Losy polskich zesłańców w Kazachstanie

-a A+

Wiosną i na jesieni 1936 roku na terenie Ukraińskiej SRR przeprowadzono operację „oczyszczenia” pasa przygranicznego z Polską z „polsko-niemieckiego elementu nacjonalistycznego”.

„W 2016 roku mija 80. rocznica deportowania przez władze Związku Sowieckiego ludności polskiej z terenów przygranicznych Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej do Kazachskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. W wyniku dwóch dużych przesiedleń na azjatyckie stepy trafiło ponad 60 tysięcy Polaków. Był to jeden z elementów terroru rozpętanego przez NKWD głównie w latach trzydziestych XX wieku wobec ludności polskiej zamieszkującej na terenach dawnej I Rzeczypospolitej znajdujących się ówcześnie w Związku Sowieckim” – to są słowa z Uchwały Senatu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 17 marca 2016 r. w sprawie 80. rocznicy pierwszej deportacji ludności polskiej do Kazachstanu.

Wiosną i na jesieni 1936 roku na terenie Ukraińskiej SRR przeprowadzono operację „oczyszczenia” pasa przygranicznego z Polską z „polsko-niemieckiego elementu nacjonalistycznego”. Pod owo pojęcie podciągano: tzw. polski kontrrewolucyjny element nacjonalistyczny, aktyw kościelny, kułacki element kontrrewolucyjny, byłych uczestników organizacji antybolszewickich z czasów wojny domowej, byłych członków Polskiej Organizacji Wojskowej, byłych ziemian i szlachtę, osoby zajmujące się agitacją antyradziecką.

Za podstawę działań przyjęto wytyczne uzyskane z Moskwy, dotyczące wysiedlenia do Kazachstanu nie mniej niż 15000 polskich i niemieckich rodzin. Badacze na podstawie dostępnych materiałów szacują łączną liczbę Polaków deportowanych na około 60 000 osób. Potomkowie wysiedlonych Polaków, pomimo licznych deklaracji płynących z Polski, dotychczas nie powrócili do swej historycznej ojczyzny – do Polski. W tym roku Polacy z Kazachstanu oraz Ukrainy obchodzą 80. rocznicę deportacji swoich przodków.

15 grudnia 2015 roku podczas spotkania prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy w Akademii Dyplomatycznej przy MSZ Ukrainy w Kijowie z przedstawicielami społeczności polskiej z całej Ukrainy, miałem ogromny zaszczyt rozmawiać z Prezydentem na temat 80. rocznicy Pierwszej Deportacji Polaków do Kazachstanu. Dzieliłem się swym bolesnym świadectwem o tym, że jestem synem i wnukiem polskich zesłańców, ponieważ moi rodzice Edmund Kuczyński i Janina Więgłowska, jak wiele tysięcy innych Polaków, zostali zesłani jako dzieci wraz ze swymi rodzinami do Kazachstanu. Przesiedlono ich w 1936 roku z pasa granicznego z Wołynia Wschodniego, czyli z Żytomierszczyzny.

Lata trzydzieste XX w. zapisały się w dziejach Polaków mieszkających na wschód od granic II Rzeczypospolitej, na tzw. dalszych Kresach, jako dekada szczególnie dramatycznych doświadczeń. Polacy byli pierwszą mniejszością narodową w ZSSR, która była poddana grupowym represjom w latach 1936–1938, w oparciu o przynależność narodową, a nie klasową. Doświadczali represji właśnie jako grupa narodowa – polska. O tym można przeczytać w zaświadczeniu o rehabilitacji wydanym przez prokuraturę Kazachstanu dnia 29.12.1995 roku mojemu ojcu Edmundowi Kuczyńskiemu, „urodzonemu w 1930 roku w wiosce Bykowka Marchlewskiego rejonu Żytomierskiego obwodu, został przesiedlony bezprawnie według motywów narodowych w roku 1936 razem ze swoimi rodzicami w wieku 6 lat”.

