnie 16. Operowali tam, gdzie rosyjskie wojska się koncentrowały i miały swoje zaplecze, czyli Tomsku, Irkucku, Permie i Samarze. Do obserwacji działań Floty Bałtyckiej stworzono centrale w Rydze i Lipawie. Jeden dobrze zakamuflowany szpieg znajdował się też w Petersburgu. Bez Polaków, Japończycy nigdy w życiu nie mieliby takiego wywiadu. Jakoż doceniali to radośnie i entuzjastycznie. Z Japonii do PPS szły pieniądze. To nie prawda, że było ich mało. Wiadomo, że w warunkach konspiracji trudno o przejrzyste przedstawienie spraw finansowych, ale trzeba od razu powiedzieć, że w PPS sprawami finansowymi, dotyczącymi rozliczeń międzynarodowych, kierował przyszły prezydent Polski Stanisław Wojciechowski. Człowiek kryształowej uczciwości. Pieniądze przychodziły poprzez biura attaché wojskowych ambasad Japonii w Paryżu i Londynie. Do zakończenia wojny japońsko-rosyjskiej, Kempeitai przekazało Polakom ponad 33 000 funtów szterlingów. Jest to suma, którą można ustalić, co nie oznacza, że faktycznie, Polacy otrzymali tylko tyle. Wydaje się, że pieniędzy mogło być więcej. A teraz. Czy było to dużo, czy może niedużo?


Proszę Państwa. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć waluty, która byłaby w roku 1905 silniejsza od funta brytyjskiego. Carski rubel, waluta wtedy bardzo silna, aż do roku 1914 był na każde żądanie w pełni wymienialny na złoto, zaś jeden funt szterling w tym samym czasie kosztował ponad dziesięć, może nawet kilkanaście takich rubli. 33 000 funtów, to wtedy był – MAJĄTEK! Czemu więc pisze się teraz, że była to suma niewielka? Może autorzy odnoszą się do wartości obecnego funta-suchotnika? A może znowu jest to próba umniejszenia roli jaką odegrała wtedy PPS, a z nią i Józef Piłsudski? Kempeitai finansowała nie tylko Polaków. Ale fundusz przekazywany Polakom stanowił około 1/3 wszystkich takich wydatków. Japończycy naprawdę dbali o dobre funkcjonowanie współpracy z Polakami, bo była ona dla nich niesłychanie cenna. Nie dba się tak o coś, co nie ma znaczenia.


Polacy zakupili za to 26 000 sztuk broni palnej i 4 300 000 sztuk amunicji. Już po oficjalnym zakończeniu współpracy, PPS odebrała jeszcze zamówioną wcześniej partię karabinów wojskowych w ilości 8 500 sztuk (czyli uzbrojenie dla porządnej brygady!) z amunicją w ilości 18 100 sztuk. Transport rozdzielono i część tych karabinów wysłano na Kaukaz, by wsparły tamtejszych bojowników antyrosyjskich. Zapytam się teraz Państwa, czy to mało, czy dużo?


Pamiętacie Państwo barona Motojiro Akashi? W naszej poprzedniej opowieści wsławił się niefortunnym zaproszeniem do Japonii Romana Dmowskiego. Był łącznikiem rządu Japonii z antyrosyjskimi organizacjami niepodległościowymi. Teraz realizował współpracę, jaką Japonia podjęła z PPS. Oto fragment jego pisemnego raportu, w którym ocenia przydatność polskiej organizacji: „Polacy organizowali rewolty i niekończące się serie zbrojnych akcji oraz demonstracji w wielu miejscach i te wydarzenia dały początek trwającym 6 tygodni powstaniom w Kijowie, Odessie i na Kaukazie”.


Na początku grudnia 1905, na koniec wojny japońsko-rosyjskiej, baron Akashi przesłał na ręce Jodki Narkiewicza uroczysty list, w którym żegnając się z Polakami, dziękuje im za owocną współpracę.


