Mała bitwa wielkiej wojny

-a A+

W poprzednim odcinku pisałem o tym, jak w lipcu 1917 roku polscy ułani z oddziałów armii rosyjskiej uratowali Stanisławów przed rosyjskimi rabusiami.

Wdzięczny burmistrz Stanisławowa Antoni Stygar zaproponował kawalerzystom pozostanie w mieście i wstawiennictwo u władz niemieckich w sprawie rozformowania pułku. Dowódca ułanów odrzucił propozycję, tłumacząc się złożoną przysięgą. Ułani ruszyli w bój.

Zagrożenie dla Stanisławowa
24 lipca 1917 roku około godz. 15:00 pułkownika Mościckiego wezwano do sztabu 11 dywizji piechoty. Rozmowę gen. Pawła Sytina z dowódcą polskich Ułanów najlepiej zilustruje mapa.

Rosyjska 11 dywizja piechoty utrzymywała od zachodu front w Jamnicy, przez Pasieczną do Zagwoździa. Na południe od miasta stała 19 dywizja. To jej żołnierze nie wytrzymali niemieckiego natarcia, w panice opuścili okopy i zaczęli chaotyczną ucieczkę. Patrole raportowały o tym, że bawarska piechota zajęła wioskę Krechowce. W tym czasie pułki gen. Sytina wycofywały się na Tyśmienicę. Przed nimi była przeprawa przez Bystrzycę Sołotwińską, przemarsz przez miasto i kolejna przeprawa przez Bystrzycę Nadwórniańską. Gdyby Niemcy uderzyli od południa i zajęli przeprawę przez tę rzekę, cała 11 dywizja znalazłaby się w kotle. Dowódca dywizji jako jednostkę zdatną do walki miał jedynie pułk ułanów. Gen Sytin rozkazał ułanom osłanianie od południa wycofywanie się rosyjskich jednostek.

Sytin wiedział, że jest to zadanie niewykonalne, gdyż pułk składał się z czterech szwadronów, nie dysponujących uzbrojeniem ciężkim, i nie miał nawet karabinów maszynowych. Do obrony natomiast miał 4 kilometry – pomiędzy wioskami Krechowce i Opryszowce, w miejscu ataku niemieckich dywizji. Generał nie rozkazał, a poprosił płk Bolesława Mościckiego wstrzymać niemiecki atak przynajmniej przez godzinę, aby zyskać czas na przeprawę artylerii. Płk Mościcki zapewnił, że zrobi wszystko, by rozkaz wykonać.

Bitwa pod Krechowcami. Obraz Michała Byliny (ze zbiorów autora)

Atak pod Krechowcami
Wojska niemieckie liczebnie i uzbrojeniem kilkakrotnie przewyższały ułanów i z łatwością pokonałyby ich opór, gdyby ułani bronili się w okopach. Najważniejszym atutem kawalerii była szybkość i niespodziewany atak. Dlatego płk Mościcki postanowił nie wyczekiwać wroga, lecz uderzyć jako pierwszy. Przekazał szwadron 2. i 3. pod dowództwo ppor. Zygmunta Podhorskiego, 4. szwadron miał do obrony drogę polową na Radczę (dzisiejsza ul. Petlury), przechodzącą przez Dąbrowę (okolice magazynów lotniska). W rezerwie pozostał mu 1. szwadron, który rozlokował się koło więzienia (ul. Czornowoła 119a). Za punkt obserwacyjny Mościcki obrał sobie pagórek w parku, skąd miał widok na całe pole operacyjne.

Przeprowadziwszy swoje oddziały przez park, ppor. Podhorski zobaczył przed sobą olbrzymie pastwiska, pola kukurydzy i kilka chałup. W tym miejscu, gdzie dziś są bloki ulic Dowżenki i Lodowa Arena, była otwarta przestrzeń, dobrze przestrzeliwana z Krechowców. Ułani rozpoczęli atak, rozwijając się w tyralierę. Po przebyciu kilkuset metrów kawalerzyści natknęli się na stare okopy rosyjskie i dwie linie zasieków z drutu kolczastego, których nie widać było z drogi. Konie stanęły i stały się dobrym celem z Krechowców. Atak załamał się. Jednak po bliższym rozpoznaniu okazało się, że w zasiekach jest wiele przejść, które zrobiła miejscowa ludność, zwożąc zboże z pola. Ułani wykorzystali te przejścia i kontynuowali atak.

Nagle z wioski uderzyło kilka serii z karabinów maszynowych. Padli pierwsi ranni i zabici. Aby uratować swoich żołnierzy Podhorski skręcił na 90°, przeskoczył drogę i kontynuował atak jej prawą stroną. Niespodziewanie ułanom na pomoc nadjechał rosyjski samochód pancerny, który swoim ogniem wsparł ich atak.

Jeden z podoficerów 2. szwadronu tak wspominał bój: „Im bardziej zbliżaliśmy się do wroga, tym bardziej nasilał się ogień. Szwadron nieustannie posuwał się do przodu, nie zważając na straty. Piechota nieprzyjaciela, widząc las pochylonych w ataku lancy i wzniesionych szabel, nie wytrzymała nerwowo i w pojedynkę zaczęła uciekać. My, niby huragan, wdarliśmy się w szeregi przeciwnika, rąbiąc i kłując wszystko, co trafiło pod rękę”.

Krechowce bronił bawarski batalion, uważany za elitarny. Ale i on nie wytrzymał natarcia i wycofał się. Podczas ataku ułani zdobyli karabin maszynowy i doszli do cerkwi w centrum miasta. Jednak niemieckim oficerom udało się opanować panikę i zorganizować obronę. Niebawem otrzymali posiłki i miasto zaczęła ostrzeliwać artyleria. Kontynuowanie ataku wiązałoby się z dalszymi stratami i ppor. Podhorski zarządził odwrót.