Warunki materialne i klimatyczne, w jakich znaleźli się Polacy, zesłani do Kazachstanu były nadzwyczaj trudne. Jak potem wspominali moi rodzice i dziadkowie, rozmieszczono ich na terytorium, gdzie wcześniej nie było żadnych osad. Zakładano więc w stepie osady, które najczęściej nosiły nazwę numeryczną tzw. punkt (toczka). Dopiero później zaczęto nadawać nazwy własne – Zielony Gaj, Pietrowka (wcześniej toczka numer 13) oraz inne.

Jak wspominał mój ojciec Edmund Kuczyński: „Rodzice w tym czasie pracowali w miejscowym kołchozie. Przeżyli rewolucje, wojnę światową oraz domową, wielki głód i kolektywizację. Nie brali aktywnego udziału w wydarzeniach tych lat, ciężko pracowali uprawiając ziemię, mając nadzieję na poprawę sytuacji. W czasie kolektywizacji „dobrowolnie” oddali do kołchozu prawie całą ziemię, konie, krowy itp. Następnie władza pod pretekstem różnych podatków okradała ich, zabierając prawie wszystko, co udało im się wyhodować na swojej ziemi i we własnym gospodarstwie. Niekiedy udało im się przeżyć dzięki lasom, gdzie zbierali jagody i grzyby. Nie zważając na przestrzeganie prawa oraz pracę w kołchozie, jesienią (we wrześniu) 1936 roku naszą rodzinę, czyli rodziców i nas, pięcioro dzieci (oprócz mnie były jeszcze cztery siostry), w nocy przymusowo wysiedlono ze swego domu i przymusowo wywieziono w step do północnego Kazachstanu pociągiem towarowym. Na zebranie majątku dano jeden dzień, dozwolono na zabranie niewielkiej ilości majątku, zwierząt i ptactwa. Dokąd wiozą i na jak długo – nam nie mówiono, dokumentów nie dano. Rodzice spodziewali się, że wrócą po kilku latach, na początku sądzili, że po 5, następnie, że po 10 latach. Wieźli przez miesiąc przez cały Związek Radziecki. Po drodze ludzie zaczynali chorować i umierać. Od samego początku i do ostatniego punktu przeznaczenia (punkt nr 13”, potem nazwany – wieś Pietrowka, obserwowali nas uzbrojeni strażnicy, a w Piotrówce przekazali nas komendantowi NKWD”.

Mimo braku możliwości ucieczki, osadników poddano surowemu reżimowi. Ich status, jako spec. przesiedleńców oznaczał ograniczenie wolności osobistej i zobowiązywał do meldowania się u komendanta NKWD; obowiązywały specjalne regulacje prawne, zakazujące np. swobodnego poruszania się. Zabroniono korespondencji z najbliższymi.

Janina Węgłowska wraz ze swoimi braćmi Bronisławem i Władysławem oraz ojcem Janem na pogrzebie swoje matki w Kazachstanie (archiwum prywatne autora)

Jak wspominał mój ojciec: „Osiedlono nas w miejscowości Tainczyńskiego rejonu na północy Północno-Kazachskiego obwodu, 60 km od stacji kolejowej Taincza. Do niniejszej miejscowości w pustym stepie miesiąc przed naszym przesiedleniem we wrześniu 1936 roku wywieziono młodych mężczyzn również polskiego pochodzenia i nakazano budowę ziemianek. Lecz nie zdążyli wybudować większej ilości ziemianek. Gdy przyjechaliśmy, mieszkaliśmy po trzy rodziny w jednej niedobudowanej ziemiance z jednym pomieszczeniem. Gdy kładliśmy się spać, to przejść już nie było można. Zbliżała się zima. Nawet opału nie było. Zbieraliśmy słomę i różne śmieci, by w zimie ogrzewać pomieszczenie i gotować jedzenie. Wielu dorosłych i dzieci zmarło w pierwszych latach zesłania, wielu zachorowało na nieuleczalne w tamtym czasie choroby. W 1939 roku zmarła jedna z moich sióstr – najmłodsza Maria”.

