Polski Ormianin z Szanghaju

-a A+

Oprócz starej, po wielokroć zasłużonej dla Rzeczypospolitej, diaspory oraz rekrutującej się już z lat ostatnich nowej emigracji obie kultury łączyły jeszcze inne osoby. Trafiały nad Wisłę w sposób niepozbawiony fascynującego tła. Tak było z Andrzejem Mandalianem.

Urodził się w 1926 roku w Szanghaju i do trzynastego roku życia nie umiał mówić po polsku. Jego wywodząca się z Polski matka i ormiański ojciec działali wtedy w międzynarodowym ruchu rewolucyjnym, którego źródłem inspiracji i głównym oparciem był zrodzony przed zaledwie kilku laty Związek Sowiecki. Po klęsce tego ruchu w warunkach i na terenie Chin, mały Andrzej wraz z rodziną znaleźli się w Moskwie, pod kontrolą stalinowskiego reżimu. Tam Andrzej uczył się w rosyjskich szkołach i podjął studia w rosyjskiej akademii medycznej. Dzięki swoim kontaktom rodzinnym i przyjacielskim, tak się złożyło, że głównie polskim, odkrył swoje polskie pochodzenie. Stopniowo doceniał jego wartości i uznał je za własne. W wydanym po wielu latach (w roku 1993) przez Niezależną Oficynę Wydawniczą tomiku wspomnień pt. „Czerwona orkiestra” zastanawiał się nad tym, jak jego zamordowany w okresie stalinowskiej wielkiej czystki ojciec, którego symboliczny nagrobek znalazł się na warszawskim cmentarzu komunalnym – on, „który dopiero po śmierci został Ormianinem” musiałby być zdumiony faktem, że jego syn jest Polakiem, „że ojczyzna to kwestia doraźnego wyboru i że człowiek sam sobie wybiera ojczyznę”.

Po powrocie z matką do Polski, do Warszawy, w 1947 roku Andrzej Mandalian kontynuował i ukończył studia medyczne, jednak jego zainteresowania kulturalne i pierwsze własne próby poetyckie sprawiły, że wkrótce włączył się w ówczesne – budowane na sowieckiej i socjalistycznej osnowie - życie literackie. W 1951 roku w towarzystwie innych młodych pisarzy Wiktora Woroszylskiego i Andrzeja Brauna odbył mającą ich inspirować podróż po wielkich budowach planu 6-letniego. Latem tego samego roku wraz z Woroszylskim, Braunem i Tadeuszem Konwickim uczestniczył w „Światowym Zlocie Młodych Bojowników o Pokój” w Berlinie, gdzie tysiące młodych gardeł skandowało „Pokój Stalin, Stalin pokój!...” To w tamtym okresie w antologii „Wiersze i pieśni poświęcone pracownikom bezpieczeństwa” umieścił scenkę o tym, jak przemęczonemu pracą majorowi z łódzkiego UB objawia się sam Feliks Dzierżyński. Pisarstwo w Polsce zaczął więc Andrzej Mandalian w taki oto, niezbyt chwalebny, ale zrozumiały ze względu na biografię i losy rodzinne sposób.

Na szczęście nadchodziły czasy politycznej odwilży, a Mandalian podobnie jak jego młodzi koledzy po piórze – właśnie Woroszylski, Braun, Konwicki (a także – sporo od nich młodszy Zbigniew Herbert) miał stać się współtwórcą tzw. Odwilży w życiu literackim. „Ja się boję kamiennego szeregu biur...” – pisał. Prędko znalazł się w kręgu środowisk, które inaugurowały polityczny, liberalny ferment. Choć proces liberalizacji doprowadził w październiku 1956 do powrotu Władysława Gomułki na czoło rządzącej PZPR, to świat literacki nadal trwał przy kontestacji, zwracając się z czasem także przeciw Gomułce i jego rządom.

Strofy o UB Mandalian uważał za powód do wstydu i na blisko 20 lat przyhamowały one jego poetyckie działania (kolejne dwa tomiki ukazały się dopiero na przełomie lat 70. i 80. i po nich Andrzej znów na 20 lat umilkł).

