Jak Polacy Charków budowali. Część XXV

-a A+

Charkowskie losy dzieci wygnańców I wojny światowej

Wybuch I wojny światowej przyniósł ogromne spustoszenie. Na terenie Galicji i Królestwa Polskiego wywołał niepokój wśród ludności cywilnej. Ludzie podejmowali decyzję opuszczenia miejsc zamieszkania w obawie przed zbliżającymi się działaniami wojennymi, co zrodziło ruch migracyjny. Od wiosny 1915 roku drogi zapełniły się wygnańcami. Tułaczy los podzieliły dziesiątki i setki tysięcy ludzi, którzy straciwszy dorobek całego życia, udawali się w nieznane.

W publikacji pt. „Uchodźcy polscy w księgach metrykalnych parafii rzymskokatolickich archidiecezji i diecezji tyraspolskiej” autorzy tak relacjonowali ruch migracyjny: „Masowa przymusowa migracja ludności, pozbawiona jakiejkolwiek organizacji, doprowadziła m.in. do sparaliżowania szlaków komunikacyjnych. Przepływ ludzi odbywał się również bez zapewnienia przez władze rosyjskie elementarnej pomocy, zwłaszcza wystarczającej ochrony sanitarnej. Katastrofalne warunki higieniczne prowadziły do szerzenia się wśród ludności uchodźczej epidemii chorób zakaźnych, a w konsekwencji do śmierci tysięcy uczestników wygnańczego exodusu”.

Najbardziej narażone na zachorowanie i śmierć były dzieci. Dokładna analiza dokumentów archiwalnych i opracowań ukazuje ogrom tragedii w odniesieniu do dzieci, które doświadczyły gehenny, zgotowanej im przez zwaśnione strony.

Dorośli, po szybkim zebraniu uratowanego dobytku, przygotowywali do podróży wozy, na które kładziono zmienne ubranie, paszę dla bydła i najbardziej potrzebne narzędzia. Na wozach, zaprzęgniętych w konie lub psy, jechały dzieci. Chcąc oszczędzać konie, dorośli szli pieszo. Jak podawała L. Żwanko na temat losu kobiet: „Droga dla uciekinierki była prawdziwym wypróbowaniem. Kobieta rodziła i grzebała swoje dzieci. Jej szlak był naznaczony górkami zmarłych w drodze niemowląt i starych rodziców”. Zachowała się jedna relacja z jesieni 1915 roku, która opowiadała: „W ciągu dnia i nocy płakało, nadrywając się, niemowlę. Było zachrypnięte od krzyku, zsiniałe, ruszało chudymi, zzieleniałymi nóżkami. Przesuwało nimi i już nie płakało, a stękało, jak dorosły. Mama ze zmęczonym, zapłakanym obliczem krzyczała: „Umrzyj! Nie mam mleka! Oh! Nie mogę już. Schwytawszy się za głowę – błagała: „Już tak dalej nie mogę! Boże zabierz go! Już nie mogę!”. Nocą dziecko niespodziewanie zmarło. Już więcej nie krzyczało. Nie ruszało nóżkami. Matka siedziała nad martwym ciałkiem i biła głową o ścianę”.

Pracownica jednego z punktów postoju opowiadała następującą historię: „Schyliłam się nad dzieckiem i w szoku odstąpiłam: wychudzone oblicze było pokryte charakterystyczną wysypką. „Pani dziecko ma odrę” – powiedziałam. Kobieta przycisnęła jasną główkę dziecka do piersi. „Troje starszych pochowałam po drodze, ona jedna mi została, moja maleńka” – zawołała kobieta. Głuchą ciszę przerwały skargi innych na przeżyte tragedie. „Póki jechaliśmy, oddałem ziemi pięcioro dzieci”. „Syna nawet nie zdążyłam pochować, tak na drodze pozostał, może dobrzy ludzie znajdą i pochowają”. „Ja pozostawiłem chorą żonę w mieście, nazwy jego już nie pamiętam, a pojechałem sam z maleńkimi dziećmi”. Zmarłych w drodze nikt nie liczył”.

