Akcja ratowania Żydów przez Polaków na terenie Samborszczyzny

-a A+

w okresie okupacji niemieckiej

Początki osiedlania się Żydów na terenie Samborszczyzny należy odnieść do pierwszej połowy XV wieku. Żydzi osiedlali się poza murami miasta, tworząc osobną dzielnicę, która nazywała się Blich, od zakładów, w których bielono (blichowano) tkaniny. Na początku XVII w. wspólnota żydowska Sambora była drugą co do liczebności w Ziemi Przemyskiej. W 1569 roku ze wszystkich 536 domów w Samborze 170 należało do Żydów. W przeddzień wybuchu II wojny światowej w powiecie mieszkało 7794 Żydów, większość z nich (6068 osób) mieszkała w Samborze.

Samborscy Żydzi od XVIII wieku posiadali synagogę, która po zakończeniu II wojny światowej została zamieniona na magazyny spożywcze, a w ostatnich latach mieści się tu klub nocny. Koło Sambora Żydzi posiadali własne synagogi w następujących miejscowościach: Borynia, Chyrów, Dobromil, Felsztyn, Niżankowice, Nowe Miasto, Stara Sól, Stary Sambor i Turka.

Najtrudniejsze czasy dla ludności żydowskiej na terenie Samborszczyzny nastąpiły w okresie okupacji niemieckiej. Od kwietnia 1942 roku w dzielnicy Blich utworzono żydowskie getto, w którym zamknięto 6686 osób, a w sierpniu 1942 roku odbyła się pierwsza likwidacja Żydów. Żydów z Sambora, a także ze Starego Sambora i innych okolicznych miejscowości zgromadzono i przeprowadzono selekcję. Około 150 osób rozstrzelano na miejscu, innych wywieziono do Lwowa lub do obozu zagłady w Bełżcu. Kolejna akcja miała miejsce we wrześniu 1942 roku. Około 300 osób rozstrzelano koło wsi Radłowice. Trzecia i czwarta akcja zostały przeprowadzone w październiku tegoż roku. Żydzi zostali zgromadzeni w więzieniu, z którego wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu około 1000 osób. Następnie getto otoczono drutem kolczastym, po czym przesiedlono do niego żydowskich mieszkańców Starego Sambora, Felsztyna i Turki. Część ludności żydowskiej rozstrzelano na dawnym cmentarzu żydowskim, część w lesie pod Radłowicami, lub też wywieziono do niemieckich obozów.

Synagoga w Starym Samborze

Mimo trudności, w jakich znalazła się polska ludność w czasie działań wojennych, byli tacy, którzy zdobyli się na heroiczną akcję ratowania bardziej uciemiężonych, ryzykując nawet własnym życiem.

Tak oto w 1942 roku w podsamborskiej miejscowości Biskowice w domu Rychlików ukrywało się 9 samborskich Żydów, których spotkawszy w mieście przyprowadził Józef Rychlik. Przez pewien czas ukrywali się na strychu. Niestety rodzina Rychlików nie była tak ostrożna, aby nie wzbudzić podejrzeń u sąsiadów. Na podstawie donosu zimą 1943 roku zostali aresztowani i wywiezieni do obozu koncentracyjnego na Majdanku. Żydzi zdążyli w tym czasie uciec.

Nieco wcześniej w domu Rychlików schronienie znalazł młody chłopak z Biskowic Icchak Erdman, którego rodzice i dwie siostry w czasie łapanki zostali przewiezieni do samborskiego getta. W domu Rychlików pozostawał przez trzy miesiące, a gdy niebezpieczeństwo stawało się coraz większe, postanowiono odesłać chłopca w okolice Tarnowa. Dla bezpieczeństwa chłopca, Jan Rychlik postanowił oddać mu własną metrykę chrztu. Sam pozostając bez dokumentów, na prośbę swojego ojca Antoniego, towarzyszył mu do Tarnowa. Dnia 5 września 1985 roku za ten heroiczny czyn Antoni Rychlik został odznaczony tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Irena Glanz, ukrywająca się z matką i bratem u Marii i Jana Małankiewiczów w Samborze, wspominała, że ukrywający się na strychu zachorowali na świerzb „i to w bardzo silnej formie. Ponieważ lekarstwa nie można było dostać bez recepty lekarza, Małankiewicz poświęcił się, posiedział z nami, zaraził się, dostał świerzbu i... receptę na maść”. O samborskiej rodzinie Małankiewiczów wspominał także Artur Sandauer, którego rodzina po likwidacji getta przez pewien czas znalazła tam schronienie. Tak w książce pt. „Byłem” o nich wspominał: „Nad ranem stanęliśmy przy bramie gospodarstwa Małankiewiczów. Brama była otwarta, u sąsiadów grało już radio. Weszliśmy do stajni i usiedliśmy obok krowy. Gospodyni, która weszła tam na ranny udój, ujrzawszy nas, zemdlała. Nie spodziewała się, że żyjemy. Brat – powiedziała nam – jest u nich w oficynie. Spotkania z bratem nie muszę chyba opisywać... Małankiewiczowie umieścili nas początkowo w stogu siana, a Jan Małankiewicz zabrał się natychmiast do budowy schronu”.