Jej Cesarska Mość cesarzowa Japonii Sadako Kujo (Fot. dbpedia.org)Polacy na Dalekim Wschodzie

Pierwsza wojna światowa szybko przerodziła się w Rosji w rewolucję, a ta wywołała krwawą kontrrewolucję i interwencję obcych wojsk. Na rosyjskim Dalekim Wschodzie, we Wschodniej Syberii i Mandżurii zapanowała anarchia. Powszechna była nędza, głód, wszy i choroby. Oblicza się, że przebywało tam wtedy około 50 000 Polaków, a w tym około 5000 polskich dzieci, głównie sierot i półsierot. O ile los dorosłych był bardzo ciężki, o tyle los małych sierot był po prostu tragiczny.


Spyta ktoś, skąd na Dalekim Wschodzie tylu Polaków? – Otóż Polacy znaleźli się tam w sposób, można powiedzieć, naturalny. Głównie byli to wykwalifikowani fachowcy i robotnicy kolejowi, których angażowano do budowy i eksploatacji Kolei Transsyberyjskiej, którzy skuszeni wysokimi zarobkami przyjeżdżali tu wraz ze swoimi rodzinami. W tej polskiej grupie było też niemało zesłańców, a od momentu pierwszej wojny światowej także przesiedleńców z terenów Kongresówki. Armia rosyjska cofając się przed Niemcami, wywoziła z Polski co tylko wywieźć się dało. Fabryki, warsztaty, zakłady pracy. Wszystko to wywożone było w głąb Rosji wraz z zatrudnionymi pracownikami i ich rodzinami. Rosjanie pozostawili po sobie pustą i „spaloną ziemię”. Polacy przewożeni masowo do Rosji, trafiali bardzo różnie, czasem wieziono ich aż na Syberię. Dopóki istniał reżim carski, jakim by on nie był, przesiedleńcy z Polski mieli w nim jakieś oparcie. Wszystko skończyło się z chwilą upadku caratu. Nastąpił czas krwawego terroru, który bezlitośnie odsłonił różnice pomiędzy ludnością sprowadzoną z Polski, a ich obecnym otoczeniem. Szansą na ratunek dla Polaków, stały się okupacyjne wojska Japońskie. Jakoż Japończycy wzięli Polaków pod ochronę!


Japonia stała się drugą ojczyzną dla polskich dzieci

16 września 1919 roku z inicjatywy Anny Bielkiewicz, córki syberyjskiego zesłańca, powstał Polski Komitet Ratunkowy Dzieci Dalekiego Wschodu. Pomagał jej Józef Jakóbkiewicz – lekarz i wychowawca młodzieży. Komitet zorganizował we Władywostoku ochronkę, do której zaczęto sprowadzać bezdomne polskie sieroty zbierane po prostu z ulic, z dworców, placów etapowych, z przytułków rosyjskich i chińskich.


Wkrótce Komitetowi skończyły się pieniądze i dobrze rozwijająca się akcja zdawała się dobiegać końca. Wtedy zwrócono się do Japończyków i Polonii Amerykańskiej. Pani Bielkiewicz udała się do Japonii, gdzie rozmawiała o problemach polskich dzieci w Ministerstwie Armii Lądowej i Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Dwaj z najwyższych urzędników owych ministerstw, panowie Ishibashi i Mushakoji zajęli się tą sprawą szybko i bardzo serdecznie. Załatwiono przede wszystkim polskim dzieciom oficjalną możliwość przybycia do Japonii.