To jedynie nieliczne relacje, które ukazują tragizm dziecka I wojny światowej. W trakcie drogi wygnańcy spotykali się z nieprzyjaznym nastawieniem miejscowej ludności, gdyż podróżujących porównywano do szarańczy, zmiatającej wszystko po drodze. Rzeczywiście ludzie z głodu i rozpaczy rzucali się na wszystko, co mogło ulżyć ich doli. Niszczono płoty, którymi starano się ogrzać zmarzniętą rodzinę. Kradziono siano dla bydła, koni, a także żywność dla wygłodzonych dzieci.

Najtrudniej było samotnym matkom, których mężowie zmarli lub wcześniej otrzymali pobór do wojska. Wszędzie, gdzie przybywały, starały się zdobyć pożywienie i odzież dla dzieci. Wiadomo, że 3 marca 1915 roku do Charkowa przybyło 37 kobiet ze 148 dziećmi, w wieku od 1 miesiąca do 16 lat. Następnie w dniach od 28 lutego do 15 marca do Charkowa przybyło 806 dzieci, z których 404 było wiekiem poniżej siódmego roku życia.

Dla dzieci sierot i niepełnosprawnych na terenie Imperium Rosyjskiego przez rządowe i charytatywne towarzystwa zostały zorganizowane sierocińce. Ważną funkcję pełnił polski Wydział Opieki nad Dziećmi, powstały w listopadzie 1915 roku przy Centralnym komitecie Obywatelskim w Rosji, którego głównym celem była akcja ratowania polskich dzieci oraz czuwanie nad nauczaniem dzieci i dorosłych. Słuszność powstania takiej organizacji uzasadniano w następujący sposób: „Spośród ludności wygnańczej najwięcej niewątpliwie ucierpiały dzieci. Młodsze poniżej 6 lat, w ogromnej liczbie, wprost wymierały z wycieńczenia. Wiele dzieci pozostawało sierotami. Inne skazane były na zdziczenie i wynarodowienie wśród obcego otoczenia. Mnóstwo dzieci polskich było po klasztorach prawosławnych. Bardzo wiele dzieci już parę miesięcy po opuszczeniu kraju zaczynało mówić po rosyjsku, pod wpływem obcowania z dziećmi rosyjskimi na ulicach, gdzie przebywały dłużej niż w domu. Ubożsi rodzice, nawet mający niejakie zarobki, nie umieli dać dzieciom ani części tej opieki fizycznej i moralnej, jaką miały one w kraju – w swoich wsiach rodzinnych. Zorganizowanie wielkiej akcji opieki nad dziećmi stało się przeto rzeczą konieczną, ażeby choć w części zażegnać straty, wynikłe w tej mierze z opuszczenia kraju”. Członkowie zatem tego stowarzyszenia w głównej mierze zajmowali się poszukiwaniem w rosyjskich placówkach dzieci polskiego pochodzenia wraz z poszukiwaniem możliwości „gorliwego zajęcia się” tymi dziećmi.

W rosyjskich ośrodkach umieszczano dzieci zagubione lub te, które straciły rodziców. Sierocińce i domy dziecka z Królestwa Polskiego oraz Galicji likwidowano. Przywożone do Charkowa dzieci w pierwszej kolejności były rejestrowane, a następnie rozsyłane do różnych nowych sierocińców. Często w ten sposób rozłączano rodzeństwo. Takie sytuacje miały miejsce nawet mimo ogromnych starań miejscowych Polaków, aby ratować najmniejszych, bezbronnych.

W nowej sytuacji w rosyjskich domach dziecka dzieci były poddawane rusyfikacji. Można dziś śmiało powiedzieć, że obecnie w Charkowie i innych miastach, dokąd kierowano sieroty, wciąż mieszka wielu Polaków, nieświadomych swojego pochodzenia i narodowości. Tak, dla przykładu, w grudniu jeszcze 1914 roku do Charkowa przybył pociąg ze Lwowa, którym przywieziono 77 dzieci-sierot w wieku od 2 do 18 lat. Wykazy dzieci zostały spisane we Lwowie, kolejna rejestracja odbywała się już w Charkowie. Dzieci znały często jedynie swoje imię i w rejestrach zapisywano tylko np.: „Józef, Polak, katolik”. Dalej los takiego dziecka całkowicie zależał od miejscowej władzy. Odnośnie do dzieci sierot z Galicji postanowiono, aby 38 oddać na wychowanie do rodzin zastępczych, a 39 umieszczono przy prawosławnych klasztorach, poddanych szczególnej trosce prawosławnego arcybiskupa Antoniego. Trudno dziś jednoznacznie ocenić rolę tego hierarchy i motywy jego działania. Jednak po 1917 roku te i inne dzieci zostały zrusyfikowane i pozbawione własnych korzeni. Oczywiście nie był to pojedynczy przypadek transportu dzieci-sierot na Ziemię Słobożańską.

