Wspomnienia o kard. Władysławie Rubinie

-a A+

Uroczystości stulecia urodzin kard. Władysława Rubina odbyły się w Lubaczowie. Jej organizatorem był kustosz sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, proboszcz konkatedralnej parafii ks. kan. Andrzej Stopyra.

Udało mu się zaprosić wiele osobistości, m.in. pięciu biskupów, najbliższą rodzinę Kardynała z Wrocławia i Częstochowy, żonę przyjaciela Władysława Rubina z Paryża. Zamieszczamy wypowiedziane wspomnienia.

Zbigniew Rubin z Częstochowy przygotowujący publikację o kard. Władysławie Rubinie:
- Mottem życiowym bpa Władysława Rubina były słowa: „Krzyż Pana – nadzieja i zwycięstwo”. Oprócz tego hasła przez całe życie towarzyszyła mu inna myśl. Gdy był w trzeciej klasie gimnazjum w Tarnopolu, zachorował ciężko na płuca. Był w takim stanie, że lekarz zabronił mu jechać do domu, do rodzinnych Toków koło Zbaraża. Zaopiekował się nim wtedy dyrektor gimnazjum Pytel. Po trzymiesięcznej rehabilitacji i leczeniu chciał w jakiś sposób podziękować swoim opiekunom za okazane serce i dobroć. Usłyszał od pani Pytel takie słowa, które zapamiętał do końca życia. „Władku, od ciebie nie przyjmiemy żadnych pieniędzy, żadnych podziękowań. Jeżeli chcesz nam odwdzięczyć się za to, to prosimy cię o jedno. Jeżeli kiedykolwiek na swojej drodze życia spotkasz osobę, która potrzebuje pomocy i ile razy tej osobie udzielisz tej pomocy, tyle razy nam się odwdzięczysz”. Gdy został wyświęcony na kapłana, już w Bejrucie powstały z jego inicjatyw domy opieki dla chłopców i kobiet Znajdowały się w nich nie tylko dzieci z rodzin katolickich, ale domy te przygarnęły Żydów, Muzułmanów, niewierzących. Dla niego nie było podziału na białych, czarnych czy żółtych. Wszystkich ludzi traktował jednakowo. Dlatego tam, na Bliskim Wschodzie, miał tylu przyjaciół. Gdziekolwiek wybrał się w swoich podróżach apostolskich, a odbył ich ponad 700 w ciągu 18 lat, wszędzie miał przyjaciół. Był człowiekiem bardzo zapracowanym, a znajdował czas na spotkania z rodziną, znajomymi, których miał na całym świecie. Dziękuję za pamięć o kard. Władysławie Rubinie tutaj w Lubaczowie i za to, co się dzieje wokół tej wybitnej osobowości.

Kazimierz Tadeusz Smereczyński z Wrocławia, syn siostry kard. Władysława Rubina:
- W rodzinnych stosunkach biskup, a później kardynał Rubin funkcjonował jako wujek Władzio. Pamiętam jak przyjechał do nas, gdy miałem 9 czy 10 lat. Przywiózł go ks. prał. Wacław Szetelnicki, zacny i światły kapłan z Wrocławia. Wujek Władzio rozmawiał z babcią. W pewnym momencie zauważył, że się ubieram. „A ty dokąd się wybierasz?” – zapytał. „Idę na śpiewanie do kościoła” – odpowiedziałem. W kościele były regularne lekcje śpiewu. Z ambony dyrygował proboszcz. Przyszedł do kościoła wujek, usiadł w jednej z ostatnich ławek. Zauważył go proboszcz. Konsternacja. Biskup Władysław Rubin miał odprawić mszę św. w niedzielę, a tu zjawia się w piątek na śpiewaniu dzieci. Wujek Władzio był wzruszony. Powiedział jedną rzecz, którą do dziś pamiętam: „Jeśli już pomodliłeś się i podziękowałeś Panu Bogu za to wszystko, o co prosiłeś; jeśli już pomodliłeś się za wszystkich zmarłych; jeśli poprosiłeś o jakieś łaski, czy oczekiwania i masz chwilę czasu, to módl się za proboszczów małych miejscowości. To co ja dziś widziałem jest dowodem na to, że młode serce Polski jest w małych miejscowościach”.

Abp Edmond Farhat, nuncjusz apostolski w Libanie (wspomnienie to przekazała Anna Łucka):
- Moja pamięć o kardynale Rubinie to dużo więcej niż pamięć o biskupie czy o moim przełożonym, którym był w Synodzie Biskupów. Znałem go ponad 15 lat w Rzymie. To obraz kapłana w znaczeniu sługi Jezusa Chrystusa i Słowa Bożego. Codziennie rano przychodził do mojego biura i pukał do drzwi, mimo że były zawsze otwarte. Mówił „Dzień dobry” po libańsku. W ten sposób chciał wyrazić swój szacunek dla mnie i swoje przywiązanie do mojego kraju, który go przyjął i gdzie pozostawił wielu przyjaciół. Sposób w jaki zachowywał się, siadał czy mówił, przypominał mi obraz kapłana wrażliwego na człowieka. To był święty człowiek.

Anna Łucka z Francji:
- Chciałabym opowiedzieć o kardynale jako o człowieku. Życiorys kard. Rubina, żołnierza, zesłańca, tułacza, biskupa i kardynała jest bardzo bogaty. Główną wartością tego wielkiego Polaka była niezłomna wierność Bogu, Kościołowi, Ojczyźnie i ludziom, z którymi był związany więzami krwi, koleżeństwa i przyjaźni. Słowa wierność, przyjaźń wcielał każdego dnia w sposób konkretny, prosty, serdeczny i bezpośredni. Po prostu prawdziwy. Zaświadczają o tym ludzie, którzy go spotkali na różnych drogach swojego życia. Przekażę dziś wspomnienia mojego męża.