Prezes Japońskiego Czerwonego Krzyża miał zająć się organizacją ewakuacji dzieci z Władywostoku i dalszą nad nimi opieką już w Japonii. Pierwsze statki z Władywostoku zaczęły przewozić polskie dzieci do Japonii w lipcu roku 1920. W pięciu transportach morskich przewieziono około 400 dzieci. Statki dochodziły do portu Tsuruga, a stamtąd dzieci jechały koleją do Tokio. W Tokio chore dzieci oddzielano od zdrowych. Chore trafiały do szpitali. Zdrowie tych dzieci było niejednokrotnie w fatalnym stanie. Zagłodzone, zarobaczone, pokryte niegojącymi się ranami, często chore na choroby zakaźne. Znany był przykład japońskiej pielęgniarki, która zmarła na tyfus, którym zaraziła się od dzieci. Natomiast dzieci zdrowe przyjmowały ośrodki należące do Japońskiego Czerwonego Krzyża, skąd kierowane były do Fukudenkai – buddyjskiego towarzystwa charytatywnego. Tam miały nie tylko opiekę, ale organizowano im naukę, wycieczki, stały kontakt z japońskimi rówieśnikami. Naprawdę bardzo starannie dbano o ich powrót do normalnego życia. Było to konieczne po przejściach, jakie były udziałem tych nieszczęsnych dzieci. Sierociniec Fukudenkai stał się okazją do zapoznania społeczeństwa japońskiego z problemami, z jakimi borykała się Polska. Był to czas ofensywy bolszewickiej na Warszawę i ważyły się losy niepodległej Polski. Dla Japończyków był to powód do odwiedzin polskich dzieci, przekazania im podarunków, okazania im sympatii. Odwiedzały polski ośrodek organizacje kobiece, studenci, kapłani buddyjscy. Wreszcie 6 kwietnia 1921 roku szpital Czerwonego Krzyża, gdzie przebywały chore polskie dzieci odwiedziła Jej Cesarska Mość cesarzowa Sadako Kujo. Było to wydarzenie głośne na całą Japonię.


Zmasakrowana wojnami Polska nie była w stanie zapewnić tym dzieciom transportu do kraju. Od września 1920 roku aż do lipca 1921 raz po raz odpływały na japońskich statkach transporty zdrowych już i odżywionych dzieci z Jokohamy do Seattle w Stanach Zjednoczonych. Tam opiekę nad dziećmi przejmowała Polonia Amerykańska. Dzieci przewożono pociągami do Nowego Jorku, skąd statkiem przez Atlantyk do portu w Gdańsku. Minister zdrowia RP dziękował serdecznie Japończykom za opiekę nad dziećmi, ale to wcale nie był koniec japońskiej pomocy!


W roku 1922 Polski Komitet Ratunkowy zebrał na terenie Zabajkala i Kraju Chabarowskiego 390 polskich dzieci. Tym razem wśród nich wiele było takich, które oddawali Komitetowi rodzice nie będący w stanie ich wyżywić. Zabiegano tą drogą o ratunek dla nich jak i o to, aby chociaż one mogły powrócić do kraju. Dzieci przewieziono do Władywostoku, a stamtąd do japońskiego Osaka. Te dzieci były w dużo gorszej kondycji niż poprzednie. Zagłodzone, półnagie i bose. Widoku nędzy tych dzieci nie dało się znieść. Japońska prasa nagłośniła to jako międzynarodowy skandal. Cesarzowa z własnych funduszów przekazała pieniądze na ich utrzymanie. Do ośrodka gdzie przebywały polskie dzieci przychodziły dla nich dary z całej Japonii. Wszystkie dzieci musiały mieć nowe ubranie, a wobec tego ubrano je po japońsku, bo niby jak miano je ubrać?


Dziewczynki dostały niebieskie kimona w białe wzory i różowe pasy, a chłopcy białe w czarne wzory. Podobno dzieciaki prezentowały się w tych japońskich kimonach, nadzwyczaj korzystnie! Zaraz też rozpoczęły się badania lekarskie i segregacja dzieci na chore i zdrowe. Dzieci nigdzie nie odsyłano. Przebywały w mieście Osaka, a dziećmi opiekował się pan Kimura, szef miejscowego oddziału Japońskiego Czerwonego Krzyża. Po wyleczeniu chorych i ogólnym podniesieniu kondycji wszystkich dzieci, uformowano z nich dwie grupy.