Miejsce egzekucji Żydów samborskich

W 1942 r. Lola Engel pomogła synom swojej przyjaciółki wydostać się z getta w Drohobyczu. Lola przewiozła ich do Sambora, do Franciszki Langer. Kobieta zgodziła się ukryć chłopców w ogrodowym schronie, gdzie przechowywali się Żydzi. Duża grupa ukrywających się osób nie mogła być niezauważona przez Niemców. By uratować swoją rodzinę, Bożena Langer przyznała się do ukrywania Żydów. Została aresztowana i zastrzelona. Razem z nią zginęła Lola Engel. Oszczędzono pozostałych członków rodziny i ukrywanych.

Obok świeckich akcje ratowania Żydów podejmowały żeńskie zgromadzenia zakonne rozsiane po powiecie samborskim. Rzymskokatoliccy kapłani wydawali Żydom fikcyjne świadectwa chrztu, które pomagały im przetrwać okupację. Tak oto siostry albertynki w Samborze prowadziły przytulisko miejskie dla nieuleczalnych starców, do którego w czasie okupacji niemieckiej zostało podrzucone dziecko żydowskie, którym siostry się opiekowały przez rok, a następnie niemowlę zostało oddane bazyliankom, zajmującym się dziećmi.

Najbardziej bohaterską postawę przyjęły siostry Franciszkanki Rodziny Maryi, które w okresie II wojny światowej pracowały w Łomnej, Samborze, Wołczu, Wysocku Wyżnem i Turce. W Łomnej siostry prowadziły zakład naukowo-wychowawczy dla dziewcząt. Wiadomo, że w zakładzie przechowywało się 24 dzieci żydowskich. Niemcy niejednokrotnie przybywali do zakładu celem rozpoznania żydowskich dzieci. Wśród dzieci było 22 dziewczynki z Warszawy i jeden chłopiec. Była tu także 11-letnia córka żydowskiego lekarza z Turki. Umieścił ją ojciec, matkę Niemcy zastrzelili. Przechowywanie tej dziewczynki było dużym ryzykiem, gdyż mieszkańcy Łomny doskonale znali lekarza Żyda z Turki i w każdej chwili ktoś mógł donieść o tym fakcie Niemcom. Jednak wszystkie te dzieci ocalały. Córka lekarza żydowskiego z Turki po wojnie wyjechała do Kanady.

W samborskiej ochronce sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w czasie okupacji niemieckiej ukrywane były dzieci żydowskie i troje romskich. Akcja ta wiązała się z dużym ryzykiem. Siostry, mimo tak trudnych chwil, uratowały 10 żydowskich dziewczynek. Jedna z nich imieniem Urszula przyjechała z Łomny. W sierocińcu sióstr przyjęła chrzest. Wieczorami pod dom klasztorny przybywali rodzice dzieci żydowskich, pytając, czy są na miejscu.

Jak opowiadała jedna z sióstr samborskiego klasztoru, „kiedyś szłam z dziećmi na przechadzkę do ogrodu na „Zrąb” za dom. Jeden Niemiec stanął i obserwował dzieci. W pewnym momencie wskazując na Żydóweczkę, powiedział: „to Żydówka”. Zabrałam zaraz tę dziewczynkę, bawiła się w kółeczko i nie zwracałam uwagi na Niemca. Dziewczynka ta była córką lekarza Żyda z Sambora. Znałam go dobrze, bo sama wychowywałam się w Samborze. Gdy Niemcy prowadzili jej rodziców na rozstrzelanie na „okopisko”, dziewczynka ta wybiegła z szeregu i schowała się za krzakami. Później przybiegła do siostry przełożonej Celiny Kędzierskiej i powiedziała: „Siostra będzie moją mamą, ja nie mam już rodziców”. Była to bardzo rozsądna dziewczynka”.