Stanisław Łucki z Francji:
- Kardynała Władysława Rubina poznałem jako studenta prawa we Lwowie. Mieszkaliśmy razem w domu akademickim, który nie cieszył się zbytnią sympatią policji ze względu na mieszkającą tam opozycyjną młodzież narodową. Zaprzyjaźniliśmy się, mając podobne łagodne usposobienia. Serdeczny uśmiech towarzyszył nam, naszym rozmowom. Wojna nas rozdzieliła. Ja znalazłem się we Francji, nie patrząc czy w mundurze czy podziemiu, przetrwałem wojnę bez obozów. Władysław Rubin nie miał tego szczęścia. Tak jak wielu moich przyjaciół ze Lwowa, został wywieziony do ciężkich obozów sowieckich. Po wojnie spotkałem go przypadkowo w Paryżu. Sutanna ks. Rubina w pierwszej chwili mnie zaskoczyła. Musiałem dobrze się przypatrzeć, czy to jest naprawdę mój kolega z wydziału prawa. Swoim charakterystycznym uśmiechem wyratował mnie z niepewności mówiąc: „Tak, to ja”. Usiedliśmy w najbliżej kawiarni, by podzielić się wspólnymi przeżyciami. Potem nastąpiła długa przerwa w naszych spotkaniach. Ks. Rubin przebywał w Rzymie, a ja w swoich podróżach nie mogłem zahaczyć o to miasto. Ponowne ożywienie kontaktów nastąpiło w roku 1964, w momencie nominacji ks. Rubina na biskupa, delegata prymasa Polski do spraw opieki nad emigracją. Za złą poradą wysłałem mu gratulacje, tytułując „Drogi Księże Biskupie”. Wraz z podziękowaniem otrzymałem wymówkę, że należy jak dawniej pozostać przy imieniu. I o dziwo, bp Władysław stawał się coraz ważniejszą postacią, zarówno w Kurii Rzymskiej, jak i na emigracji. Nasza przyjaźń stawała się coraz żywsza i serdeczniejsza. I tak na początku listów słowo „Drogi” zostało zastąpione przez „Kochany”. Jest to normalne w życiu, gdy wraz z tytułami zapomina się często o bliskich. Na ogólne żądanie paryskich lwowian zaproponowałem biskupowi Rubinowi kolację w Paryżu, podkreślając, że charakter spotkania będzie wyłącznie towarzyski. Będzie to rodzaj pogawędki lwowskiej sitwy z jej najwybitniejszym przedstawicielem. Zaproponowałem datę 22 maja 1972 roku o godz. 19. Bp Rubin napisał: „Ogromnie się cieszę możliwością spędzenia razem jakiegoś wieczoru na przyjacielskiej pogawędce. W moim życiu, aktywnym wśród niekończącej się troski, takie spotkanie będzie miłym odprężeniem. Toteż chętnie przyjmuję koleżeńskie zaproszenie”. Do restauracji tuż koło biblioteki w Paryżu przyjechaliśmy na czas. Już na nas czekano. Nastrój był wspaniały, a lwowskie piosenki miały duże powodzenie. Biskup śpiewał najlepiej, zawstydzając wszystkich swoją doskonałą znajomością słów. Wyszliśmy z restauracji późno.

W 1976 roku gratulowałem bp. Rubinowi odznaczenia Komandorii Legii Honorowej. Otrzymałem natychmiastowe podziękowanie, w którym pisał: „Cieszę się, że jesteśmy razem wśród wyróżnionych tym pięknym odznaczeniem. Z jaką radością skorzystałbym ze spotkania, którym moglibyśmy się sobą nacieszyć i wspomnieć lwowskie czasy. Pomyśl o tym”. Najuroczystsze i zarazem najdłuższe – tym razem z Anią – było spotkanie w kwietniu 1980 roku w Rzymie. Kard. Rubin błogosławił nasze małżeństwo w kościele św. Anny na Watykanie. Przed ślubem pół żartem, pół serio zapytał: „A wyspowiadałeś się?”. Był to mój pierwszy pobyt w Rzymie. Byłem zmuszony korzystać nawet z najbardziej praktycznej porady kardynała, jak zorganizowanie kolacji. Nie chciałem wybierać restauracji, w której osoba duchowna czułaby się źle. Jak zwykle przyjaźń usunęła barierę hierarchiczną. Powiedział po prostu: „Ja tobie to załatwię”. Wybrał lokal, w którym goście weselni czuli się wspaniale. Następne spotkanie skromniejsze, ale bardziej osobiste, odbyło się na wiosnę 1982 roku, u nas w Paryżu. W liście z 15 lipca 1982 r. kard. Rubin napisał: „Mile wspominam nasze spotkanie. Pragnę je powtórzyć. Ale kiedy to będzie możliwe, przy moich dwu-, a nawet trzykroć liczniejszych zajęciach niż dawniej. Jestem zmęczony”. (…)

Wspomniałem migawkowo o osobistych kontaktach z kardynałem, chcąc głównie wskazać na Jego serdeczność, brak wyniosłości, a zwłaszcza wierność przyjaźni. Podkreślam, nie byłem wyjątkiem, darzył taką samą przyjaźnią innych lwowiaków, tarnopolan, bejrutczyków, z którymi studiował. A przyjaciół miał na całym świecie. Umiał i lubił cenić prostotę, serdeczność i wierność. Kochany kardynale, jestem pewien, że Lubaczów najbliżej Lwowa jest najlepiej wybranym miejscem na Twój wieczny spoczynek.

Wspomnienia spisał
Adam Łazar
Tekst ukazał się w nr 8 (300) 25 kwietnia – 14 maja 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.