Według danych z 1916 roku w 17 charkowskich sierocińcach przebywało 786 polskich dzieci. Natomiast jeden z dokumentów Państwowego Archiwum Charkowskiego Województwa informował, że pod koniec 1916 roku w 12 sierocińcach na terenie województwa znajdowało się 881 polskich dzieci. Sześć z tych sierocińców należało do Centralnego Komitetu Obywatelskiego. Dwa z tych przytułków znajdowało się w Bohoduchowie i po jednym w Sumach, Biłopilli, Kupiańsku i Wołczańsku. W tych domach ogółem przebywało 155 dzieci.

Dzieci z Galicji oddane pod opiekę prawosławnego biskupa Antoniego w Charkowie (z archiwum autora)

Wiele na temat polskich dzieci-wygnańców w Charkowie podawały miejscowe gazety, w tym szczególnie „Jużnyj Kraj”, która podając statystykę od lipca 1915 do 1 stycznia 1916 roku informowała, że przez Charków w tym czasie przeszło ponad 180 000 wygnańców, z tego 26 694 osoby pozostały w mieście. Z tego w tym okresie zmarło 30 dorosłych i 136 dzieci. Dane wydają się być daleko nieprecyzyjne. W kolejnych numerach tej gazety spotykamy informacje o otwarciu sierocińca dla dzieci w Pomerkach, a także przy bałaszowskim dworcu kolejowym, gdzie na początku czerwca 1916 roku była erygowana szkoła-sierociniec dla dzieci sierot i dzieci ulicy, mieszcząca ok. 80 osób.

Nie brakło też gestów wielkiej dobroczynności. Tak oto 25 sierpnia 1916 roku charkowski kupiec niejaki G. Golberg przekazał miejsce oraz odpowiednie fundusze na wybudowanie sierocińca dla dzieci-sierot, ofiar wojny. Brak dalszych wiadomości na temat sfinalizowania tego dzieła. Wiadomo jedynie, że w maju 1917 roku w Charkowie powstał dom matki i dziecka, gdzie także przyjmowano porzucone niemowlęta. Podobnie też na kanwie innych publikacji tego czasu można przeczytać suche, przepuszczone przez krytykę, informacje.

Brak w wydaniach gazetowych opisu placówek, w których znajdowały się dzieci. O charkowskich domach dziecka można dowiedzieć się z zachowanych dwóch listów z dnia 24 i 26 maja 1916 roku niejakiego chłopca Piotra Sacharuka z domu dziecka na Starym Sałtowie pod Charkowem, które zachowały się w Rosyjskim Państwowym Wojskowo-Historycznym Archiwum. Sacharuk tak w nich pisał: „Jest mi tu źle i bardzo tęsknię. Tutaj chłopców biją bardzo silnie, jeśli cokolwiek zrobią, tak 30 plotek, krew leje się, ja jeszcze nie zasłużyłem ani razu”. W podobnym duchu był pisany i kolejny list.

Należy zauważyć, że w guberni charkowskiej znajdowało się trzy takie państwowe sierocińce: Wielkobłudzki, Chatniański i największy znajdujący się na Starym Sałtowie, gdzie mieszkało ponad 60 chłopców.

Dzieci, które dotarły do miejsca przeznaczenia i pozostawały wraz z rodzicami, dzieliły tułaczy los. W Charkowie mieszkały w wynajętych mieszkaniach lub w drewnianych barakach w pobliżu bałaszewskiego dworca kolejowego. W nowych warunkach i sytuacji geopolitycznej wygnańcy starali się w miarę możliwości prowadzić normalne życie. Zakładali rodziny, borykali się z trudnościami finansowymi, wychowywali dzieci oraz grzebali swoich zmarłych.