Bardzo ciężko było z zaopatrzeniem w żywność, nawet chleb był dostarczany bardzo nieregularnie, w ogóle nie było warzyw, owoców, stąd masowe choroby. Dużym kłopotem było zdobycie opału. Jak wspominała potem moja matka Janina z domu Więgłowska, dorośli wieczorem po pracy razem z małymi dziećmi zbierali kiziaki (suszone odchody zwierzęce – red.) w stepie, służące jako opał, ponieważ drewna nie było. Nauka dla dzieci nie była organizowana, nauczycieli języka polskiego traktowano w Kazachstanie jako głównych kontrrewolucjonistów polskich, wzywano ich ciągle do NKWD na przesłuchania, jak wspominała matka, jej stryj Aleksander Więgłowski, nauczyciel języka polskiego, został zamordowany w Kazachstanie przez NKWD podczas przesłuchania. Polacy wytrwali dzięki olbrzymiemu hartowi ducha i pomocy Kazachów. W przetrwaniu najgorszego Polakom pomogła wiara katolicka. Przywieźli ze sobą książeczki do nabożeństwa. Z uwagi na brak księży, życie religijne organizowały kobiety. Od babci do matki, od matki dzieciom, tak było i w naszej rodzinie.

Wspominała potem moja matka Janina Więgłowska: „Klimat wydawał się bardzo ciężki. Na Żytomierszczyźnie ludzie przyzwyczajeni byli do lasów i rzek. Natomiast północny Kazachstan przywitał ich bezmiernym stepem, nagłymi zmianami temperatur, silnymi wiatrami zimą, niekiedy nawet przez tydzień. Rzeczy, jakie przywieźli ze sobą, wymieniali na jedzenie, do czasu gdy było co wymieniać. Osłabiona odporność, nowe choroby, brak pożywienia doprowadziły do tego, że w czasie pierwszej zimy zmarło wielu ludzi”.

Na zesłaniu Polacy wiele wycierpieli – głód, epidemie, ciężkie warunki życia i pracy. Moja babcia po mamie Katarzyna Więgłowska za ciężką pracę otrzymywała odznaczone przepracowane dni. A w domu było pięcioro głodnych dzieci. W zimie po pracy, pod karą sądu, z ziemi spod młocarni wykuwała kawałki lodu z zamarzniętymi ziarnami, chowała pod ubranie i niosła dzieciom. Tym żyli – gotowali kaszę, piekli placki. Przez lód babcia się przeziębiła i zaczęła chorować na reumatyzm. Ostatnie 10 lat życia nie chodziła. Moja mama z młodszym sześcioletnim bratem Bronisławem chodziła zimą 10 km po kłosy. W nocy, w mroku, dlatego iż było to zabronione, niekiedy i spod grubej warstwy śniegu odrywali z ziemi kłosy, które zostawały czasem w polu po zbiorach. Dwoje młodszych – brat i siostra mojej mamy zmarło. W czasie wojny, podczas pracy na Uralu, na budowie fabryki tata mojej mamy Jan Więgłowski pokaleczył się – spadła na niego belka, powrócił do Kazachstanu by umrzeć, ale przeżył.

Mój ojciec wspominał: „Mój tata Henryk Kuczyński również był w tej pracy w mieście Niżny Tahil, na początku pisał listy. Ale co tam i jak robią, myśmy nie wiedzieli. Potem od ludzi z naszej wsi, którzy również byli tam zesłani i powrócili, dowiedzieliśmy się, że budowane tam były fabryki zbrojeniowe i właśnie tam zginął mój ojciec. Od władz nie otrzymaliśmy żadnej informacji dotyczącej jego śmierci”.