Cmentarz żydowski w Starym Samborze

Warto przy tej okazji przytoczyć wspomnienia jednej z uratowanych dziewczynek: „72 lata temu biegała po ulicach Sambora mała 9-letnia dziewczynka. Była skazana na śmierć i o tym wiedziała. Jej zbrodnia? Urodziła się jako Żydówka; poprzedniego wieczora Niemcy znaleźli ją i jej rodziców u państwa Patralskich na strychu. Rodziców rozstrzelali na ulicy, a ona ocalała dzięki jej ojcu, który rzucił się na jednego z Niemców, a do niej krzyknął, by uciekała. Instynktownie rzuciła się do ucieczki, słyszała strzały, krzyk matki, jeszcze strzały i zapadła cisza. Nie miała już rodziców. Straciła ojca, szlachetnego człowieka, który będąc lekarzem z powołania niejednemu uratował życie, i matkę, która zawsze była gotowa do pomocy drugiemu człowiekowi. Teraz była samiuteńka na świecie. Szukała pomocy, ale nie znalazła. Ludzie reagowali rozmaicie. Jedni współczuli, ale się bali udzielić schronienia, bo za pomoc dla Żyda groziła kara śmierci. Innym życie żydowskiego dziecka było obojętne, a niektórzy nawet już obliczali, co dostaną od Niemców za jej wydanie. Widząc, że nie znajdzie wsparcia, ukryła się w ogrodzie opuszczonego starego domu i zasnęła. Gdy się obudziła nad świtem, jakby cudem pojawił się jej przed oczami obraz rodziców i przypomniała sobie o s. Celinie Kędzierskiej, która za czasów rosyjskich była pacjentką jej ojca – miała uczucie, że tylko ona ją uratuje. A więc wybrała się w drogę do sierocińca, gdzie s. Kędzierska była przełożoną. „To była najsamotniejsza droga mego życia – opowiada – czułam się jak istota z innej planety”. Kiedy doszła do sierocińca, mimo że żołnierze niemieccy kręcili się po podwórzu, weszła do biura s. Kędzierskiej i powiedziała: „Mateczko, nie mam już rodziców, bądź moją matką”. Siostra Kędzierska pogłaskała ją po głowie i powiedziała: „Dziecko, tu jesteś bezpieczna”. Potem zawołała siostrę ekonomkę i kazała zaprowadzić ją do szpitalnego pokoju, gdzie s. Helena zbadała ją i kazała leżeć przez dzień lub dwa. S. Kędzierska ukrywała 11 żydowskich i 3 cygańskich dzieci, które z narażeniem swego i wszystkich sióstr życia uratowała od zagłady. Bóg zapłać Ci, Mateczko, za Twoje poświęcenie i odwagę – uratowałaś mi życie, ale także moją wiarę w człowieka!”.

Tablica pamiątkowa s. Celiny Kędzierskiej na fasadzie dawnego klasztoru sióstr franciszkanek rodziny Maryi w Samborze

W kolejnym wspomnieniu Henrieta Anna, uratowana Żydówka, tak relacjonuje: „Kochane siostry! Wspominając czasy w ochronce trudno nie mieć największego szacunku i podziwu dla postawy przełożonej Celiny Kędzierskiej i jej sióstr. Nawet w teraźniejszych czasach prowadzić zakład dla 100 dzieci, od niemowląt do podlotków, nie jest łatwe, a co dopiero podczas wojny i twardej, okrutnej okupacji. S. Celina Kędzierska i jej towarzyszki nie tylko walczyły, by wyżywić, ubrać, wychować i wykształcić swoich wychowanków, ale jeszcze wzięły na siebie ratunek cygańskich i żydowskich dzieci, a czyniły to pod nieustanną groźbą śmierci, gdyby je zadenuncjowano.

Przypominam sobie, jak prawie do nocy paliło się światło w szwalni, gdzie siostry po wieczornej modlitwie szyły, cerowały i łatały ubrania. Jak ciężko pracowały na polach i w małym gospodarstwie klasztornym (wspomagane przez starsze dzieci). Mimo że pożywienia było mało, to jednak dawało nam, dzieciom, możność przeżycia. (...) Mimo ciężkich czasów były też radosne chwile. Pamiętam jak podczas świąt s. Kędzierska siadała do fortepianu i śpiewała wraz z Józką, 15-letnią dziewczyną o pięknym głosie, a potem śpiewaliśmy wszyscy chórem. Pamiętam Boże Narodzenie, kolędy i wspaniały deser – kutię. Pamiętam, jak od czasu do czasu s. Kędzierska przechodziła między dziećmi i częstowała je cukierkami. Pamiętam Staszka, małego chłopca, który ślicznie grał na fortepianie. S. Celina odkryła jego talent i dawała mu lekcje. Pamiętam, jak przed wejściem rosyjskiego wojska do Sambora miasto było ostrzeliwane; dzieci się przeraziły i wpadły w popłoch. Nagle pojawiła się s. Kędzierska. Spokojnie kazała się ustawić według wieku, najmłodsze na przedzie, i zejść do piwnicy; ona zeszła ostatnia wraz z partyzantami, których ukrywała na strychu, a którzy znieśli dzieci ze żłobka. Gdy padały pociski s. Kędzierska kazała nam głośno śpiewać.

Gdy Rosjanie weszli do miasta, siostry musiały opuścić ochronkę. Mieszkały w małym pomieszczeniu, gdzie odwiedzaliśmy je, chodząc do szkoły. Ostatni raz, kiedy widziałam s. Kędzierską, była już bardzo chora i ledwo mówiła. Odjeżdżałam do Polski. Na pożegnanie powiedziała mi: „Nie zapomnij być dobrym człowiekiem”. Starałam się, siostro, ale nigdy Ci nie dorównam”.

Przytoczone relacje stanowią jedynie cząstkę wielkiego dzieła, jakim było ratowanie życia ludzkiego, dokonanego przez polską ludność na terenie powiatu samborskiego. Wiele świadectw podobnych heroicznych czynów zostało niestety utraconych wraz ze śmiercią ostatnich świadków tamtych wydarzeń, inne jeszcze ciągle oczekują na wydobycie na światło dzienne i opracowanie naukowe.

Marian Skowyra
Tekst ukazał się w nr 7 (299) 13-24 kwietnia 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.