We wspomnianej już publikacji na temat uchodźców polskich autorzy stwierdzali, że „O ile wiele osób nie miało wpływu na kres swojego życia doczesnego, to pomimo oderwania od miejsc stałego zamieszkania w Królestwie Polskim decydowano się na zakładanie rodzin. Zdarzały się przypadki, że w trakcie tułaczej drogi w głąb Rosji dochodziło do poznania przyszłego męża lub żony. Bardzo często właśnie daleko na wschodzie decydowano się na zalegalizowanie związku małżeńskiego. Stąd analizując informacje o zawartych małżeństwach można się przekonać, jak pobyt na wychodźstwie łączył w rodziny np. osoby z różnych zakątków Królestwa Polskiego. Paradoksalnie, gdyby nie przymusowy wyjazd na wschód, to losy wielu osób potoczyłyby się zupełnie inaczej”. Ta też sytuacja sprawiała, że wielu decydowało się na zwiększenie własnej rodziny. Z jednej strony, niektórzy członkowie rodzin decydując się na urodzenie dziecka chcieli rekompensować stratę dziecka lub dzieci w czasie drogi. Z drugiej strony, mogło to też wynikać z pewnej stabilności materialnej, jaką osiągnęli wychodźcy. Zgodnie z zapisami metrykalnymi przy kościele parafialnym w Charkowie oraz w innych miejscowościach, gdzie znajdowały się tymczasowe drewniane kaplice mszalne, w 1915 ochrzczono 422 dzieci, a w 1916 ten sakrament otrzymało 927 osób. Można śmiało stwierdzić, że większość ochrzczonych była dziećmi wygnańców, gdyż w 1899 roku chrzest przyjęło zaledwie 46 dzieci, a w 1913 roku 184 dzieci.

Autorzy cytowanej publikacji wskazują także na wysoki procent śmiertelności wśród dzieci. „Obok radości z narodzonego dziecka nierzadko dochodziło do dramatycznych wydarzeń – śmierci niemowlęcia, a niekiedy nawet kilkorga dzieci w jednej rodzinie wskutek nieuleczalnych w ówczesnych czasach chorób”. Powyższą hipotezę potwierdzał również rosyjskojęzyczny „Wykaz dzieci-uciekinierów, sierot i zgubionych rodziców”, wydany w Moskwie 1916 roku, gdzie zawarto informację o dzieciach w sierocińcach w Imperium Rosyjskim. W metrykach kościelnych rzymskokatolickiej parafii w Charkowie zapisano, że w 1916 roku ogółem zmarło 924 osoby. W tym nie osiągnąwszy 18 roku życia odeszło 372 osoby, czyli ponad 40 procent od ogólnej liczby zgonów. W tej liczbie dzieci do pierwszego roku życia zmarło 145, w wieku od 1 do 7 roku życia – 148, a w wieku 8–18 lat 79 osoby. Podobna statystyka miała miejsce w roku poprzednim.

Miejscowi Polacy w tym czasie zabiegali także wszelkimi sposobami o godziwe warunki dla tych dzieci. Starano się, by nie było przerwy w edukacji, z tej też racji organizowano szkoły i lekcje, drukowano polskie książki, o czym będzie mowa w kolejnych artykułach.

Przedstawione wyżej zagadnienie potrzebuje dalszego naukowego opracowania, gdyż autor ma świadomość, że to zaledwie próba uchylenia rąbka ogromnego tematu, jakim jest tragizm i zagubienie dziecka polskiego na terenach dawnego Imperium Rosyjskiego w czasie I wojny światowej. Można zatem mieć nadzieję, że w najbliższym czasie będą powstawać nowe opracowania naukowe w oparciu o licznie zachowane materiały archiwalne w Charkowie, Moskwie i Petersburgu, które są coraz bardziej dostępne dla badaczy.

Marian Skowyra
Tekst ukazał się w nr 6 (298) 27 marca – 12 kwietnia 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.