Sportowiec, dla którego zmieniono zasady gry

-a A+

We wrześniu 1969 roku w Warszawie odbywały się Mistrzostwa Świata w podnoszeniu ciężarów.

Złoty medal wywalczył wówczas nasz lwowski Herkules, Władysław Kryszczyszyn. Do stolicy Polski przyjechała liczna grupa wsparcia złożona z trenerów i dziennikarzy sportowych. Pewnego dnia naczelny czasopisma „Sportowiec” Stefan Grzegorczyk, zaprosił mnie do redakcji i obiecał niespodziankę. W swoim pokoju przedstawił mi niewysokiego mężczyznę w kusej marynarce. Przy przywitaniu nieznajomy przedstawił się: „Alojzy Ehrlich, można po prostu Aleks. Tak kiedyś nazywano mnie we Lwowie”. Tu z pamięci wynurzyła się historia, powiązana z tą osobą…

Każdy rodzaj sportu ma w swojej historii chwile, które stają się ważne dla jego rozwoju. W tenisie stołowym, zwanym kiedyś popularnie ping-pongiem, takim wydarzeniem był występ legendarnego lwowskiego tenisisty Alojzego Ehrlicha na mistrzostwach świata w Pradze w 1936 roku. Ehrlich, nie zważając na młody wiek (urodził się w 1914 roku), miał już doświadczenie udziału w zawodach tej rangi: w 1933 roku był w ćwierćfinale mistrzostw, a w 1935 roku – zdobył brąz. W meczu z reprezentacją Rumunii postanowił zastosować specyficzną taktykę, która miała przynieść sukces jemu i drużynie.

Oto historia Aleksa, którą opowiadał chyba nie po raz pierwszy, bo z humorem i swobodnie:

- W turnieju drużynowym mężczyzn ekipa Rumunii wystąpiła bardzo dobrze. Zwyciężyła Francję 5:1, następnie trzykrotnego mistrza świata, ekipę z Węgier – 5:0. Spodziewali się, że tak samo lekko przyjdzie jej zwycięstwo nad Polską. Ten pojedynek pamiętam bardzo dobrze. Odbył się wieczorem 14 marca1936 roku. Rumuni byli dobrzy w obronie i tym chcieli nas zwyciężyć. Po ich zwycięstwach nad światowymi liderami nikt nie spodziewał się, że stawimy im zaciekły opór. Jednak my nie mieliśmy zamiaru im ulec! Założyłem się nawet z zawodnikiem rumuńskim Wiktorem Wladonem o wielkie pieniądze, że we trzech – Finkelsztein, Gutek i ja – w razie przegranej pójdziemy do domu głodni i na piechotę. Mecz rozpoczęła partia Ehrlich-Panet – mistrzowie swoich krajów. W swoim technicznym arsenale miałem wiele różnych sztuczek, ale przeważnie grałem dość aktywnie. Tym razem postanowiłem zagrać wyjątkowo w obronie. W tym celu zamieniłem swoją tradycyjną rakietkę na bardziej ciężką i większą (co pozwalał regulamin). Trudno było nią atakować, ale do obrony była doskonała.

Rozpoczął się mecz. Po jakiejś godzinie gry, ktoś z Międzynarodowej Federacji Tenisa Stołowego, zwrócił uwagę technikowi, który obsługiwał planszę z wynikiem gry, dlaczego jest na niej 0:0. Uwaga była słuszna, bo my w tym czasie nie rozegraliśmy ani punktu! Kontynuowaliśmy odbijanie piłki jeden do drugiego uparcie i systematycznie, jak roboty, a piłka idealnie trafiała w ten sam punkt na stole. W pewnym momencie przerzuciłem rakietkę do lewej ręki i zaatakowałem. Muszę powiedzieć, że dobrze grałem obiema rękami i zawsze była to niespodzianka dla przeciwnika. Rywal nie zareagował na to uderzenie i tak zdobyłem pierwszy punkt. Toczyła się już 112 minuta pojedynku i jak potem ktoś powiedział, odbiliśmy piłkę po sześć tysięcy razy! W tym momencie sędzia ogłosił przerwę, bo zmęczył się od stałego ruchu głową w prawo – w lewo. Poprosił, aby go zmieniono. Nowy sędzia dał sygnał rozpoczęcia gry i znów zaczęliśmy przerzucać piłkę ponad siatką w tym samym stylu. Było już bardzo późno i ostatni widzowie opuścili salę. Pozostali jedynie członkowie drużyn i sędziowie.