Kiedy utworzone zostało Wojsko Polskie, brano do niego przesiedleńców Polaków. Mojego wujka Franciszka Hagalewskiego nie wzięto do wojska, choć dwóch jego braci Antona i Mateusza wzięto. Tak zmuszony był do wręczenia korzyści majątkowej, by został wzięty na wojnę w szeregach Wojska Polskiego. Wujek Anton Nagalewski opowiadał, że po wojnie pozostał w Wojsku Polskim w Polsce, i tylko w 1948 roku pojechał do Kazachstanu w celu odwiedzenia swoich krewnych. Bieda była tak ogromna, że w rodzinie był tylko jeden płaszcz dla wszystkich i na całą zimę. Pozostawił im swój płaszcz i w kitlu powrócił do wojska.

Moja rodzina w Kazachstanie wioska Pietrowka w roku 1962 ojciec Edmund Kuczyński matka Janina Węgłowska dziadek Jan Węgłowski oraz moje rodzeństwo (archiwum prywatne autora)

Mój ojciec wspomina: „Otrzymałem zaświadczenie z prokuratury o rehabilitacji, gdzie napisano, że ja z rodzicami byłem „przymusowo wysiedlony i „zostałem wpisany” na specjalną listę w organach NKWD do 1956 roku”. W rzeczywistości ten „spis” był tylko umęczeniem ludzi. By pojechać do sąsiedniego miasta bądź wsi, należało otrzymać zezwolenie w organach NKWD. Pracować można było tylko i wyłącznie w kołchozie, warunki życia były bardzo trudne, nie było nawet słodkiej wody, woda miała gorzko-słony smak. W paszportach widniało „przesiedleniec”, a przechowywane były u komendanta. Nawet posiadając w ręku taki paszport, nie można było przebywać w innych miejscach – zatrzymywali i odsyłali z powrotem. By uczyć się w technikum należało również otrzymać zezwolenie w organach NKWD, większość nie otrzymywała takowego zezwolenia. Niektórzy młodzi ludzie próbowali uciekać nawet w celu nauki, nie posiadając zezwolenia, lecz byli odnajdywani i odsyłani z powrotem”.

Nazywam się Włodzimierz Kuczyński, urodziłem się w 1958 roku w polskiej rodzinie w wiosce Pietrowka, w północnym Kazachstanie zamieszkanej przez zesłanych tam Polaków. W związku z przypadającą 80. rocznicą Pierwszej Deportacji Polaków do Kazachstanu zwróciłem się w imieniu swoim i wszystkich członków naszej polskiej organizacji w Sumach do Prezydenta RP Andrzeja Dudy o możliwość uczczenia pamięci wszystkich deportowanych Polaków przez uchwałę Senatu i Sejmu, z okazji szczególnie dramatycznych wydarzeń dla mniejszości polskiej zamieszkującej w latach trzydziestych XX wieku na wschód od granic II Rzeczypospolitej.

Włodzimierz Kuczyński
prezes Towarzystwa Kultury Polskiej w Sumach
Tekst ukazał się w nr 20 (288) 31 października – 16 listopada 2017

17/09/2017 08:38

80 lat temu rozpoczęto Operację Polską NKWD

Wciąż mało wiemy w Polsce o zbrodni NKWD na Polakach zamieszkujących Związek Sowiecki, o pracach historyków nad poznaniem tych mordów.

11/11/2017 07:29

Na Wyspach Sołowieckich

11 sierpnia 1937 roku w ZSRR rozpoczął się wielki terror. Miesiąc wcześniej komisarz Jeżow podpisał rozkaz NKWD nr 00485 o rozpoczęciu 20 sierpnia wielkiej operacji, mającej na celu całkowitą likwidację mitycznych struktur Polskiej Organizacji Wojskowej na terenie ZSRR. Tak rozpoczęła się tzw. „Polska operacja” NKWD.

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.