 

Polskie dzieci z Osaka wchodzą na parowiec Atsutra Maru (Fot. zh.wikipedia.org)

Pierwszą zaokrętowano na statek Katori Maru, który ruszył w rejs 25 sierpnia 1922 roku, drugą zaś na statek Atsutra Maru, który wypłynął 6 września tegoż roku. Oba te japońskie statki przewiozły dzieci przez pół świata do Londynu, a stamtąd, już innymi statkami, dzieci udały się do Gdańska. Podróż była długa. Do Gdańska dzieci dotarły w listopadzie 1922 roku! W niedalekim Wejherowie czekał na nich specjalsocjalisty, zaufanego Piłsudskiego, ministra spraw zagranicznych Leona Wasilewskiego, i spytał, co o nim mówią w Warszawie. Na co Wasilewski odpowiedział: „No cóż, Felek, mówią, że jesteś krwawym zbrodniarzem”. I Dzierżyński miał się obruszyć: „Słuchaj, ale ja każę mordować tylko Rosjan!”. Rzeczywiście zdarzały się wypadki, kiedy na osobiste polecenie Dzierżyńskiego Polaków z Łubianki zwalniano… (Za profesorem Pawłem Wieczorkiewiczem).


Polsko-japońska przyjaźń

Dzieci Syberyjskie wzrastały i krzepły w prowadzonym przez doktora Jakóbkiewicza Zakładzie Wychowawczym w Wejherowie, a obok krzepło i rosło w siłę równie młode państwo polskie. W marcu 1925 roku odznaczono 51 oficerów japońskich Krzyżami Orderu Virtuti Militari, które wręczył im attaché wojskowy ambasady polskiej w Tokio Wacław Jędrzejewicz.


Młodzi Sybiracy utworzyli Związek Młodzieży z Dalekiego Wschodu, mający przypominać Polakom o humanitarnej pomocy Japończyków dla polskich dzieci oraz budować pomosty pomiędzy Polską i Japonią, która dla nich stanowiła prawdziwą drugą ojczyznę. Powstało też Koło Przyjaciół Japonii prowadzące zajęcia dla chcących zapoznać się z zagadnieniami kulturalnymi czy gospodarczymi Japonii. Urządzano kursy języka japońskiego. Patronował tej działalności ówczesny ambasador Japonii pan Shuichi Sakoh. Organizował on wspólne spotkania z okazji świąt polskich i japońskich, a także tradycyjne bale, jak na przykład Noc Kwitnącej Wiśni, czy Noc Chryzantem. Wszystkie te miłe i przepiękne wydarzenia przerwała wojna. A po wojnie? – A po wojnie Polska już nie była polska, tylko radziecka. Organizacji polsko-japońskich nie reaktywowano, bo nie pozwalała na to radziecka racja stanu. O „japońskich dzieciach” nie wolno było nawet wspomnieć, bo to jakoby szkodziło stosunkom polsko-radzieckim.


Wszystko zmieniło się po upadku komuny i w październiku 1995 z inicjatywy ówczesnego ambasadora Japonii w Polsce pana Nagao Ohydo, znów doszło do spotkania Dzieci Syberyjskich w Ambasadzie japońskiej. Odnowiono stary zwyczaj wizyt u ambasadora i powtarzano te wizyty jeszcze kilkakrotnie. W maju 2001 pan ambasador Hideaki Uedo wraz z małżonką, zaprosili „dzieci” do nowo wybudowanej rezydencji na jej uroczyste otwarcie. Wtedy stało się coś, co stać się kiedyś musiało. Na to spotkanie przybyło tylko czworo „dzieci”. Reszta nie mogła przyjechać ze względu na stan zdrowia, lub dlatego, że już nie żyła. W roku 2002 na uroczyste zaproszenie z okazji wizyty w Polsce japońskiej Pary Cesarskiej przybyła już tylko trójka „dzieci”.

 

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 13 (161) 17-30 lipca 2012

 

Czytaj też:

Polak, Japończyk – dwa bratanki (cz. I)

Polak, Japończyk – dwa bratanki (cz. III)

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.