O godz. 19:00 ułani zajęli pozycje koło cegielni w Stanisławowie (jest czynna do dziś przy ul. Mazepy). Aby wywołać wrażenie, że szwadrony szykują kolejny atak, ppor. Podhorski rozesłał kilka patroli. Niemcy ich ostrzelali, ale sami do ataku nie szli – obawiali się.

Szwadron ułanów przed atakiem (ze zbiorów autora)

Bośniacy do niewoli nie biorą
W tym czasie na lewym skrzydle toczyły się nie mniej krwawe zmagania. Wspominałem już, że Dąbrowę bronił 4. szwadron pod dowództwem rtm. Tadeusza Żółkiewskiego. Zauważył, że do jego pozycji zbliżają się dwa szwadrony niemieckiej kawalerii. Nie zważając, że ułanów było dwukrotnie mniej, rotmistrz wyprowadził szwadron do ataku. Niemcy przestraszyli się. Nie podjęli walki, odwrócili konie i pokazali ułanom „plecy”. Prześladując niemieckich kawalerzystów ułani odskoczyli daleko od swoich pozycji i zostali ostrzelani z miasteczka Drahomirczany i okopów przed Radczą. Straciwszy kilku ludzi rtm. Żółkiewski zawrócił do Dąbrowy i oczekiwał kolejnego ataku. Nie czekał długo – niebawem na przedpolu ukazały się fale niemieckiej piechoty, sunące na Stanisławów.

Pojmując niebezpieczeństwo chwili, płk Mościcki skierował tam swój szwadron rezerwowy – 1, przy którym był sztandar pułkowy. Oba szwadrony wspólnie ruszyły na przeciwnika. Oto fragment wspomnień uł. Kraka: „Pod Stanisławów podchodziła bośniacka piechota (Bośnia wówczas była w składzie Imperium Habsburgów- aut.). Musieliśmy ich odrzucić. Wiedzieliśmy, że Bośniacy jeńców nie biorą, więc bój musiał być krwawy. Na błoniach pod wioską puściliśmy konie galopem. Zobaczyłem ogień zza płotu, a potem oprzytomniałem dopiero w lazarecie. Koledzy opowiadali, że pod moim koniem wybuchł granat. Od tego czasu trochę niedosłyszę”.

Pod silnym ogniem ułani dotarli do piechoty i zaczęli siekać. Bośniacy nie wytrzymali presji, rzucili broń i pochowali się po krzakach i rozpadlinach. Po niedługim pościgu, kawalerzyści wrócili z powrotem. Obawiano się dalej prawdopodobnie silniejszego przeciwnika. Ciekawe jest to, że w sąsiednich Opryszowcach stacjonowali terscy kozacy. Jednak oznajmili, że do walki nie włączą się i z zainteresowaniem jedynie obserwowali zmagania polskich ułanów. Potem w ogóle opuścili swe pozycje. Pod wieczór 4. szwadron znów atakował i zmusił wojska sprzymierzonych do odwrotu.

Około godz. 21 do polskich pozycji podeszli ze Stanisławowa strzelcy rosyjskiego 42. batalionu, a Mościcki otrzymał rozkaz odwrotu.

Medal pamiątkowy z okazji uratowania miasta Stanisławowa przed rosyjskimi rabusiami (ze zbiorów autora)

Bohaterskie podsumowanie
Straty polskich ułanów stanowiły 31 zabitych i 51 rannych. Większość rannych dostała się do niewoli. Stracono 106 koni – 20% liczebności pułku. Jednak swe zadanie płk Mościcki wykonał: utrzymywał pozycje ponad 5 godzin, co dało możliwość Sytinowi całkowicie przeprawić przez Bystrzycę Nadwórniańską swoją dywizję i wysadzić oba mosty.

Czterystu ułanów walczyło z dwoma batalionami piechoty, dwoma szwadronami kawalerii i kilkoma bateriami artylerii – w sumie około 2 tys. żołnierzy. Przy tym pułk nie zajął zwartej obrony, a stale atakował, skuwał inicjatywę przeciwnika, nie dając mu możliwości posuwania się do przodu. Było to błyskawiczne zwycięstwo!

Jest rzeczą oczywistą, że w skali I wojny światowej, gdy spotykały się milionowe armie, bitwa pod Krechowcami wygląda jak nieznaczny epizod, ale dla Polaków stała się symbolem zwycięstwa, odwagi, zwiastunem odrodzenia własnego wojska. Rosyjskie dowództwo wysoko oceniło bohaterstwo ułanów – żołnierze otrzymali 80 medali i 192 krzyże św. Grzegorza. Nawet dowódca niemieckiego korpusu odznaczył męstwo przeciwnika. Oddzielił on polskich jeńców od Rosjan i pozwolił miejscowym mieszkańcom doglądać rannych. Podziękował też polskim kawalerzystom za obronę miasta przed rabusiami. W 1917 roku magistrat miasta Stanisławowa wybił z tej okazji medal pamiątkowy.

Poległych bohaterów początkowo pogrzebano koło dzisiejszego stadionu „Ruch”. W 1922 roku ich szczątki zostały przeniesione na cmentarz miejski. Wspólny ich grób znajdował się koło grobu żołnierzy UAG, przy ogrodzeniu cmentarza, równolegle do dzisiejszej ul. Simkajła. W okresie międzywojennym tę część dzisiejszej ul. Szewczenki, skąd ułani rozpoczynali swój legendarny atak, nazwano Aleją Ułanów Krechowieckich.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 18 (286) 29 września – 16 października 2017

01/01/1970 01:00

01/01/1970 01:00

01/01/1970 01:00

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.