Pod koniec lat 50. zeszłego wieku Mandalian pracował w attachacie kulturalnym w titowskim Belgradzie. Podczas wakacji nad Adriatykiem spotkał o 13 lat młodszą absolwentkę polonistyki warszawskiej (później wybitną polską slawistkę) Joannę Rapacką. Dla niej rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, a Joanna ze swoim mężem. W swoim warszawskim mieszkaniu chętnie przyjmowali gości, często ze świata literatury, także teatru, filmu. Bywał tam również przy okazji swoich pobytów w Polsce – gdzie lubił gościć i z dużym powodzeniem koncertować – słynny bard Bułat Okudżawa. Pół Ormianin Andrzej Mandalian stał się dla pochodzącego z podobnie kaukaskiej Gruzji moskiewskiego poety tłumaczem i najbliższym polskim przyjacielem. Mandalian jak niewielu innych rozumiał rosyjską poezję – tłumaczył wiersze Cwietajewej, Mandelsztama, Brodskiego. W przestrzeni publicznej głęboko przeżywał wydarzenia, które doprowadziły do destabilizacji reżimu, do strajków w Poznaniu, Gdańsku, Radomiu, do powstania Komitetu Obrony Robotników i „Solidarności” i wreszcie do przełomu 1989 roku. Związał się z opozycją demokratyczną, współpracował z podziemnymi Zapisem czy Niezależną Oficyną Wydawniczą. Dwa razy, z tego raz już z wolnej Polski, wyprawił się z Joanną do Armenii, gdzie spotykał rodzinę od strony ojca i obserwował nieco zaskakujące dla siebie kulturowe realia swojej drugiej czy może trzeciej ojczyzny.

Andrzej Mandalian wrócił do poezji, gdy w 2000 roku umarła Joanna. Poświęcił jej tomik wierszy „Strzęp całunu”:

Która byłaś mi żarem i światłem –
Błąkasz się w ślepych ciemnościach
Która byłaś mi stałym lądem
toniesz w wodach niebytu...

Zbiór odwoływał się do najpiękniejszych tradycji polskich trenów, nominowano go do nagrody Nike. Podobnie stało się z ostatnim tomikiem poezji – „Poemat odjazdu”, który ukazał się w roku 2007. Andrzej wchodził w nim i w inne tematy, nawet w bieżące wydarzenia Polski podnoszącej się do życia i rozwijającej w czasach odzyskanej niepodległości. Stąd takie wiersze jak „O wyższości transportu kolejowego nad lotniczym” czy „Requiem po Centralnym” (dworcu w Warszawie, przyciągającym przeróżne tematy, troski i wspomnienia). Jest tam również „Modlitwa upadłych aniołów”:

Czyżby zaprawdę
Wystarczyło tych parę zaledwie lat,
Żeby utracić wiarę?
Tak całkiem?
A wraz z nią to wszystko, co nas jednało?
Umarł 24 listopada 2011 roku.

Marek Rapacki
Tekst ukazał się w nr 9-10 (277-278) 23 maja – 15 czerwca 2017

01/01/1970 01:00

21/08/2007 15:42

O dzikiej muzyce, grającej w rozległych pól bezkresie, czyli o stepie ukraińskim. Część 1

„W krainie, która jest dziś prawie, jaką była przed wiekiem, jaką była
przed tysiącem wieków, jaką była może w dniu stworzenia, kiedy
wyszła z Wszechmocnego dłoni, nie jest już natężenie umysłu, lecz
głębokie dumanie ogarnia duszę człowieka. (...)
Wszystko w tej obszernej samotności, sama nawet cisza jest uroczysta i przejmująca”
J. U. Niemcewicz

31/08/2007 15:56

O dzikiej muzyce, grającej w rozległych pól bezkresie, czyli o stepie ukraińskim. Część 2

Szumią trawy i burzany,
O! zielono skroś, o! sino,
(…) Step – a step – a rozbujany,
Morze twoje, Ukraino!

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.