Zacząłem odczuwać głód, bo graliśmy przez cały dzień mecz za meczem i nie zdążyłem nic przekąsić. Poprosiłem kolegów, aby przygotowali mi kanapki. Za kilka chwil podszedł do mnie kolega z wielka tacą kanapek z kiełbasą. Biedny Panet, również odczuwał głód, i tak się zdenerwował, że rzucił rakietkę o podłogę. W ten sposób przyniósł mi drugi punkt.

Minęło już ponad dwie godziny pojedynku, zbliżała się północ, a wynik był 2:0 dla mnie. Zebrało się więc kolegium sędziowskie, aby zdecydować co robić dalej. W posiedzeniu, według regulaminu, mieli brać udział kapitanowie drużyn. Kapitanem polskiej byłem ja. Wobec tego sędziowie wzięli krzesła, siedli wokół naszego stołu i zaczęliśmy omawiać stan rzeczy. Zaproponowano, abyśmy zamiast regulaminowych 21 punktów, grali jedynie do 5. Nie zgodziliśmy się obydwaj na taki kompromis. Wkrótce trzeci punkt zdobyłem w sposób podobny do pierwszego – przerzuciwszy rakietkę do lewej ręki. Wówczas Ferenc Panet wpadł w szał i zaczął wściekle atakować, chociaż jego silną stroną była obrona. Umiejętnie broniłem i wygrałem seta 21:16. W drugim secie Rumun zupełnie rozkleił się i przegrał 21:8. Uścisnąwszy rękę, Panet zrobił mi komplement, mówiąc, że uważa mnie za najlepszego obrońcę na świecie. Podziękowałem mu i powiedziałem, że moi koledzy mogą robić to nie gorzej ode mnie. Chociaż powiedziałem to żartem, to tak wpłynęło na innych rumuńskich zawodników, że ci jedynie atakowali i starali się przebić nasz „polski mur”. Batalia zakończyła się wynikiem 5:0, czego nikt się nie spodziewał.

Polska reprezentacja na Mistrzostw Świata w Pradze. kapitan związkowy Ajzenberg (od lewej), Filkenstein, Gutek, Alojzy Ehrlich, Jezierski, kierownik drużyny Lipszyc,1936 r. (fot. NAC)

Za wygrane pieniądze zorganizowaliśmy wspaniałą kolację. W taki sposób uczciliśmy uzyskane medale. W turnieju osobistym przeciwnicy zaczęli się mnie bać i tak doszedłem do finału, gdzie spotkałem się z Czechem Kolarzu. Niestety przegrałem – 2:3. Po dwóch dniach Kongres Międzynarodowej Federacji Tenisa Stołowego podjął decyzję o ograniczeniu rozgrywki podania do 20 minut. Bez wątpienia wpłynęło to na dalszy rozwój tenisa, który stał się bardziej widowiskowy, szybszy i efektowny.

Ta opowieść, niestety, nie znalazła się wówczas na łamach gazet, a pozostała jedynie w moim notatniku. Przypomniałem sobie o niej dopiero po latach.

Alojzy Ehrlich, lwowski tenisista, zawodnik lwowskiego Żydowskiego Klubu Sportowego „Hasmonea”, był tym, przez którego zmieniono zasady gry. Nie każdy sportowiec może pochwalić się takim osiągnięciem. Aleks zdobywał kolejne medale na mistrzostwach w latach 1937 i 1939. W czasie wojny trafił do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Cudem ocalał. Po wojnie, gdy znalazł się we Francji, nie mógł powrócić już do przedwojennej mistrzowskiej formy. Działał jako trener na południu Francji i zmarł w Paryżu 7 grudnia 1993 roku, pozostawiwszy po sobie ślad w historii światowego tenisa stołowego.

Jan Jaremko
Tekst ukazał się w nr 12 (280) 30 czerwca – 13 lipca 2017

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.